05.05.2025, 15:44 ✶
Wchodzenie w rolę odczuwał momentami tak, jak odczuwa się otulenie ciała ciepłym kocem. To była świetna maska. Idealna ochrona przed złem tego świata i wszystkimi złymi myślami. Bo rzeczy nie robił już On. Nie podejmował decyzji On. Decyzje były podejmowane przez Crowa, a Crow zachowywał się w określony sposób i spijał konsekwencje tak, jakby były czymś kompletnie nieistniejącym. Musiałeś mieć to w sobie, jeżeli zamierzałeś mieszkać w Podziemiach jako partner ich samozwańczej królowej. I musiałeś mieć to w sobie, kiedy zaklęte chmury owijały się jak pętla wokół domu delikatnego człowieka, który z każdym kolejnym ciosem tracił kolejną iskrę nadziei, a tych iskier zaczynało już brakować.
Ich palce splotły się momentalnie, a Crow zmierzył Laurenta spojrzeniem, łapiąc się przy okazji na tym, że analizował, jak bardzo było źle. Żyło w nim przecież wspomnienie paniki na widok ognia trawiącego stajnię, ale tym razem Laurent zdawał się nie wątpić w siebie tak mocno, a przynajmniej nie teraz, kiedy komunikował się z zezującym skrzatem, chcącym spojrzeć na zbyt wiele rzeczy jednocześnie. Może trochę to wrażenie zniszczył później - pakując niedbale swoje ulubione ubrania, ale pośpiech nie był tu przecież czymś niewskazanym. Nie w czasach, kiedy spakowana torba gotowa do wyjścia powinna leżeć przy drzwiach wejściowych codziennie, tak na wszelki wypadek...
A potem zamarł.
Sięgnął ręką po wręczane mu lusterko i uniósł w górę krzaczaste brwi. Rzecz jasna, nie chodziło tu wcale o jakiś problem z przekazywanym mu przedmiotem. Chodziło o słowa.
- Dałeś mi prezent - zaczął całkiem grzecznie jak na ten kocyk, którym postanowił się owinąć, ale szorstkość w jego głosie nosiła na sobie znamiona ich przeszłości - i trzy sekundy później za niego przeprosiłeś. - Przetarł dłonią po spoconej twarzy i pokręcił głową. To nie było już nawet głupiutkie, to było absurdalne. - Chodź tu - przyciągnął go do siebie, łapiąc w pasie i pocałował go w policzek, na moment przerywając ten jakże istotny proces pozornie bezmyślnego wrzucania fatałaszków do torby. - Michael to koń? Gdzie się parkuje konia w Londynie? - Mieszkał tu już miesiąc, ale słowo abraksan nadal nie przelazło mu przez gardło. - Cóż... - Nie istniał sposób na to, aby skrytykować twórczynię tego zabezpieczenia. Prawdę mówiąc, chętnie by z nią o tym porozmawiał, ale znając życie, przez relację wiążącą ją z Laurentem spanikowałby i chlapnął coś wulgarnego, a potem... wiadomo. Bo kim innym mogła być krewna Laurenta jeżeli nie panienką, dla której brak zaoferowania gościowi herbaty stanowił najwyższy wymiary kary lub najlepszy sposób na okazanie niechęci? - Sprawdzę to radio, co?
Odsunął się, nieco zmieszany tym jak bardzo wyczuwalny stał się na moment jego północy akcent. Nie powiedział też dziękuję, ale lusterko umieścił w przedniej kieszeni kurtki, w zupełnie innym miejscu, niż wszystkie inne klamoty.
A później wyszedł na taras, wiatr rozwiał jego włosy i zobaczył, jak spomiędzy drzew przedostaje się kłąb dymu. W tym momencie nie mógł być tego pewnym, ale jego czarnowidztwo tym razem zdało swoją rolę - za kilka godzin ciemność, zgnilizna i czerwony mór zawładną wszystkim.
Ich palce splotły się momentalnie, a Crow zmierzył Laurenta spojrzeniem, łapiąc się przy okazji na tym, że analizował, jak bardzo było źle. Żyło w nim przecież wspomnienie paniki na widok ognia trawiącego stajnię, ale tym razem Laurent zdawał się nie wątpić w siebie tak mocno, a przynajmniej nie teraz, kiedy komunikował się z zezującym skrzatem, chcącym spojrzeć na zbyt wiele rzeczy jednocześnie. Może trochę to wrażenie zniszczył później - pakując niedbale swoje ulubione ubrania, ale pośpiech nie był tu przecież czymś niewskazanym. Nie w czasach, kiedy spakowana torba gotowa do wyjścia powinna leżeć przy drzwiach wejściowych codziennie, tak na wszelki wypadek...
A potem zamarł.
Sięgnął ręką po wręczane mu lusterko i uniósł w górę krzaczaste brwi. Rzecz jasna, nie chodziło tu wcale o jakiś problem z przekazywanym mu przedmiotem. Chodziło o słowa.
- Dałeś mi prezent - zaczął całkiem grzecznie jak na ten kocyk, którym postanowił się owinąć, ale szorstkość w jego głosie nosiła na sobie znamiona ich przeszłości - i trzy sekundy później za niego przeprosiłeś. - Przetarł dłonią po spoconej twarzy i pokręcił głową. To nie było już nawet głupiutkie, to było absurdalne. - Chodź tu - przyciągnął go do siebie, łapiąc w pasie i pocałował go w policzek, na moment przerywając ten jakże istotny proces pozornie bezmyślnego wrzucania fatałaszków do torby. - Michael to koń? Gdzie się parkuje konia w Londynie? - Mieszkał tu już miesiąc, ale słowo abraksan nadal nie przelazło mu przez gardło. - Cóż... - Nie istniał sposób na to, aby skrytykować twórczynię tego zabezpieczenia. Prawdę mówiąc, chętnie by z nią o tym porozmawiał, ale znając życie, przez relację wiążącą ją z Laurentem spanikowałby i chlapnął coś wulgarnego, a potem... wiadomo. Bo kim innym mogła być krewna Laurenta jeżeli nie panienką, dla której brak zaoferowania gościowi herbaty stanowił najwyższy wymiary kary lub najlepszy sposób na okazanie niechęci? - Sprawdzę to radio, co?
Odsunął się, nieco zmieszany tym jak bardzo wyczuwalny stał się na moment jego północy akcent. Nie powiedział też dziękuję, ale lusterko umieścił w przedniej kieszeni kurtki, w zupełnie innym miejscu, niż wszystkie inne klamoty.
A później wyszedł na taras, wiatr rozwiał jego włosy i zobaczył, jak spomiędzy drzew przedostaje się kłąb dymu. W tym momencie nie mógł być tego pewnym, ale jego czarnowidztwo tym razem zdało swoją rolę - za kilka godzin ciemność, zgnilizna i czerwony mór zawładną wszystkim.
Koniec sesji
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.