03.05.2025, 15:21 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.05.2025, 16:30 przez Lorraine Malfoy.)
Gdy Baldwin krzątał się po kuchni, trzaskając szafkami, Lorraine bezwolnie przypatrywała się szczurowi, który jadł okruszki porzuconych na stole herbatników w kształcie zwierzątek. Patrzyła jak chodzą mu szczęki, jak obraca w zręcznych łapkach resztki ciasteczka, poruszając przy tym noskiem. Trzecia szafka po prawej, pomyślała, nie podniósłszy nawet oczu znad kuchennego stołu, z którego mrugała do niej pałaszująca ciasteczka szczurzyca Rozalinda. Tam trzymała eliksiry.
Lorraine znała wszystkie odgłosy Necronomiconu. Było coś kojącego w szczękaniu starych szafek, które zainstalowali tu z Baldwinem kilka lat temu, po tym jak zdecydowała przerobić na kuchnię prowizoryczne laboratorium alchemiczne Alhazreda, skryte na tyłach zakładu pogrzebowego. Czuła spokój, gdy słyszała w tle jego kroki. Pamiętała, jak przenosił na poddasze nagromadzone przez lata graty Alhazreda – próbując negocjować ze starym, który niczego tak nie cierpiał jak wyrzucać swych rupieci, co mogą zatrzymać, a co zezłomować – podczas gdy ona próbowała doczyścić to, czego doczyścić się nie dało i naprawić to, co nadawało się do naprawy. Razem zdołali doprowadzić to miejsce do porządku.
Wiele godzin spędzili w tej kuchni, przy tym stole. Myślała o tym, gdy cerowała rozdartą sukienkę Fridy: po powrocie z Muzy musiała czymś zająć myśli. Przypomniała sobie, jak opowiadała kiedyś ciotce Eleonorze o świętach spędzonych w Warowni. Była dzieckiem, gdy Brenna Longbottom zaprosiła ją do siebie na Yule. To, jak zachowywali się Longbottomowie, było zupełnie inne od tego, jak zachowywali się Malfoyowie. Pamiętała, jaką minę zrobiła ciotka, gdy powiedziała jej, że część rodziny spędziła wieczór grając w karty przy stole w kuchni, bo tam mogli bezkarnie podjadać świąteczne przysmaki.
"Przy stole w kuchni?", spytała skonsternowana Eleonora. "Jak służba?"
Lorraine zamarła z igłą w dłoni. Odłożyła ją bardzo powoli na stół: nie miała poduszeczki na igły, więc wbijała je w stary, nieużywany motek nici, żeby się nie zagubiły. Zdjęła naparstek. Przygładziła materiał dziecinnej sukienki, aby schludnie odwiesić ją na oparcie kulawego krzesła, na którym siedziała.
Nie wiedziała, jak długo tak siedziała przy tym stole. Nie dłużej niż chwilę, a może i całą wieczność. Siedziała, wsparłszy się łokciami o drewniany blat, jak gdyby miało jej to pomóc powstrzymać drżenie ramion. Nie dała rady skończyć sukienki.
Ukryła twarz w dłoniach.
Zapadła noc. Wszystko przez te nokturńskie ciemności, pomyślała, podnosząc głowę, aby wyjrzeć przez okno. Tak, chwyciła się tej myśli, po prostu jest już zbyt ciemno. Zbyt późno. Oczy już jej zaczynały łzawić ze zmęczenia. Tak, to zmęczenie. To tylko zmęczenie. Zgasiła świecę, nie chcąc marnować już i tak skąpych zapasów zakładu. Nie potrzebowała światła, aby trafić do gabinetu, który od czasu przeprowadzki służył jej za sypialnię. Zostawiła na stole przybory do szycia, zaraz obok kredek Fridy i porozrzucanych słodyczy. Nie dała rady skończyć sukienki. Nie miała nawet siły, aby sprzątnąć bałagan ze stołu.
Bałagan pozostawił po sobie nie kto inny jak Alhazred: przed kilkoma dniami powrócił do Anglii, przywożąc ze sobą stos rupieci, pośród których, oprócz kilku wstążek dla Fridy i książek dla Lorraine, znalazł się, jak zwykle, pokaźny kosz łakoci. Większość zdążyła już wypakować, ale wiedząc, że po wyjeździe staruszka będą zalegać w szafkach, dopóki nie zlitują się nad nimi Maeve albo Baldwin, pozostawiła je na widoku, przez co na kuchennym stole zapanował rozgardiasz. Wczoraj Alhazred ciamkał przy nim tęczowe traszki, po których język zmieniał kolor, kołysząc na kolanach Fridę. Mała ghoulka z namaszczeniem wyrywała nóżki suszonym pająkom, które potem zjadała wedle ściśle określonej kolejności, trochę tak jak Maeve zjadała otoczone czekoladą pianki z ptasiego mleczka. Dzisiaj stół zajęła Rozalinda, chrupiąca ciasteczka w kształcie grumkinów i garborogów.
Lorraine oparła dłoń o stół, aby odciążyć bark, a szczurzyca bez większego zastanowienia przypadła do jej wyciągniętej ręki, porzucając stwardniały okruch ciasteczka, które zdążyło się już zestarzeć i zwietrzeć. Pełna nadziei, zaczęła obwąchiwać palce półwili. Lorraine zawsze podsuwała jej najlepsze kąski, dokarmiając ją wtedy, kiedy nikt nie patrzył, ale tym razem szczurzyca wyjątkowo musiała obejść się smakiem. Pisnęła zawiedziona, zrozumiawszy, że żaden przysmak nie skrywa się w drżących dłoniach. Wszędobylskie wąsiki nie wyczuły na nich żadnych zapachów, poza nikłą wonią eliksiru utrwalającego, wykorzystywanego przez Lorraine podczas balsamowania zwłok – zapach nie był przyjemny, ale nie gryzł w szczurzy nosek tak jak formalina – przypominał Rozalindzie chemiczną woń werniksu, używanego przez Baldwina do wykańczania obrazów. Teraz jednak przebijał przez nią znajomy swąd spalenizny, swąd czarnej magii, który odstraszyłby większość zwierząt, zwłaszcza tak małych, jak ona, ale nie Rozalindę: to był w końcu zapach, który bardzo często otaczał jej pana. Zalegał w jego włosach przed kąpielą, osadzał się na ciele i w szwach szat, które nosił, zanim zostały wyprane. Szczurzyca pieszczotliwie skubnęła palec Lorraine, rozpoznając w niej swoją. W końcu ona i Baldwin pachnieli tak samo. Podsunęła łebek pod pająkowate palce, które bezgłośnie bębniły o stół, tak, aby półwila – przypatrująca się niemo, jak przycupnięta tuż obok jej dłoni Rozalinda powraca do pałaszowania okruszków – mogła pogłaskać ją po futerku tuż za uszami, tak, jak szczurzyca lubiła najbardziej.
Kiedy Lorraine patrzyła na słaniającego się na nogach, skacowanego chłopaka, który przeszukiwał kuchnne szafki, nagle zrozumiała, że dokonało się to, czego zawsze tak bardzo się bała. Światło poranka obnażało prawdę, skrytą w ciemnościach nocy. Stała się swoją macochą. A może stała się swoim ojcem, pomyślała, patrząc na krwawe linie biegnące wzdłuż przedramienia Baldwina. Złamana kobieta zasłaniająca sińce pudrem czy poraniony mężczyzna z nieobecnym wzrokiem? Dorastając, nie miała najlepszych wzorców. Ale przecież była już dorosła. Dawno już powinna zostawić to za sobą. Dawno już powinna zapomnieć o norze w Little Hangleton, gdzie spędziła dzieciństwo. Powinna zapomnieć o tym, jak skradała po domu nawet wtedy, gdy nikt już nie krzyczał. Jak z czasem nauczyła się oddychać ciszej, chodzić lżej, nie zadawać pytań. Powinna zapomnieć o matce, która przed sąsiadami przyklejała na twarz uśmiech jak plaster na krzywo zabliźnioną ranę. O ojcu, który rozlewał wino i patrzył w sufit, jak gdyby liczył pęknięcia w tynku – jak gdyby liczył błędy w swoim życiu.
Lorraine zastanawiała się, w którym miejscu to ona popełniła błąd.
"Nie myślałaś nad tym, żeby wyrwać z tej nory?", spytała ją Eden podczas wspólnej przechadzki.
Całe moje życie, chciała jej wtedy powiedzieć.
– Zamknij drzwi – wycedziła zamiast tego łamiącym się głosem.
Tego jeszcze tylko brakowało, żeby Frida wstała wcześniej niż zwykle i zajrzała do kuchni, zwabiona szmerem znajomych głosów. Baldwin, choć zataczał się pod ciężarem własnego gniewu i winy, zrozumiał: za tymi drzwiami było dziecko. Drzwi do korytarza zaskrzypiały w przeciągu, jakby same chciały się domknąć, ale Lorraine wyobraziła już sobie, że to małe, bose stopy szurają po posadzce. Oczami wyobraźni widziała, jak Frida staje w progu: w nocnej koszuli, z rozczochranymi włosami, tuląc do piersi swoją bezgłową lalkę. Wystarczyło, żeby zechciała zajrzeć do kuchni po suszonego pająka, po łyczek wody, po czułe słowo od kogoś, kto ją kocha. Przecierałaby oczka dziecięcą piąstką, jak gdyby próbowała pozbyć się resztek snu spod powiek, szybko jednak zapomniałaby o udawaniu senności.
Co by zobaczyła?
Lorraine nie spojrzała na Baldwina. Nie musiała. Wiedziała, jak wygląda. Jak oboje wyglądają. Ona, z potarganymi włosami, zapłakaną twarzą i rzęsami posklejanymi od łez, przyciskała bark sprawną ręką, próbując go jakoś ustabilizować, mimo że jej ramiona wciąż drżały, jakby nie mogły zdecydować, czy bardziej bolą ją od płaczu, czy od szarpaniny. On, brudny brudem ulicy, okutany poplamionym całunem ściągniętym z trupa, cuchnący tanią wódką i śmiercią. Oboje noszący na sobie ślady starcia, które nie było tylko kłótnią, ale konwulsją dwojga upadłych ludzi, którzy grzebali siebie nawzajem miłością, bo nie potrafili kochać inaczej, niż po grób.
Nie, Frida nie mogła ich zobaczyć takimi. Lorraine wystarczyło tych widoków w dzieciństwie. Chciała oszczędzić ich Fridzie.
– No dalej. Namaluj mnie – wyszeptała Lorraine, ledwie Baldwin ujął jej twarz: pozwoliła mu na to, przytulając się policzkiem do pobliźnionego wnętrza jego dłoni. – Namaluj, żebyś mógł później napawać się tym na trzeźwo.
Odchyliła delikatnie głowę ku górze, unosząc brodę: długie aż za pas blond włosy rozlały się srebrzystą taflą na jej ramiona, odsłaniając twarz, którą zwykle przesłaniały, separując Lorraine od świata. Pozwoliła mu ucałować swoje czoło. Pozwoliła mu przestudiować swoją twarz, tak długo, jak tylko potrzebował, aby utrwalić jej wspomnienie.
Patrzył na nią z tą dziwną, niepokojącą mieszanką czułości i okrucieństwa, z jaką patrzył na świat. Być może właśnie tak powinno się patrzeć na świat. Tak jak patrzył Baldwin. Z protekcjonalną wyższością. Z pogardą i z podziwem. W końcu w tym, jak malował, mógł zmieścić cały świat. Cały świat był w jego spojrzeniu.
Na jego obrazach Lorraine wyglądała jak coś uświęconego. Jak świętość, o której istnieniu nikt już nie pamięta, ale której nikt nie może przestać szukać. Malował ją tak rozpaczliwie, zawsze niezadowolny z efektu, nie potrafiąc uchwycić tego, co chciał uchwycić. Malował ją po powrocie z koncertu Muzy, z naręczem białych lilii, które teraz stały w wazonie pod oknem. Malował ją z poranionymi rękoma, w sukience poplamionej krwią z wnętrza pooranej przez paznokcie dłoni – pod paznokciami też widać było krew. Malował ją jako Dziewicę, Matkę i Staruchę. Malował ją jako boginię w ciągłym kręgu życia, jako zmiany w cyklu pór roku i cyklu przyrody, bo naturą Lorraine była ciągła zmiana. Baldwin kochał stałość, ale jedyną stałą Lorraine było to, że nic nie było w niej stałe. Zmieniała mieszkania, zmieniała twarze, zmieniała kochanków. Odeszła z domu, odeszła od ojca... A kiedy odejdzie od niego?
Bo byli przecież tacy sami. Mimo że Lorraine skrycie testowała ludzi w wyniosłości swego milczenia, a Baldwin otwarcie dawał im wybór, pozując na zblazowanie. Zostaw mnie, prowokowali oboje. Odejdź, nie będę cię przecież zatrzymywać. Ale wybór był pułapką. Wybór zawsze był fałszywy, zawsze podszyty strachem przed samotnością. Do niczego nie przymuszali, bo sami nienawidzili przymusu. A jednak... Oboje byli samolubni, i zepsuci, i zagubieni, choć udawali, że jest inaczej. Oboje chcieli być kochani. Oboje chcieli być zbawieni. Oboje mówili: odejdź, nie będę cię zatrzymywać, ale w głębi duszy błagali: zostań, nie opuszczaj mnie. Zagubione na ścieżkach dzieci, które zbyt długo miały na świecie tylko siebie nawzajem i nikogo więcej. Bo przecież kotłowali się przed chwilą po podłodze jak dzieci. Było coś dziecinnego w ich okrucieństwie, coś dziecięcego w ich przywiązaniu, tak bezwarunkowym, że myśl o rozłące budziła w nich najgorsze, najbardziej pierwotne instynkty. Myśl o zdradzie była niewybaczalna. "Przestań pierdolić o wybaczeniu, bo odbierasz temu wszystkiemu sens", rzucił Baldwin, z cichym stuknięciem odstawiając szklanki i flaszkę wódki. "Możesz im przebaczać, masz wolną wolę", powiedziała jej Eden podczas ich przechadzki, "mam jednak nadzieję, że im nie zapominasz".
Pamiętam, odpowiedziała wtedy Eden. Jestem skazana na to, aby pamiętać.
– Nie tego chciałeś? Nie tego chcesz? – wyszeptała Lorraine.
Szeptała, jakby uwodziła, ale nie było nic uwodzicielskiego w jej głosie, który tchnął chłodem katakumb.
– Pogrzebani pośród podziemnych cmentarzy, pochowani w jednej kaplicy, w jednym grobie. W jednej trumnie. Chcesz żebym umarła, żeby móc mnie mieć tylko dla siebie.
Czerwone od płaczu oczy Lorraine wciąż szkliły się lekko, gdy patrzyła jak Baldwin siada na krześle naprzeciwko.
– Kurewki z Kościanego już ci nie wystarczają? Może to mnie powinieneś zerżnąć na prosektoryjnym stole? – rzuciła, lekko ochrypłym głosem. – A może to mój ojciec zaczyna cię osaczać? Gdy błądzisz pośród podziemnych ścieżek, czy słyszysz jak jego głos przyzywa cię śpiewem korytarzy? Nie śpiewa dla ciebie. Tylko ja dla ciebie śpiewam. – Wszystkie te nieprzejednane prawdy wygłaszała z pewnością modlitw, z takim samym spokojnym przekonaniem, jakie stało za ich wyuczonymi na pamięć słowami. – Myślisz, że nie słyszałam, jak śpiewasz potem te pieśni przed portretem swojej matki? Nauczyła cię słów tych psalmów, ale to ja nauczyłam cię ich znaczenia. To jest właśnie prawda, Baldwinie.
Prawdą było to, że nie czuła się wcale tak źle z rzeczami, które jej powiedział. Prawdą było to, że potrzebowała je usłyszeć. Baldwin był popierdolony. Ale ona też była popierdolona. Moja miłość ma kształt trumny, wyznała mu wcześniej w spazmach, a ty jesteś gwoździem u jej wieka. Prawdą było to, że pochowanie ich we wspólnej trumnie sprawiło jej tyle samo radości, co obudzenie się z drzemki w jednej z wyłożonych miękkim aksamitem trumien z wtuloną w nią Fridą, która wkradła się tam niezauważenie, tylko po to, żeby zapleść drobne, dziecięce rączki wokół jej szyi. Jak mogłaby więc wyśmiać dziecięcą posesywność Baldwina, który tak jak dziecko powtarzał: moje, moje, moje? Prawdą było to, że czuła się dobrze, gdy powtarzała dokładnie to samo.
Umrzeć ze mną, pomyślała Lorraine, tyle powinieneś być gotów dla mnie zrobić. Ale zobacz, ile kosztowało cię przyznanie tego. Utkwiła pogardliwe spojrzenie we wzniesionej przez Baldwina szklance wódki, przygotowując się na to, że rzuci w nią szkłem. Zobacz, ile kosztowało to mnie.
Nie tknęła szklanki, która postawił przed nią na stole.
Wypije, jak Baldwin skończy jej obraz. W końcu ból musiał być prawdziwy – Lorraine musiała być prawdziwa, aby portret był prawdziwy – więc nie mogła wypić zmieszanego z alkoholem eliksiru, który by jej ten ból zabrał: zabrałby też prawdę.
– Prawdą jest, że zawsze było nam pisane gnić razem. Więc maluj. Maluj i módl się, abym umarła pierwsza, jak zamkną nas w jednej trumnie, żebyś mógł mnie wtedy namalować martwą. Ja też będę się modlić. Zobaczymy, czyich modlitw wysłuchają bogowie.
Ocierając resztki łez, zastanawiała się, ile czasu zajmie mu skończenie szkicu. Ile wydłuży jej cierpienie. Ile czasu musiał cierpieć mugolski prorok, żeby zbawić świat? Podobno umierając śmiercią męczeńską na krzyżu, nazwał bratem łotra dogorywającego na krzyżu obok. Ile musiałaby cierpieć ona, aby zbawić swojego brata, który rozwalił się na krześle naprzeciwko?
"Wróciłaś, bo wiedziałaś, że musisz do mnie wrócić."
Niczego nie musiałam, powinna mu odpowiedzieć. Niczego nie muszę.
– Maluj – poprosiła zamiast tego, skinąwszy głową w stronę kredek Fridy.
Lorraine znała wszystkie odgłosy Necronomiconu. Było coś kojącego w szczękaniu starych szafek, które zainstalowali tu z Baldwinem kilka lat temu, po tym jak zdecydowała przerobić na kuchnię prowizoryczne laboratorium alchemiczne Alhazreda, skryte na tyłach zakładu pogrzebowego. Czuła spokój, gdy słyszała w tle jego kroki. Pamiętała, jak przenosił na poddasze nagromadzone przez lata graty Alhazreda – próbując negocjować ze starym, który niczego tak nie cierpiał jak wyrzucać swych rupieci, co mogą zatrzymać, a co zezłomować – podczas gdy ona próbowała doczyścić to, czego doczyścić się nie dało i naprawić to, co nadawało się do naprawy. Razem zdołali doprowadzić to miejsce do porządku.
Wiele godzin spędzili w tej kuchni, przy tym stole. Myślała o tym, gdy cerowała rozdartą sukienkę Fridy: po powrocie z Muzy musiała czymś zająć myśli. Przypomniała sobie, jak opowiadała kiedyś ciotce Eleonorze o świętach spędzonych w Warowni. Była dzieckiem, gdy Brenna Longbottom zaprosiła ją do siebie na Yule. To, jak zachowywali się Longbottomowie, było zupełnie inne od tego, jak zachowywali się Malfoyowie. Pamiętała, jaką minę zrobiła ciotka, gdy powiedziała jej, że część rodziny spędziła wieczór grając w karty przy stole w kuchni, bo tam mogli bezkarnie podjadać świąteczne przysmaki.
"Przy stole w kuchni?", spytała skonsternowana Eleonora. "Jak służba?"
Lorraine zamarła z igłą w dłoni. Odłożyła ją bardzo powoli na stół: nie miała poduszeczki na igły, więc wbijała je w stary, nieużywany motek nici, żeby się nie zagubiły. Zdjęła naparstek. Przygładziła materiał dziecinnej sukienki, aby schludnie odwiesić ją na oparcie kulawego krzesła, na którym siedziała.
Nie wiedziała, jak długo tak siedziała przy tym stole. Nie dłużej niż chwilę, a może i całą wieczność. Siedziała, wsparłszy się łokciami o drewniany blat, jak gdyby miało jej to pomóc powstrzymać drżenie ramion. Nie dała rady skończyć sukienki.
Ukryła twarz w dłoniach.
Zapadła noc. Wszystko przez te nokturńskie ciemności, pomyślała, podnosząc głowę, aby wyjrzeć przez okno. Tak, chwyciła się tej myśli, po prostu jest już zbyt ciemno. Zbyt późno. Oczy już jej zaczynały łzawić ze zmęczenia. Tak, to zmęczenie. To tylko zmęczenie. Zgasiła świecę, nie chcąc marnować już i tak skąpych zapasów zakładu. Nie potrzebowała światła, aby trafić do gabinetu, który od czasu przeprowadzki służył jej za sypialnię. Zostawiła na stole przybory do szycia, zaraz obok kredek Fridy i porozrzucanych słodyczy. Nie dała rady skończyć sukienki. Nie miała nawet siły, aby sprzątnąć bałagan ze stołu.
Bałagan pozostawił po sobie nie kto inny jak Alhazred: przed kilkoma dniami powrócił do Anglii, przywożąc ze sobą stos rupieci, pośród których, oprócz kilku wstążek dla Fridy i książek dla Lorraine, znalazł się, jak zwykle, pokaźny kosz łakoci. Większość zdążyła już wypakować, ale wiedząc, że po wyjeździe staruszka będą zalegać w szafkach, dopóki nie zlitują się nad nimi Maeve albo Baldwin, pozostawiła je na widoku, przez co na kuchennym stole zapanował rozgardiasz. Wczoraj Alhazred ciamkał przy nim tęczowe traszki, po których język zmieniał kolor, kołysząc na kolanach Fridę. Mała ghoulka z namaszczeniem wyrywała nóżki suszonym pająkom, które potem zjadała wedle ściśle określonej kolejności, trochę tak jak Maeve zjadała otoczone czekoladą pianki z ptasiego mleczka. Dzisiaj stół zajęła Rozalinda, chrupiąca ciasteczka w kształcie grumkinów i garborogów.
Lorraine oparła dłoń o stół, aby odciążyć bark, a szczurzyca bez większego zastanowienia przypadła do jej wyciągniętej ręki, porzucając stwardniały okruch ciasteczka, które zdążyło się już zestarzeć i zwietrzeć. Pełna nadziei, zaczęła obwąchiwać palce półwili. Lorraine zawsze podsuwała jej najlepsze kąski, dokarmiając ją wtedy, kiedy nikt nie patrzył, ale tym razem szczurzyca wyjątkowo musiała obejść się smakiem. Pisnęła zawiedziona, zrozumiawszy, że żaden przysmak nie skrywa się w drżących dłoniach. Wszędobylskie wąsiki nie wyczuły na nich żadnych zapachów, poza nikłą wonią eliksiru utrwalającego, wykorzystywanego przez Lorraine podczas balsamowania zwłok – zapach nie był przyjemny, ale nie gryzł w szczurzy nosek tak jak formalina – przypominał Rozalindzie chemiczną woń werniksu, używanego przez Baldwina do wykańczania obrazów. Teraz jednak przebijał przez nią znajomy swąd spalenizny, swąd czarnej magii, który odstraszyłby większość zwierząt, zwłaszcza tak małych, jak ona, ale nie Rozalindę: to był w końcu zapach, który bardzo często otaczał jej pana. Zalegał w jego włosach przed kąpielą, osadzał się na ciele i w szwach szat, które nosił, zanim zostały wyprane. Szczurzyca pieszczotliwie skubnęła palec Lorraine, rozpoznając w niej swoją. W końcu ona i Baldwin pachnieli tak samo. Podsunęła łebek pod pająkowate palce, które bezgłośnie bębniły o stół, tak, aby półwila – przypatrująca się niemo, jak przycupnięta tuż obok jej dłoni Rozalinda powraca do pałaszowania okruszków – mogła pogłaskać ją po futerku tuż za uszami, tak, jak szczurzyca lubiła najbardziej.
Kiedy Lorraine patrzyła na słaniającego się na nogach, skacowanego chłopaka, który przeszukiwał kuchnne szafki, nagle zrozumiała, że dokonało się to, czego zawsze tak bardzo się bała. Światło poranka obnażało prawdę, skrytą w ciemnościach nocy. Stała się swoją macochą. A może stała się swoim ojcem, pomyślała, patrząc na krwawe linie biegnące wzdłuż przedramienia Baldwina. Złamana kobieta zasłaniająca sińce pudrem czy poraniony mężczyzna z nieobecnym wzrokiem? Dorastając, nie miała najlepszych wzorców. Ale przecież była już dorosła. Dawno już powinna zostawić to za sobą. Dawno już powinna zapomnieć o norze w Little Hangleton, gdzie spędziła dzieciństwo. Powinna zapomnieć o tym, jak skradała po domu nawet wtedy, gdy nikt już nie krzyczał. Jak z czasem nauczyła się oddychać ciszej, chodzić lżej, nie zadawać pytań. Powinna zapomnieć o matce, która przed sąsiadami przyklejała na twarz uśmiech jak plaster na krzywo zabliźnioną ranę. O ojcu, który rozlewał wino i patrzył w sufit, jak gdyby liczył pęknięcia w tynku – jak gdyby liczył błędy w swoim życiu.
Lorraine zastanawiała się, w którym miejscu to ona popełniła błąd.
"Nie myślałaś nad tym, żeby wyrwać z tej nory?", spytała ją Eden podczas wspólnej przechadzki.
Całe moje życie, chciała jej wtedy powiedzieć.
– Zamknij drzwi – wycedziła zamiast tego łamiącym się głosem.
Tego jeszcze tylko brakowało, żeby Frida wstała wcześniej niż zwykle i zajrzała do kuchni, zwabiona szmerem znajomych głosów. Baldwin, choć zataczał się pod ciężarem własnego gniewu i winy, zrozumiał: za tymi drzwiami było dziecko. Drzwi do korytarza zaskrzypiały w przeciągu, jakby same chciały się domknąć, ale Lorraine wyobraziła już sobie, że to małe, bose stopy szurają po posadzce. Oczami wyobraźni widziała, jak Frida staje w progu: w nocnej koszuli, z rozczochranymi włosami, tuląc do piersi swoją bezgłową lalkę. Wystarczyło, żeby zechciała zajrzeć do kuchni po suszonego pająka, po łyczek wody, po czułe słowo od kogoś, kto ją kocha. Przecierałaby oczka dziecięcą piąstką, jak gdyby próbowała pozbyć się resztek snu spod powiek, szybko jednak zapomniałaby o udawaniu senności.
Co by zobaczyła?
Lorraine nie spojrzała na Baldwina. Nie musiała. Wiedziała, jak wygląda. Jak oboje wyglądają. Ona, z potarganymi włosami, zapłakaną twarzą i rzęsami posklejanymi od łez, przyciskała bark sprawną ręką, próbując go jakoś ustabilizować, mimo że jej ramiona wciąż drżały, jakby nie mogły zdecydować, czy bardziej bolą ją od płaczu, czy od szarpaniny. On, brudny brudem ulicy, okutany poplamionym całunem ściągniętym z trupa, cuchnący tanią wódką i śmiercią. Oboje noszący na sobie ślady starcia, które nie było tylko kłótnią, ale konwulsją dwojga upadłych ludzi, którzy grzebali siebie nawzajem miłością, bo nie potrafili kochać inaczej, niż po grób.
Nie, Frida nie mogła ich zobaczyć takimi. Lorraine wystarczyło tych widoków w dzieciństwie. Chciała oszczędzić ich Fridzie.
– No dalej. Namaluj mnie – wyszeptała Lorraine, ledwie Baldwin ujął jej twarz: pozwoliła mu na to, przytulając się policzkiem do pobliźnionego wnętrza jego dłoni. – Namaluj, żebyś mógł później napawać się tym na trzeźwo.
Odchyliła delikatnie głowę ku górze, unosząc brodę: długie aż za pas blond włosy rozlały się srebrzystą taflą na jej ramiona, odsłaniając twarz, którą zwykle przesłaniały, separując Lorraine od świata. Pozwoliła mu ucałować swoje czoło. Pozwoliła mu przestudiować swoją twarz, tak długo, jak tylko potrzebował, aby utrwalić jej wspomnienie.
Patrzył na nią z tą dziwną, niepokojącą mieszanką czułości i okrucieństwa, z jaką patrzył na świat. Być może właśnie tak powinno się patrzeć na świat. Tak jak patrzył Baldwin. Z protekcjonalną wyższością. Z pogardą i z podziwem. W końcu w tym, jak malował, mógł zmieścić cały świat. Cały świat był w jego spojrzeniu.
Na jego obrazach Lorraine wyglądała jak coś uświęconego. Jak świętość, o której istnieniu nikt już nie pamięta, ale której nikt nie może przestać szukać. Malował ją tak rozpaczliwie, zawsze niezadowolny z efektu, nie potrafiąc uchwycić tego, co chciał uchwycić. Malował ją po powrocie z koncertu Muzy, z naręczem białych lilii, które teraz stały w wazonie pod oknem. Malował ją z poranionymi rękoma, w sukience poplamionej krwią z wnętrza pooranej przez paznokcie dłoni – pod paznokciami też widać było krew. Malował ją jako Dziewicę, Matkę i Staruchę. Malował ją jako boginię w ciągłym kręgu życia, jako zmiany w cyklu pór roku i cyklu przyrody, bo naturą Lorraine była ciągła zmiana. Baldwin kochał stałość, ale jedyną stałą Lorraine było to, że nic nie było w niej stałe. Zmieniała mieszkania, zmieniała twarze, zmieniała kochanków. Odeszła z domu, odeszła od ojca... A kiedy odejdzie od niego?
Bo byli przecież tacy sami. Mimo że Lorraine skrycie testowała ludzi w wyniosłości swego milczenia, a Baldwin otwarcie dawał im wybór, pozując na zblazowanie. Zostaw mnie, prowokowali oboje. Odejdź, nie będę cię przecież zatrzymywać. Ale wybór był pułapką. Wybór zawsze był fałszywy, zawsze podszyty strachem przed samotnością. Do niczego nie przymuszali, bo sami nienawidzili przymusu. A jednak... Oboje byli samolubni, i zepsuci, i zagubieni, choć udawali, że jest inaczej. Oboje chcieli być kochani. Oboje chcieli być zbawieni. Oboje mówili: odejdź, nie będę cię zatrzymywać, ale w głębi duszy błagali: zostań, nie opuszczaj mnie. Zagubione na ścieżkach dzieci, które zbyt długo miały na świecie tylko siebie nawzajem i nikogo więcej. Bo przecież kotłowali się przed chwilą po podłodze jak dzieci. Było coś dziecinnego w ich okrucieństwie, coś dziecięcego w ich przywiązaniu, tak bezwarunkowym, że myśl o rozłące budziła w nich najgorsze, najbardziej pierwotne instynkty. Myśl o zdradzie była niewybaczalna. "Przestań pierdolić o wybaczeniu, bo odbierasz temu wszystkiemu sens", rzucił Baldwin, z cichym stuknięciem odstawiając szklanki i flaszkę wódki. "Możesz im przebaczać, masz wolną wolę", powiedziała jej Eden podczas ich przechadzki, "mam jednak nadzieję, że im nie zapominasz".
Pamiętam, odpowiedziała wtedy Eden. Jestem skazana na to, aby pamiętać.
– Nie tego chciałeś? Nie tego chcesz? – wyszeptała Lorraine.
Szeptała, jakby uwodziła, ale nie było nic uwodzicielskiego w jej głosie, który tchnął chłodem katakumb.
– Pogrzebani pośród podziemnych cmentarzy, pochowani w jednej kaplicy, w jednym grobie. W jednej trumnie. Chcesz żebym umarła, żeby móc mnie mieć tylko dla siebie.
Czerwone od płaczu oczy Lorraine wciąż szkliły się lekko, gdy patrzyła jak Baldwin siada na krześle naprzeciwko.
– Kurewki z Kościanego już ci nie wystarczają? Może to mnie powinieneś zerżnąć na prosektoryjnym stole? – rzuciła, lekko ochrypłym głosem. – A może to mój ojciec zaczyna cię osaczać? Gdy błądzisz pośród podziemnych ścieżek, czy słyszysz jak jego głos przyzywa cię śpiewem korytarzy? Nie śpiewa dla ciebie. Tylko ja dla ciebie śpiewam. – Wszystkie te nieprzejednane prawdy wygłaszała z pewnością modlitw, z takim samym spokojnym przekonaniem, jakie stało za ich wyuczonymi na pamięć słowami. – Myślisz, że nie słyszałam, jak śpiewasz potem te pieśni przed portretem swojej matki? Nauczyła cię słów tych psalmów, ale to ja nauczyłam cię ich znaczenia. To jest właśnie prawda, Baldwinie.
Prawdą było to, że nie czuła się wcale tak źle z rzeczami, które jej powiedział. Prawdą było to, że potrzebowała je usłyszeć. Baldwin był popierdolony. Ale ona też była popierdolona. Moja miłość ma kształt trumny, wyznała mu wcześniej w spazmach, a ty jesteś gwoździem u jej wieka. Prawdą było to, że pochowanie ich we wspólnej trumnie sprawiło jej tyle samo radości, co obudzenie się z drzemki w jednej z wyłożonych miękkim aksamitem trumien z wtuloną w nią Fridą, która wkradła się tam niezauważenie, tylko po to, żeby zapleść drobne, dziecięce rączki wokół jej szyi. Jak mogłaby więc wyśmiać dziecięcą posesywność Baldwina, który tak jak dziecko powtarzał: moje, moje, moje? Prawdą było to, że czuła się dobrze, gdy powtarzała dokładnie to samo.
Umrzeć ze mną, pomyślała Lorraine, tyle powinieneś być gotów dla mnie zrobić. Ale zobacz, ile kosztowało cię przyznanie tego. Utkwiła pogardliwe spojrzenie we wzniesionej przez Baldwina szklance wódki, przygotowując się na to, że rzuci w nią szkłem. Zobacz, ile kosztowało to mnie.
Nie tknęła szklanki, która postawił przed nią na stole.
Wypije, jak Baldwin skończy jej obraz. W końcu ból musiał być prawdziwy – Lorraine musiała być prawdziwa, aby portret był prawdziwy – więc nie mogła wypić zmieszanego z alkoholem eliksiru, który by jej ten ból zabrał: zabrałby też prawdę.
– Prawdą jest, że zawsze było nam pisane gnić razem. Więc maluj. Maluj i módl się, abym umarła pierwsza, jak zamkną nas w jednej trumnie, żebyś mógł mnie wtedy namalować martwą. Ja też będę się modlić. Zobaczymy, czyich modlitw wysłuchają bogowie.
Ocierając resztki łez, zastanawiała się, ile czasu zajmie mu skończenie szkicu. Ile wydłuży jej cierpienie. Ile czasu musiał cierpieć mugolski prorok, żeby zbawić świat? Podobno umierając śmiercią męczeńską na krzyżu, nazwał bratem łotra dogorywającego na krzyżu obok. Ile musiałaby cierpieć ona, aby zbawić swojego brata, który rozwalił się na krześle naprzeciwko?
"Wróciłaś, bo wiedziałaś, że musisz do mnie wrócić."
Niczego nie musiałam, powinna mu odpowiedzieć. Niczego nie muszę.
– Maluj – poprosiła zamiast tego, skinąwszy głową w stronę kredek Fridy.