07.05.2025, 22:28 ✶
Kiedy Rosie patrzyła w rozgwieżdżone niebo, Alex patrzył na nią – tylko na nią. Jej oczy były gwiazdami pożyczonymi przez bogów z okrywającej ich miękkim płaszczem draperii nocy. "Nie przeszkadzałoby mi spędzić obok ciebie na niebie parę milionów lat", wyszeptała. To dziwne, bo nie potrafisz przez godzinę wysiedzieć obok mnie w jednej ławce, zauważył wtedy cicho, odpowiadając uśmiechem na jej uśmiech, choć nie było w nim zwykłej kpiny, nie: jego rozbawienie szybko zniknęło. Została tylko powaga. Nie wiedział, co czuje. Nie wiedział, co czuje, poza sercem, które biło mu w piersi jak szalone: czuł jak obija się o żebra jak dzikie zwierzę schwytane w klatkę. Na zewnątrz był jednak spokojny. Na zewnątrz... Splótł ich dłonie razem, aby mogła pokazać mu, który fragment nieba zasiedlą, którą galaktykę zamieszkają. Przez krótką chwilę byli wtedy jedną konstelacją. Gwiazdami zaćmieniowymi krążącymi w układzie podwójnym tak blisko siebie, że można ich było pomylić z błyskającymi szaleńczo zmiennymi kataklizmicznymi. Ona była jasną gwiazdą, a on – ciemną.
"Jesteś bezczelny."
– Myślałem, że właśnie to we mnie lubisz – powtórzył raz jeszcze, patrząc na nią z góry. – Bo ja lubię to w tobie.
Pozwolił jej wygładzić materiał swojej koszuli, obserwując z zainteresowaniem jak zapina górny guzik, jak poprawia mu kołnierzyk. Odchylił lekko głowę, patrząc jak pieszczotliwie przebiega palcami po jego piersi. Na sugestię, że zasapałby się, znosząc ją po schodach na dół, prychnął tylko: kto tu jest bezczelny, pomyślał z lubością, gdy przesunęła dłońmi niżej.
– Po każdym jednym schodku, tak? – zaśmiał się. – Nie martw się, nie będę musiał nawet oszczędzać oddechu, to marne czterdzieści trzy stopnie. Pięćdziesiąt trzy, wliczając w to te stare kamienne schody przy dziedzińcu wychodzącym na błonia. Ale skoro tak martwisz się o moją kondycję – rzucił zadziornie, bezceremonialnie wciskając koszulę z jej szminką odciśniętą na piersi z powrotem w spodnie – mogę wybrać dłuższą drogę. Och, to na pewno ci się spodoba, uważaj teraz: sto dwadzieścia dziewięć stopni – Malownicza trasa, zahaczająca o najważniejsze atrakcje zamku, co prawda, biegła trochę na około, ale Alex wyglądał na bardzo zadowolonego z siebie, gdy przesunął spojrzeniem po twarzy Rosie. – Taka ładna liczba. No wiesz... Wielokrotność trójki.
Uśmiechnął się głupio, zanim wyciągnął rękę, aby pogładzić ją po zaróżowionym delikatnie policzku. A potem przeniósł ją przez próg biblioteki, niewiele robiąc sobie z odprowadzających ich spojrzeń.
"Jesteś bezczelny."
– Myślałem, że właśnie to we mnie lubisz – powtórzył raz jeszcze, patrząc na nią z góry. – Bo ja lubię to w tobie.
Pozwolił jej wygładzić materiał swojej koszuli, obserwując z zainteresowaniem jak zapina górny guzik, jak poprawia mu kołnierzyk. Odchylił lekko głowę, patrząc jak pieszczotliwie przebiega palcami po jego piersi. Na sugestię, że zasapałby się, znosząc ją po schodach na dół, prychnął tylko: kto tu jest bezczelny, pomyślał z lubością, gdy przesunęła dłońmi niżej.
– Po każdym jednym schodku, tak? – zaśmiał się. – Nie martw się, nie będę musiał nawet oszczędzać oddechu, to marne czterdzieści trzy stopnie. Pięćdziesiąt trzy, wliczając w to te stare kamienne schody przy dziedzińcu wychodzącym na błonia. Ale skoro tak martwisz się o moją kondycję – rzucił zadziornie, bezceremonialnie wciskając koszulę z jej szminką odciśniętą na piersi z powrotem w spodnie – mogę wybrać dłuższą drogę. Och, to na pewno ci się spodoba, uważaj teraz: sto dwadzieścia dziewięć stopni – Malownicza trasa, zahaczająca o najważniejsze atrakcje zamku, co prawda, biegła trochę na około, ale Alex wyglądał na bardzo zadowolonego z siebie, gdy przesunął spojrzeniem po twarzy Rosie. – Taka ładna liczba. No wiesz... Wielokrotność trójki.
Uśmiechnął się głupio, zanim wyciągnął rękę, aby pogładzić ją po zaróżowionym delikatnie policzku. A potem przeniósł ją przez próg biblioteki, niewiele robiąc sobie z odprowadzających ich spojrzeń.
Koniec sesji
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat