05.05.2025, 09:02 ✶
– Na pewno… na pewno wysłano ludzi do ochrony Munga. Jolene się nią zajmie.
Chciała w to wierzyć. W to, że chociaż te dwie osoby są na pewno bezpieczne, w świecie, w którym w niebezpieczeństwie był właściwie każdy inny.
Brenny nie obchodziła w tej chwili praca sama w sobie, meldunki, raporty. Nie trzymała jej na miejscu chęć zachowania pracy czy obowiązkowość BUMowca: może zresztą, gdyby nie weszli w ten dym, faktycznie teleportowałaby się do Doliny. Ale chodziło o to, że… w tej chwili londyńską noc rozjaśniał blask płomieni, a ona wiedziała, że pomoc będzie potrzebna właściwie wszędzie.
Zaniosła się kaszlem, gdy dym dostał się do ust i nosa, pośpiesznie zasłoniła twarz chustą. Chwyciła lewą ręką za rąbek ubrania Juliana, nie chcąc, aby oni też zgubili się w dymie.
– Idziemy po ciebie! – zawołała, jednocześnie próbując wyczarować powiew, który rozproszy ten dym… i nie wyszło. Brenna nie miała pojęcia, czy to jej zaklęcie było za słabe, czy dym się mu opierał, ale coś było nie tak. Oczywiście, pomijając, że Londyn - i Dolina Godryka - właśnie stały się obiektem ataku. – Ten dym… może być magiczny… nie mogę go rozproszyć – powiedziała jeszcze kaszląc, gdy zbliżyli się do źródła głosu.
Pozwoliła bez protestów, by to Bletchley go chwycił. Mógł go podeprzeć go przecież równie dobrze, a bąblogłowa ułatwiała aurorowi oddychanie, więc powinien poradzić sobie szybciej niż ona. Dzieciak – czy raczej młody chłopak, jak okazało się, gdy już wytoczyli się z dymu – podpierał się mocno na Julianie, słaniał na nogach, a kiedy wyłonili się z dziwnej chmury, przewrócił się na chodnik. Nie stracił przytomności, ale zdawał się na krawędzi omdlenia, jakby nie był w stanie ustać.
Uniósł głowę, wbijając spanikowane spojrzenie w Juliana, a potem spróbował wstać i zataczając się ruszył w stronę alejki.
– Zaczekaj! – zawołała za nim Brenna, bo niby Bletchley wydostał go, ale jednak… młody nie wyglądał najlepiej. Nie obejrzał się jednak, a Brenna zdecydowała, że nie będzie go gonić: zamiast tego przetarła oczy i zaczęła się rozglądać. – Mówił coś o wybuchu – powtórzyła, przypatrując się budynkom w pobliżu, szukając takiego, który nosiłby ślady „wybuchu”. Zwłaszcza, że „wybuch” to nie to samo, co pożar: może ktoś w pobliżu przeprowadził jakiś atak?
Kłąb dymu wciąż snuł się za nimi, a Brenna aż zagryzła ze złości wargę, i w ustach poczuła smak krwi i popiołu. Mieli to coś tutaj po prostu zostawić? Kolejne osoby mogły się zgubić, ale nie wiedziała, jak się tego pozbyć, skoro jej zaklęcia nie podziałały.
Chciała w to wierzyć. W to, że chociaż te dwie osoby są na pewno bezpieczne, w świecie, w którym w niebezpieczeństwie był właściwie każdy inny.
Brenny nie obchodziła w tej chwili praca sama w sobie, meldunki, raporty. Nie trzymała jej na miejscu chęć zachowania pracy czy obowiązkowość BUMowca: może zresztą, gdyby nie weszli w ten dym, faktycznie teleportowałaby się do Doliny. Ale chodziło o to, że… w tej chwili londyńską noc rozjaśniał blask płomieni, a ona wiedziała, że pomoc będzie potrzebna właściwie wszędzie.
Zaniosła się kaszlem, gdy dym dostał się do ust i nosa, pośpiesznie zasłoniła twarz chustą. Chwyciła lewą ręką za rąbek ubrania Juliana, nie chcąc, aby oni też zgubili się w dymie.
– Idziemy po ciebie! – zawołała, jednocześnie próbując wyczarować powiew, który rozproszy ten dym… i nie wyszło. Brenna nie miała pojęcia, czy to jej zaklęcie było za słabe, czy dym się mu opierał, ale coś było nie tak. Oczywiście, pomijając, że Londyn - i Dolina Godryka - właśnie stały się obiektem ataku. – Ten dym… może być magiczny… nie mogę go rozproszyć – powiedziała jeszcze kaszląc, gdy zbliżyli się do źródła głosu.
Pozwoliła bez protestów, by to Bletchley go chwycił. Mógł go podeprzeć go przecież równie dobrze, a bąblogłowa ułatwiała aurorowi oddychanie, więc powinien poradzić sobie szybciej niż ona. Dzieciak – czy raczej młody chłopak, jak okazało się, gdy już wytoczyli się z dymu – podpierał się mocno na Julianie, słaniał na nogach, a kiedy wyłonili się z dziwnej chmury, przewrócił się na chodnik. Nie stracił przytomności, ale zdawał się na krawędzi omdlenia, jakby nie był w stanie ustać.
Uniósł głowę, wbijając spanikowane spojrzenie w Juliana, a potem spróbował wstać i zataczając się ruszył w stronę alejki.
– Zaczekaj! – zawołała za nim Brenna, bo niby Bletchley wydostał go, ale jednak… młody nie wyglądał najlepiej. Nie obejrzał się jednak, a Brenna zdecydowała, że nie będzie go gonić: zamiast tego przetarła oczy i zaczęła się rozglądać. – Mówił coś o wybuchu – powtórzyła, przypatrując się budynkom w pobliżu, szukając takiego, który nosiłby ślady „wybuchu”. Zwłaszcza, że „wybuch” to nie to samo, co pożar: może ktoś w pobliżu przeprowadził jakiś atak?
Kłąb dymu wciąż snuł się za nimi, a Brenna aż zagryzła ze złości wargę, i w ustach poczuła smak krwi i popiołu. Mieli to coś tutaj po prostu zostawić? Kolejne osoby mogły się zgubić, ale nie wiedziała, jak się tego pozbyć, skoro jej zaklęcia nie podziałały.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.