05.05.2025, 12:31 ✶
Moody nie miała pojęcia kogo ratuje, nie miała pojęcia o koligacjach dziewczęcia z jej drugim ulubionym wróżbitą (umówmy się, Peregrinusa kochała z innych powodów niż trzecie oko), nie miała pojęcia o tym, że czystokrwista panna jeszcze przed momentem wysłuchiwała rasistowskiej pogadanki od jednej z najważniejszych osób w jej życiu. Ogień był dla wszystkich nader sprawiedliwy, zaskakująco sprawiedliwy, jeśli ktoś by zapytał Moody.
Nie przejmowała się krzykiem dziewczyny podczas jej lotu, bo też nie trwał on długo, skoro chwilę później już znajdowała się w objęciach policjantki.
Spontaniczne leżenie na sobie... może Bazyliszek miał rację i coś w tym kurwa jest? – pomyślała na moment, wlepiając swojej wielkie i złociste jak dwa galeony ślepia w przerażoną dziewczynę, która na niej leżała. Księżniczka wylądowała na bruku, takim lekko niedożywionym, mocno kościstym bruku.
Miles już chciała coś powiedzieć, ten ułamek sekundy, kiedy zaschło jej w gardle (to oczywiście okoliczności przyrody, wiadomo), kiedy nieznajoma zaczęła mówić, błagać wręcz o ingerencję.
Korytarz nie dawał żadnych nadziei, ale Miles nie była zbyt rozsądną osobą, żeby to oceniać.
Poderwała się na równe nogi, złapała ją pewnie za rękę, rzucając krótkie i pewne:
– Idziemy! - ruszyły do domu Dolohovów.
Nie zamierzała odpuszczać, nie zamierzała kłaść kreski na kimś, kto pozostał w kamienicy, ale też zapominając upomnienia jej przełożonych z Brygady Uderzeniowej, że akcje nie powinny być brawurowe a w pierwszej kolejności przemyślane i możliwie bezpieczne. Nudne. Wpadanie do płonącego budynku nie było ani przemyślane, ani bezpieczne dla nich, ani też (zdecydowanie) nie było nudne. Moody zamierzała dać się poprowadzić do tego pokoju, Moody nie była świadoma ryzyka i faktu, że zamiast uratować jeszcze jedno życie, mogła pogrzebać dwa dodatkowe, w tym własne.
Nie przejmowała się krzykiem dziewczyny podczas jej lotu, bo też nie trwał on długo, skoro chwilę później już znajdowała się w objęciach policjantki.
Spontaniczne leżenie na sobie... może Bazyliszek miał rację i coś w tym kurwa jest? – pomyślała na moment, wlepiając swojej wielkie i złociste jak dwa galeony ślepia w przerażoną dziewczynę, która na niej leżała. Księżniczka wylądowała na bruku, takim lekko niedożywionym, mocno kościstym bruku.
Miles już chciała coś powiedzieć, ten ułamek sekundy, kiedy zaschło jej w gardle (to oczywiście okoliczności przyrody, wiadomo), kiedy nieznajoma zaczęła mówić, błagać wręcz o ingerencję.
Korytarz nie dawał żadnych nadziei, ale Miles nie była zbyt rozsądną osobą, żeby to oceniać.
Poderwała się na równe nogi, złapała ją pewnie za rękę, rzucając krótkie i pewne:
– Idziemy! - ruszyły do domu Dolohovów.
Nie zamierzała odpuszczać, nie zamierzała kłaść kreski na kimś, kto pozostał w kamienicy, ale też zapominając upomnienia jej przełożonych z Brygady Uderzeniowej, że akcje nie powinny być brawurowe a w pierwszej kolejności przemyślane i możliwie bezpieczne. Nudne. Wpadanie do płonącego budynku nie było ani przemyślane, ani bezpieczne dla nich, ani też (zdecydowanie) nie było nudne. Moody zamierzała dać się poprowadzić do tego pokoju, Moody nie była świadoma ryzyka i faktu, że zamiast uratować jeszcze jedno życie, mogła pogrzebać dwa dodatkowe, w tym własne.
Odwaga i porywacza to niebezpieczny miks