04.05.2025, 19:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.02.2026, 08:06 przez Lorraine Malfoy.)
"Miernota nie jest wrodzona", powiedziała Eden, "miernota jest wyborem".
Lorraine zapiekły policzki.
Nie mogła się z kuzynką nie zgodzić, nie, kiedy ta tak trafnie podsumowała tę wymianę zdań. Wszystko w życiu było wyborem, co do tego skłonna była przyznać Eden rację, ale Eden zapominała – a może nie chciała pamiętać – że niektórzy mieli tę możliwość wyboru bardzo ograniczoną. Niektórzy zaś nie mieli wyboru wcale... Zmuszeni byli więc zadowolić się jego iluzją.
Wszystko w życiu jest wyborem, pomyślała ze smutkiem Lorraine, ale kiedy każdy wybór jest zły, czy w ogóle można nazwać to wyborem? Gdy każdy wybór jest zły, czy w ogóle powinno się wybierać – czy lepiej byłoby nie wybierać wcale?
Wszystko w życiu jest wyborem, ale nie wybierasz rodziny, w jakiej przychodzisz na świat, protestował cichy głosik w jej głowie. Nie wybierasz nazwiska, z jakim się rodzisz. Nie wybierasz dziedzictwa, przeznaczonego ci już od chwili narodzin.
Czy gdyby miała wybór, wybrałaby bycie wilą? Czy wybrałaby muzykę? Czy wybrałaby Nokturn?
Czy wybrałaby w ogóle bycie Lorraine?
Czy gdyby odpowiedziałaby "nie", mogłaby być kimś innym – kimś lepszym – kimś takim, kim była w jej oczach Eden?
Czy gdyby odpowiedziała "tak", oznaczałoby to, że wybrałaby bycie miernotą?
Zamyślona gładziła białe główki lilii.
Wymówki – wszystko to były tylko wymówki – wymówki wymięte jak rąbek białej wstążki, którą przewiązano jej bukiet. Wytrzymała spojrzenie Eden, wiedząc, że tego się od niej oczekuje. Wzięła głęboki oddech, wdzięczna, że kuzynka nie oferuje jej taniego współczucia, tylko wprost dzieli się swymi przemyśleniami. Perspektywa Eden była dla niej cenna, bardzo cenna, nie tylko dlatego, że punktowała jej słabości: przeglądając się w jej oczach, tak jak przeglądała się w cudzych umysłach, Lorraine mogła pomyśleć "co by było gdyby". Bo Lorraine nie była lustrem, w którym odbijały się twarze mężczyzn. To Lorraine przeglądała się w lustrze sklejonym z ich odłamków: z odłamków mężczyzn, ale i z odłamków kobiet. Bo dla Lorraine płeć nie robiła takiej różnicy, jak dla Eden, może dlatego, że jej nigdy nie dane było odczuć różnicy. Na Nokturnie nie zależało jej na tym, żeby walczyć z mężczyznami, nie zależało jej też na tym, żeby konkurować z kobietami, bo nie była przecież ani jednym, ani drugim. Lorraine była wilą. Była nie córką, nie synem, ale dzieckiem swego ojca. Odziedziczyła po nim nazwisko i wszystkie jego grzechy, ale była też dziedziczką jego talentu i artystycznej spuścizny. Nie musiała nigdy udowadniać mu swojej wartości w taki sposób jak robili to Elliott i Eden. Nie musiała dowodzić swojej kompetencji w zmaskulinizowanym zawodzie aurora, ani w pieleszach ministerialnej polityki, gdzie rywalizacja wyglądała zupełnie inaczej niż w znanym jej od podszewki środowisku artystycznym.
Kątem oka podchwyciła, że Brenna Longbottom stoi z boku, robiąc dokładnie to samo, co robiły Eden i Lorraine, czyli obserwując rozwój sytuacji.
"Możesz im przebaczać, masz wolną wolę. Mam jednak nadzieję, że im nie zapominasz."
Gdyby Eden podzieliła się z Lorraine swoimi przemyśleniami na temat wiary, powiedziałaby jej, że to nie jest modlitwa, kiedy modlisz się o czyjąś zgubę. To nie modlitwa, lecz przekleństwo. Można by się kłócić, czy bogowie są tak miłosierni, czy tak obojętni, że słuchają modlitw, ale ignorują ludzkie przekleństwa... A może po prostu są bogami, pomyślała Lorraine, a my jesteśmy po prostu ludźmi. Każdy przed kimś klęka. Ale kiedy jesteś człowiekiem wiary, głosiły nauki kowenu, wysyłasz swoją postawą wyraźny sygnał: stawiam swoją boginię na pierwszym miejscu, co znaczy, że klękam przed nią, i tylko przed nią. Wiara w Matkę była wiarą w naturę, a natura nie znała panów, nie pozwalając nad sobą panować, tak, jak nie pozwalał na to Nokturn. Jakie więc ma znaczenie, że ktoś zmusza cię, abyś padł przed nim na kolana? Staje się przegranym w momencie, w którym musi użyć do tego siły. Przed swoim bogiem klękasz bowiem z własnej, nieprzymuszonej woli.
– Pamiętam – odpowiedziała cicho. – Jestem skazana na to, aby pamiętać. Dlatego wciąż jestem na Nokturnie. Bo pamiętam o naszych korzeniach. Nokturn to szansa, Eden. Nie bez powodu nasze nazwisko wypowiadają tam, w podziemiach, z bojaźnią. Pod ziemią biegną korzenie drzew, a korzenie Malfoyów sięgają głęboko, głębiej niż korzenie wszystkich tu zgromadzonych. Anglia to ziemia na której wyrośliśmy, ale skostniałe zwyczaje naszej arystokracji są jak wieczna zmarzlina: w pewnym momencie korzenie drzew nie mogą rosnąć już głębiej, bo głębiej jest tylko lód. Muszą rozrastać się na boki, aby wysiudać inne, zagrażające im systemy korzeniowe. Nie bez powodu ktoś z naszej rodziny zawsze dbał o kontakty z Nokturnem, o poszerzanie tam naszych wpływów – zauważyła, poważnie patrząc na kuzynkę. – Nie ma sensu walczyć z naturą. Dostosowujesz się, albo giniesz.
Tak na Nokturnie, mówiło spojrzenie Lorraine, jak i na salonach.
– My wszyscy tu zgromadzeni – powiodła wzrokiem po zbitych w grupki arystokratach, przewracając lekko oczami, gdy dostrzegła rodzeństwo Kellych, no, może jednak nie wszyscy, dopowiedziała sobie pogardliwie w myślach, bo była przecież zbyt dobrze wychowana, aby powiedzieć to głośno – jesteśmy cześcią tej wiecznej zmarzliny. Ty jesteś jak lód. – Nieukrywana czułość pojawiła się w spojrzeniu i w głosie Lorraine, gdy zwróciła się w stronę kuzynki. – Twarda, nieustępliwa, prędzej się skruszysz niż ugniesz. Ja jestem jak woda, która wsiąka w ziemię, niezauważona, wypełniając szczeliny między skałami. Ale gdy woda zamarza, nawet skały pękają. – Nikły uśmiech zadrżał na wargach Lorraine, która spuściła oczy, milknąc na chwilę, zanim pociągnęła swój wywód dalej. – Potrzeba pokoleń, aby z ziemi powstała wieczna zmarzlina. Potrzeba lodu, który nigdy nie topnieje. Potrzeba wody, wsiąkającej w ziemię, której nie zdołał skuć lód. – Niejako z wahaniem podniosła głowę, niepewność zniknęła jednak, gdy spojrzała Eden w oczy, zastąpiona przez przygniatające poczucie oddania i obowiązku wobec kuzynki. – Musisz po prostu powiedzieć, gdzie mam płynąć – szepnęła – a w tym celu musisz pamiętać, jak biegną nasze korzenie. Moje biegną od Armanda, twoje od Fortinbrasa. Ale drzewo, które z nich wyrasta, to drzewo Malfoyów.
A dla Malfoyów – dla rodziny – Lorraine była przecież gotowa zrobić wszystko. Wszystko i jeszcze więcej.
– Jak mogłabym ci pomóc? – zaoferowała się natychmiast, uśmiechając się miękko, gdy usłyszała propozycję kuzynki.
Lorraine zapiekły policzki.
Nie mogła się z kuzynką nie zgodzić, nie, kiedy ta tak trafnie podsumowała tę wymianę zdań. Wszystko w życiu było wyborem, co do tego skłonna była przyznać Eden rację, ale Eden zapominała – a może nie chciała pamiętać – że niektórzy mieli tę możliwość wyboru bardzo ograniczoną. Niektórzy zaś nie mieli wyboru wcale... Zmuszeni byli więc zadowolić się jego iluzją.
Wszystko w życiu jest wyborem, pomyślała ze smutkiem Lorraine, ale kiedy każdy wybór jest zły, czy w ogóle można nazwać to wyborem? Gdy każdy wybór jest zły, czy w ogóle powinno się wybierać – czy lepiej byłoby nie wybierać wcale?
Wszystko w życiu jest wyborem, ale nie wybierasz rodziny, w jakiej przychodzisz na świat, protestował cichy głosik w jej głowie. Nie wybierasz nazwiska, z jakim się rodzisz. Nie wybierasz dziedzictwa, przeznaczonego ci już od chwili narodzin.
Czy gdyby miała wybór, wybrałaby bycie wilą? Czy wybrałaby muzykę? Czy wybrałaby Nokturn?
Czy wybrałaby w ogóle bycie Lorraine?
Czy gdyby odpowiedziałaby "nie", mogłaby być kimś innym – kimś lepszym – kimś takim, kim była w jej oczach Eden?
Czy gdyby odpowiedziała "tak", oznaczałoby to, że wybrałaby bycie miernotą?
Zamyślona gładziła białe główki lilii.
Wymówki – wszystko to były tylko wymówki – wymówki wymięte jak rąbek białej wstążki, którą przewiązano jej bukiet. Wytrzymała spojrzenie Eden, wiedząc, że tego się od niej oczekuje. Wzięła głęboki oddech, wdzięczna, że kuzynka nie oferuje jej taniego współczucia, tylko wprost dzieli się swymi przemyśleniami. Perspektywa Eden była dla niej cenna, bardzo cenna, nie tylko dlatego, że punktowała jej słabości: przeglądając się w jej oczach, tak jak przeglądała się w cudzych umysłach, Lorraine mogła pomyśleć "co by było gdyby". Bo Lorraine nie była lustrem, w którym odbijały się twarze mężczyzn. To Lorraine przeglądała się w lustrze sklejonym z ich odłamków: z odłamków mężczyzn, ale i z odłamków kobiet. Bo dla Lorraine płeć nie robiła takiej różnicy, jak dla Eden, może dlatego, że jej nigdy nie dane było odczuć różnicy. Na Nokturnie nie zależało jej na tym, żeby walczyć z mężczyznami, nie zależało jej też na tym, żeby konkurować z kobietami, bo nie była przecież ani jednym, ani drugim. Lorraine była wilą. Była nie córką, nie synem, ale dzieckiem swego ojca. Odziedziczyła po nim nazwisko i wszystkie jego grzechy, ale była też dziedziczką jego talentu i artystycznej spuścizny. Nie musiała nigdy udowadniać mu swojej wartości w taki sposób jak robili to Elliott i Eden. Nie musiała dowodzić swojej kompetencji w zmaskulinizowanym zawodzie aurora, ani w pieleszach ministerialnej polityki, gdzie rywalizacja wyglądała zupełnie inaczej niż w znanym jej od podszewki środowisku artystycznym.
Kątem oka podchwyciła, że Brenna Longbottom stoi z boku, robiąc dokładnie to samo, co robiły Eden i Lorraine, czyli obserwując rozwój sytuacji.
"Możesz im przebaczać, masz wolną wolę. Mam jednak nadzieję, że im nie zapominasz."
Gdyby Eden podzieliła się z Lorraine swoimi przemyśleniami na temat wiary, powiedziałaby jej, że to nie jest modlitwa, kiedy modlisz się o czyjąś zgubę. To nie modlitwa, lecz przekleństwo. Można by się kłócić, czy bogowie są tak miłosierni, czy tak obojętni, że słuchają modlitw, ale ignorują ludzkie przekleństwa... A może po prostu są bogami, pomyślała Lorraine, a my jesteśmy po prostu ludźmi. Każdy przed kimś klęka. Ale kiedy jesteś człowiekiem wiary, głosiły nauki kowenu, wysyłasz swoją postawą wyraźny sygnał: stawiam swoją boginię na pierwszym miejscu, co znaczy, że klękam przed nią, i tylko przed nią. Wiara w Matkę była wiarą w naturę, a natura nie znała panów, nie pozwalając nad sobą panować, tak, jak nie pozwalał na to Nokturn. Jakie więc ma znaczenie, że ktoś zmusza cię, abyś padł przed nim na kolana? Staje się przegranym w momencie, w którym musi użyć do tego siły. Przed swoim bogiem klękasz bowiem z własnej, nieprzymuszonej woli.
– Pamiętam – odpowiedziała cicho. – Jestem skazana na to, aby pamiętać. Dlatego wciąż jestem na Nokturnie. Bo pamiętam o naszych korzeniach. Nokturn to szansa, Eden. Nie bez powodu nasze nazwisko wypowiadają tam, w podziemiach, z bojaźnią. Pod ziemią biegną korzenie drzew, a korzenie Malfoyów sięgają głęboko, głębiej niż korzenie wszystkich tu zgromadzonych. Anglia to ziemia na której wyrośliśmy, ale skostniałe zwyczaje naszej arystokracji są jak wieczna zmarzlina: w pewnym momencie korzenie drzew nie mogą rosnąć już głębiej, bo głębiej jest tylko lód. Muszą rozrastać się na boki, aby wysiudać inne, zagrażające im systemy korzeniowe. Nie bez powodu ktoś z naszej rodziny zawsze dbał o kontakty z Nokturnem, o poszerzanie tam naszych wpływów – zauważyła, poważnie patrząc na kuzynkę. – Nie ma sensu walczyć z naturą. Dostosowujesz się, albo giniesz.
Tak na Nokturnie, mówiło spojrzenie Lorraine, jak i na salonach.
– My wszyscy tu zgromadzeni – powiodła wzrokiem po zbitych w grupki arystokratach, przewracając lekko oczami, gdy dostrzegła rodzeństwo Kellych, no, może jednak nie wszyscy, dopowiedziała sobie pogardliwie w myślach, bo była przecież zbyt dobrze wychowana, aby powiedzieć to głośno – jesteśmy cześcią tej wiecznej zmarzliny. Ty jesteś jak lód. – Nieukrywana czułość pojawiła się w spojrzeniu i w głosie Lorraine, gdy zwróciła się w stronę kuzynki. – Twarda, nieustępliwa, prędzej się skruszysz niż ugniesz. Ja jestem jak woda, która wsiąka w ziemię, niezauważona, wypełniając szczeliny między skałami. Ale gdy woda zamarza, nawet skały pękają. – Nikły uśmiech zadrżał na wargach Lorraine, która spuściła oczy, milknąc na chwilę, zanim pociągnęła swój wywód dalej. – Potrzeba pokoleń, aby z ziemi powstała wieczna zmarzlina. Potrzeba lodu, który nigdy nie topnieje. Potrzeba wody, wsiąkającej w ziemię, której nie zdołał skuć lód. – Niejako z wahaniem podniosła głowę, niepewność zniknęła jednak, gdy spojrzała Eden w oczy, zastąpiona przez przygniatające poczucie oddania i obowiązku wobec kuzynki. – Musisz po prostu powiedzieć, gdzie mam płynąć – szepnęła – a w tym celu musisz pamiętać, jak biegną nasze korzenie. Moje biegną od Armanda, twoje od Fortinbrasa. Ale drzewo, które z nich wyrasta, to drzewo Malfoyów.
A dla Malfoyów – dla rodziny – Lorraine była przecież gotowa zrobić wszystko. Wszystko i jeszcze więcej.
– Jak mogłabym ci pomóc? – zaoferowała się natychmiast, uśmiechając się miękko, gdy usłyszała propozycję kuzynki.
Koniec sesji