05.05.2025, 12:11 ✶
Brenna przewinęła się przez kawiarnię na chwilę krótszą niż mgnienie, tylko po to, by przekazać informacje, ułatwić przegrupowanie się, zanim pobiegła dalej, w dym i ogień. Nie zastanawiała się, dlaczego to robi – po prostu nie umiałaby inaczej, bo nie potrafiłaby patrzeć, jak ktoś ginie w ogniu i niczego z tym nie próbować zrobić ani nawet poddać się, chociaż szepty dymy wciskały do głowy myśli niespokojne. Że może jest za późno. Że może ten popiół zasypuje całą Anglię. Że Voldemort już wygrał. Poczucie beznadziei zakorzeniło się gdzieś w jej głowie, mimo to nie zatrzymywała się ani na moment, pędząc przed siebie. Nie zastanawiała się też, dlaczego robi to wszystko Millie. Niby wiedziała, że ta zawsze szła ścieżką wskazywaną przez brata, ale chyba po prostu wierzyła tą niemal naiwną wiarą dziecka, że Moody sama z siebie, gdy on nie pokazałby czegoś ręką, wybrałaby to, co słuszne: bo pod tym całym szaleńczym uśmiechem i wszystkimi przekleństwami kryło się dobre serce. Zagubione być może, ale dobre.
Zaklęcia, szeptane raz za razem, tej nocy, wciąż te same: tu powiew do rozgonienia dymu, tu bąblogłowa, tam woda do ugaszenia płomieni, tu usunięcie na bok gruzów.
– To nic, pewnie po prostu od tego dymu mój mózg już protestuje. Coś mi się tylko wydawało – powiedziała Millie zaraz, bo słyszenie głosów nie było dobre nawet w świecie czarodziejów, a nikt tej nocy nie potrzebował martwić się o to, co dzieje się z głową Brenny. Musiała być spokojna i pokazywać, że „wszystko w porządku” przynajmniej tak długo, jak nie wygasną te ognie, jak nie ulecą wszystkie dymy.
Bąblogłowa otoczyła Millie, ułatwiając jej oddychanie i przy okazji wypełnienie tej drobnej misji: trzeba było upewnić się, że ludzie są bezpieczni. A jeżeli nie, to ich stąd przetransportować.
Gdy Moody wskoczyła na miotłę, nim jeszcze Brenna zdążyła cokolwiek jeszcze powiedzieć, i pomknęła w górę, Bren szybko uniosła różdżkę. W tym całym dymie ciężko było latać, nawet na krótkie dystanse, dlatego teraz machnęła ręką, po raz kolejny szepcąc to samo zaklęcie, które wypowiadała już tak wiele razy, niby słowa powtarzanej litanii. Próbowała rozproszyć dym wokół Millie, w tej chwili nie widzącej za wiele ze swojej miotły – tak, aby umożliwić jej wygodne wylądowanie na balkonie czy zajrzenie w okna.
Nie podobało się Brennie, że dom wprawdzie chyba nie płonął, ale miał wyraźnie wyważone drzwi. I wybite okna na parterze. Być może Meyersowie nie mieli spłonąć, ale ktoś na przykład próbował się dostać do mieszkania i musieli zabarykadować?
Tej nocy nie tylko smierciożercy byli zagrożeniem.
Próba rozgonienia dymu wokół Millie, kształtowanie
Zaklęcia, szeptane raz za razem, tej nocy, wciąż te same: tu powiew do rozgonienia dymu, tu bąblogłowa, tam woda do ugaszenia płomieni, tu usunięcie na bok gruzów.
– To nic, pewnie po prostu od tego dymu mój mózg już protestuje. Coś mi się tylko wydawało – powiedziała Millie zaraz, bo słyszenie głosów nie było dobre nawet w świecie czarodziejów, a nikt tej nocy nie potrzebował martwić się o to, co dzieje się z głową Brenny. Musiała być spokojna i pokazywać, że „wszystko w porządku” przynajmniej tak długo, jak nie wygasną te ognie, jak nie ulecą wszystkie dymy.
Bąblogłowa otoczyła Millie, ułatwiając jej oddychanie i przy okazji wypełnienie tej drobnej misji: trzeba było upewnić się, że ludzie są bezpieczni. A jeżeli nie, to ich stąd przetransportować.
Gdy Moody wskoczyła na miotłę, nim jeszcze Brenna zdążyła cokolwiek jeszcze powiedzieć, i pomknęła w górę, Bren szybko uniosła różdżkę. W tym całym dymie ciężko było latać, nawet na krótkie dystanse, dlatego teraz machnęła ręką, po raz kolejny szepcąc to samo zaklęcie, które wypowiadała już tak wiele razy, niby słowa powtarzanej litanii. Próbowała rozproszyć dym wokół Millie, w tej chwili nie widzącej za wiele ze swojej miotły – tak, aby umożliwić jej wygodne wylądowanie na balkonie czy zajrzenie w okna.
Nie podobało się Brennie, że dom wprawdzie chyba nie płonął, ale miał wyraźnie wyważone drzwi. I wybite okna na parterze. Być może Meyersowie nie mieli spłonąć, ale ktoś na przykład próbował się dostać do mieszkania i musieli zabarykadować?
Tej nocy nie tylko smierciożercy byli zagrożeniem.
Próba rozgonienia dymu wokół Millie, kształtowanie
Rzut W 1d100 - 40
Sukces!
Sukces!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.