05.05.2025, 10:04 ✶
– Och, w moim życiu nie brakuje zabawy – zapewniła Brenna lekko, posyłając Pandorze uśmiech. – Ledwo parę dni temu mieliśmy przyjęcie na plaży, żałuję, że nie mogłaś do nas dołączyć.
Pamiętała, wbrew pozorom, że ludziom i jej także, potrzeba czasem czegoś więcej niż wiecznej szarpaniny, bo w kraju trwa de facto wojna. Oczywiście, ta zabawa była w pewnym sensie… także próbą dania chwili wytchnienia członkom Zakonu, zorganizowaną przez Brennę bardziej dla nich niż dlatego, że sama chciała się pobawić. Miała pomóc w integracji i przypomnieć, że łączy ich nie tylko walka. Oraz dowiedzenia się nieco więcej o kilku osobach, które miały zostać wciągnięte… jak być może Pandora. Ale to wszystko nie oznaczało, że Brenna nie bawiła się tam dobrze.
Nawet jeżeli w tej chwili coś ściskało się trochę w jej żołądku na samo wspomnienie tej imprezy, snu i ciemnej plaży po przebudzeniu.
– Chodź – powiedziała, ujmując Pandorę pod ramię, gdy już pożegnały się z właścicielką. Ściskanie w żołądku nie ustąpiło, chociaż teraz nie wynikało z tego, że myślała o tamtej nocy, a raczej z powodu rozmowy, którą miały odbyć. Nie był to pierwszy, drugi ani nawet dziesiąty raz, a jednak z czasem wcale nie stawało się to łatwiejsze. Raczej trudniejsze: bo teraz zdawała sobie w pełni sprawę, co to wszystko oznaczało, i jak wysoka jest stawka. – Jestem pewna, że znajdzie się coś bez mięsa.
*
Znalazło się coś bez mięsa, chociaż wybór może nie był oszałamiający. Brenna zamówiła coś z karty na chybił trafił, rozejrzała się po lokalu upewniając, że nikt nie siedzi blisko nich i nie widzi żadnych znajomych twarzy (chociaż wybrała lokal w niemagicznym Londynie właśnie po to, by przypadkiem na takie nie wpaść), a potem… potem zeszła na temat.
– Pamiętasz, jak rozmawiałyśmy latem? Wtedy, kiedy razem ćwiczyłyśmy? – spytała, dziobiąc widelcem w swojej jajecznicy. – Wspomniałaś, że chciałabyś, hm, bardziej pomagać. Ludziom, którzy teraz są w niebezpieczeństwie, jak no ta rodzina, u której właśnie byłyśmy – powiedziała, odruchowo ściszając głos. – Myślę, że mogłabyś wspierać nasze kółko samopomocy, że tak to nazwę. Chociaż ludzie lubią mówić, że jesteśmy klubem czytelniczym. Tylko czytamy dziwne książki – stwierdziła, uśmiechając się przy tym lekko. – Próbujemy pomagać tak jak Fitzpatrickom. Jeśli jest za mało dowodów dla Ministerstwa.
Albo gdy mu nie ufamy, dokończyła w myślach, ale w te najbardziej nielegalne działania zakonu na razie nie zamierzała Pandory wciągać – chciała ją póki co w sieci, w ramach wsparcia, tam gdzie mogła zrobić pułapkę, pomóc w renowacji, może finansowano, niekoniecznie z różdżką w dłoni. I gdy tak siedziały, pochylone ku sobie, przekazywała jej szeptem te kluczowe wiadomości, które były niezbędne dla kogoś w sieci właśnie.
Pamiętała, wbrew pozorom, że ludziom i jej także, potrzeba czasem czegoś więcej niż wiecznej szarpaniny, bo w kraju trwa de facto wojna. Oczywiście, ta zabawa była w pewnym sensie… także próbą dania chwili wytchnienia członkom Zakonu, zorganizowaną przez Brennę bardziej dla nich niż dlatego, że sama chciała się pobawić. Miała pomóc w integracji i przypomnieć, że łączy ich nie tylko walka. Oraz dowiedzenia się nieco więcej o kilku osobach, które miały zostać wciągnięte… jak być może Pandora. Ale to wszystko nie oznaczało, że Brenna nie bawiła się tam dobrze.
Nawet jeżeli w tej chwili coś ściskało się trochę w jej żołądku na samo wspomnienie tej imprezy, snu i ciemnej plaży po przebudzeniu.
– Chodź – powiedziała, ujmując Pandorę pod ramię, gdy już pożegnały się z właścicielką. Ściskanie w żołądku nie ustąpiło, chociaż teraz nie wynikało z tego, że myślała o tamtej nocy, a raczej z powodu rozmowy, którą miały odbyć. Nie był to pierwszy, drugi ani nawet dziesiąty raz, a jednak z czasem wcale nie stawało się to łatwiejsze. Raczej trudniejsze: bo teraz zdawała sobie w pełni sprawę, co to wszystko oznaczało, i jak wysoka jest stawka. – Jestem pewna, że znajdzie się coś bez mięsa.
*
Znalazło się coś bez mięsa, chociaż wybór może nie był oszałamiający. Brenna zamówiła coś z karty na chybił trafił, rozejrzała się po lokalu upewniając, że nikt nie siedzi blisko nich i nie widzi żadnych znajomych twarzy (chociaż wybrała lokal w niemagicznym Londynie właśnie po to, by przypadkiem na takie nie wpaść), a potem… potem zeszła na temat.
– Pamiętasz, jak rozmawiałyśmy latem? Wtedy, kiedy razem ćwiczyłyśmy? – spytała, dziobiąc widelcem w swojej jajecznicy. – Wspomniałaś, że chciałabyś, hm, bardziej pomagać. Ludziom, którzy teraz są w niebezpieczeństwie, jak no ta rodzina, u której właśnie byłyśmy – powiedziała, odruchowo ściszając głos. – Myślę, że mogłabyś wspierać nasze kółko samopomocy, że tak to nazwę. Chociaż ludzie lubią mówić, że jesteśmy klubem czytelniczym. Tylko czytamy dziwne książki – stwierdziła, uśmiechając się przy tym lekko. – Próbujemy pomagać tak jak Fitzpatrickom. Jeśli jest za mało dowodów dla Ministerstwa.
Albo gdy mu nie ufamy, dokończyła w myślach, ale w te najbardziej nielegalne działania zakonu na razie nie zamierzała Pandory wciągać – chciała ją póki co w sieci, w ramach wsparcia, tam gdzie mogła zrobić pułapkę, pomóc w renowacji, może finansowano, niekoniecznie z różdżką w dłoni. I gdy tak siedziały, pochylone ku sobie, przekazywała jej szeptem te kluczowe wiadomości, które były niezbędne dla kogoś w sieci właśnie.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.