Było wiele żałości w tej mizernej próbie, jaką podjął. Wiele wstydu w tym, jak spoglądał na rozpływające się patronusy. Jeden, drugi - ile można ich wyczarować, zanim powiesz sobie "dość"? Wystarczająco niewiele, żeby jakakolwiek mądrość strzeliła do głowy. Taka samoświadomość: "ach, no tak." Dodaj gdzieś do tego "zjebałem" i byłaby suma obrazów tego, że z kim się zadajesz, takim się stajesz. Czy może wulgaryzmy łatwiej i szybciej przychodziły do ludzi złamanych?
Ta żałosność rozkładała się po kościach i wplątywała we włosy, kiedy siedział i tępo wpatrywał się w kominek przed sobą. Pozornie nie istniejąc, w rzeczywistości goniąc myślą za myślą. Co się działo? Gdzie się działo? Czy ktoś był zagrożony? Dlaczego ktoś sprowadził popiół na to miejsce? Czy to jakiś żart? Okrutny wygłup, po prostu kolejna z prób pogrzebania New Forest? Nie były potrzebne płomienie, sprytny podszedłby do tego od innej strony - ekonomicznej. Tragedia za tragedią nie musiały być faktycznie druzgocące, wystarczy infama, która zahuczy w gazetach. A może to Śmierciożercy? Czy już poszło w świat, że sypia tu, w jednym domu, z mugolem z cyrku? Przecież Flynn był rozpoznawalny. On sam był rozpoznawalny. Łatwo rzucali się w oczy, byli jak dwa chodzące przy sobie przeciwieństwa pod każdym kątem.
Brak odpowiedzi wcale nie wpędzał w myśli pozytywne, ale tama emocji trzymała się dobrze. Odkrawała duszę i umysł od siebie, by wzajem sobie nie przeszkadzały. Ten organ pompujący krew uderzał mocniej, wiedziony instynktem przetrwania. Przez żyły mogła przepływać adrenalina, żeby słabo zbudowane ciało utrzymać na nogach, ale nie mogły przez nie płynąć emocje w nadmiarze. Inaczej groziłoby nam poduszenie się. Nędzna śmierć pod gruzami własnego człowieczeństwa.
Nie widział wahania we Flynnie na początku. Nie dostrzegł go i teraz. Powiedzenie "przecież go znam" zupełnie umierało, kiedy miałeś przy sobie aktora na 102. Albo to tylko wymówka? Ściągnięcie tego na karby aktorstwa, podczas gdy tak naprawdę mózg był zajęty ciągłym potokiem myśli, a serce podtrzymywaniem tamy, by ta dusza była ciągle po drugiej stronie? Nie widział strachu, więc go nie chłonął. Nie widział zwątpienia, więc sam nie wątpił. Laurent za szybko przyjmował emocje innych - szczególnie tych, na których mu zależało. A przecież Flynn był z porcelany. Teraz był tworem z porcelany.
Złapał czarnowłosego za dłoń i skinął głową.
- Dobry pomysł. - Ponieważ dobrze będzie wiedzieć, co się dzieje w Londynie, zanim się tam udadzą. - Spakował? Być może to nie jest najgorszy pomysł... - Spojrzał na dom, któremu nie ufał. Pozornie zupełnie nic się nie zmieniło. Nic się nie stało, nic się nie wydarzyło. Nieufnością było też otwierania kluczem zamka i otworzenie drzwi, przez które wcale nie przeszedł pierwszy. Nie chciał nawet przechodzić. I chociaż zupełnie nie chciał, żeby czarnowłosemu stało się coś złego, to Flynn promieniował taką pewnością siebie, że w oczach blondyna góry mógłby przenosić, a powalenie na ziemię jakiegoś czarnoksiężnika nie było opcją - było pewnikiem.
Błękit oczu przesuwał się po znajomych meblach zalanych szarością dnia. Ta szaruga czarnych chmur stała się upiorna. Diva siedziała przy drzwiach tarasowych i próbowała łapami złapać przez szybę spadające drobiny popiołu, które pozostawiały po sobie suchy ślad. Oprócz tego... cisza.
- Panie. - Migotek wyłonił się zza zasłony obok Divy, spoglądając na Laurenta, to potem na Flynna jednym okiem. Zmartwionym. Zaniepokojonym. Laurent od razu do niego podszedł i klęknął przy nim na jedno kolano, łapiąc jego dłoń.
- Migotku, posłuchaj mnie uważnie. Musisz zadbać o bezpieczeństwo swoje, Divy i Dumy. To tylko dom. Dom można odbudować. Nie próbuj go bronić za wszelką cenę, gdyby coś się stało. Rozumiesz mnie? - Skrzat chciał zaprotestować. Otworzył nawet usta, ale zamknął je pod wpływem spojrzenia swojego Pana - bardzo intensywnego. Skinął w końcu głową. - Dziękuję. - Laurent sięgnął do jego głowy, by czule go pogłaskać, zanim wstał i szybkim krokiem udał się do garderoby. Wyciągnął torbę i trochę w nie swoim stylu zaczął wrzucać tam rzeczy, zamiast równo je układać. Parę rzeczy - więcej nie potrzebował. Tak sobie wmawiał, że więcej nie potrzebował. Aż w końcu zwrócił się do Flynna.
- Chciałem ci to wręczyć w milszych okolicznościach. - Wyciągnął do niego jedno z lusterek dwukierunkowych. - Powiedziałeś, że chciałbyś być zawsze razem. To słaba alternatywa, ale zawsze jakaś. - Zdobył się na łagodny uśmiech do Flynna. - Kiedy będę miał czas załatwię je lepszej jakości. Przepraszam, tylko tyle mogę na razie zrobić... - Złapał za pelerynę i czarodziejski kapelusz, który chciał wsadzić na głowę Flynna, ale pewnie wywołałoby to protesty i... ach. Po prostu wsadził go na swoją głowę.
- Chcę, żebyś mnie zabrał na Horyzontalną. Tam mieszka moja kuzynka i dwóch kuzynów, którzy są aurorami. Będę bezpieczny w ich domu. To moja kuzynka jest twórczynią tej zakładki. - Aktualnie, w jego mniemaniu, było to miejsce bezpieczniejsze niż Keswick, w którym... nie wiedział nadal, co się działo. - Jeśli mówisz, że teleportacja nie jest najlepszym rozwiązaniem, weźmiemy Michaela.