07.05.2025, 23:36 ✶
Nie bronił się. Nie podniósł nawet rąk, aby osłonić się przed ciosem. Gdy gniew ogarniał Hatiego Greybacka, niewielu potrafiło go zatrzymać. Spróbuj zatrzymać burzę. Spróbuj złapać piorun gołymi rękoma. Szarpnięcie szyi, skręt karku, a potem eksplozja bólu, który rozlewał się pod czaszką niczym ogień: widział tylko błysk w oczach Greybacka, nieobecnych, jakby patrzyły nie na niego, lecz przez niego. Mulciber patrzył jak unosi pięść.
Nic nie mogło zatrzymać kogoś, kto nie walczył z człowiekiem, tylko z widmami przeszłości.
Oddychał nierówno, chrapliwie, jak stary pies, który przebiegł zbyt wiele kilometrów i leży, ziejąc bokami, nie wiedząc, po co w ogóle biegł: pot mieszał mu się z krwią na skroni, gdy dyszał ciężko. Nie rozumiał, co Greyback do niego mówi. Mamrotał po włosku, dokładnie tak samo, jak robiła to Lorien przez sen. Każdy mięsień miał spięty, nie z gotowości, lecz z walki o utrzymanie się w pionie. Grunt zdawał mu się usuwać spod stóp, gdy potoczył się w tył, popychany przez Greybacka: wyprostował się gwałtownie pod impetem wymierzonego mu ciosu.
Gdy uderzył plecami o kamień, zaniósł się śmiechem. Alex śmiał się, choć czuł, jak usta wypełnia mu krew, a uśmiech zmienia w grymas. Splunął Hatiemu krwią pod nogi, wypluwając przy tym zęba.
Od czasu powrotu z Rumunii nie mógł znaleźć sobie miejsca. Czuł się trochę jak jeden z tych bezpańskich psów, które czasem kręciły się na skrzyżowaniu Horyzontalnej z Nokturnem. Psy pojawiały się i znikały. Czy ktoś je przygarniał, czy wyłapywało je miasto – czy może same wymykały się poza magiczny Londyn i ginęły pod kołami mugolskich pojazdów – tego nie wiedział. Czasem jakiś trącił go nosem, rozpoznając dłoń, która rzuciła mu ochłap z ministerialnego baru, ale zwykle ignorowały go, węsząc nosami przy ziemi – przemykały obojętnie między nogami przechodniów, tropiąc bezustannie: czekając na ten jeden, szczególny zapach, za którym musiały podążać całe życie. Tylko dokąd? Alexander także węszył za starymi uciechami, ale nie sądził, by te mogły dać mu radość.
– Wiesz – wydyszał – w poprzednim życiu musiałem być psem. W poprzednim życiu byłem psem. To dlatego psy tak bardzo mnie lubią.
Otarł twarz rękawem, a potem oparł się o kamień, rozmazując własną krew na powierzchni prastarego menhiru.
Nic nie mogło zatrzymać kogoś, kto nie walczył z człowiekiem, tylko z widmami przeszłości.
Oddychał nierówno, chrapliwie, jak stary pies, który przebiegł zbyt wiele kilometrów i leży, ziejąc bokami, nie wiedząc, po co w ogóle biegł: pot mieszał mu się z krwią na skroni, gdy dyszał ciężko. Nie rozumiał, co Greyback do niego mówi. Mamrotał po włosku, dokładnie tak samo, jak robiła to Lorien przez sen. Każdy mięsień miał spięty, nie z gotowości, lecz z walki o utrzymanie się w pionie. Grunt zdawał mu się usuwać spod stóp, gdy potoczył się w tył, popychany przez Greybacka: wyprostował się gwałtownie pod impetem wymierzonego mu ciosu.
Gdy uderzył plecami o kamień, zaniósł się śmiechem. Alex śmiał się, choć czuł, jak usta wypełnia mu krew, a uśmiech zmienia w grymas. Splunął Hatiemu krwią pod nogi, wypluwając przy tym zęba.
Od czasu powrotu z Rumunii nie mógł znaleźć sobie miejsca. Czuł się trochę jak jeden z tych bezpańskich psów, które czasem kręciły się na skrzyżowaniu Horyzontalnej z Nokturnem. Psy pojawiały się i znikały. Czy ktoś je przygarniał, czy wyłapywało je miasto – czy może same wymykały się poza magiczny Londyn i ginęły pod kołami mugolskich pojazdów – tego nie wiedział. Czasem jakiś trącił go nosem, rozpoznając dłoń, która rzuciła mu ochłap z ministerialnego baru, ale zwykle ignorowały go, węsząc nosami przy ziemi – przemykały obojętnie między nogami przechodniów, tropiąc bezustannie: czekając na ten jeden, szczególny zapach, za którym musiały podążać całe życie. Tylko dokąd? Alexander także węszył za starymi uciechami, ale nie sądził, by te mogły dać mu radość.
– Wiesz – wydyszał – w poprzednim życiu musiałem być psem. W poprzednim życiu byłem psem. To dlatego psy tak bardzo mnie lubią.
Otarł twarz rękawem, a potem oparł się o kamień, rozmazując własną krew na powierzchni prastarego menhiru.
Unoszę ręce, żeby się bronić (rzut na aktywność fizyczną).
Rzut Z 1d100 - 14
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat