08.05.2025, 01:01 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.05.2025, 01:02 przez Scylla Greyback.)
Scylla nie sięgnęła po jego dłoń od razu. Siedziała nieruchomo, jakby przymarznięta do murku, którego kamienie, choć ciepłe, zdawały się dziwnie martwe. Dym łaskotał ją w nozdrza, popiół osiadał na ubraniu i rzęsach. Patrzyła na rozżarzone pozostałości liter, które przestały być opowieściami, a stały się tylko dowodami zbrodni - nie tej popełnionej na ludziach, ale na pamięci. Może to była większa zbrodnia.
Jej spojrzenie zatrzymało się na cienkiej, zwęglonej kartce, która zbyt długo opierała się płomieniom. Miała wrażenie, że widziała już tę scenę, dokładnie taką - jakby przeszłość wgryzła się w teraźniejszość, a przyszłość dawno została przesądzona. Nie mówiła od razu. Znała wagę milczenia. Wiedziała, że czasem jedyną odpowiedzią na pytanie jest to, że pytanie w ogóle padło. Przesunęła czubkiem buta jeden z okopconych tomów, nie patrząc nawet, który to tytuł. Była to tylko rzecz - przedmiot pozbawiony już sensu. Jakby sam język przestał mieć znaczenie, skoro nikt nie został, by mówić prawdę.
Śmierć nie była dla niej czymś, co się wybiera. Nie była punktem na mapie ani bramą, do której prowadzi jakaś droga. Śmierć nie była też wrogiem. Nie miała twarzy ani miecza. Była jak zmierzch - nieunikniona, łagodna i cicha. Nie pytała o zgodę. Nie ostrzegała. Przychodziła jak sen, którego nie dało się zatrzymać.
Z początku myślała, że ją to przeraża. Pamiętała dziecięce lęki, modlitwy bezadresowe, szeptane do ziemi, bo nie wierzyła w niebo. Ale ten strach dawno już z niej wyciekł. Nie została po nim nawet pusta forma. Została tylko obserwacja.
Była widzem.
Świat płonął, ludzie krzyczeli, ideologie ścierały się w huku i wrzasku, a ona... ona tylko patrzyła. Nie dlatego, że nie chciała nic zrobić - ale dlatego, że wiedziała, że nie może. Historia nie słuchała tych, którzy szeptali. Toczyła się po zboczach własnych decyzji, nie zważając na tych, którzy nie umieli krzyczeć dostatecznie głośno.
- Kiedyś próbowałam płynąć pod prąd - odezwała się wreszcie, odrywając leniwie wzrok od zgliszczy. - Teraz pozwalam się nieść. Zamiast własnej śmierci widzę, jak niesie mnie fala wielka, ponura, pełna szczątków i ciszy. I czuję, że jestem pogodzona z tym, że prędzej czy później wyrzuci mnie na brzeg - może żywą, może martwą, ale na pewno nie walczącą o życie. - Wyznała beznamiętnie, spoglądając prosto w oczy Alexandra. Czuła, czego chciał dojrzeć, a ona nie zasłoniła przed nim kurtyny. Bił od niej anielski spokój. Nie cierpiała. Nie miała już ambicji, by odwrócić bieg rzeki. Nie czuła nienawiści do świata, który zmierzał ku zagładzie, jakby nie mógł inaczej. Patrzyła na niego jak na starzejącego się ojca, którego dłoń trzęsie się od choroby - i choć wciąż robi krzywdę, nie sposób już się na niego gniewać.
Była łagodna. Nie dlatego, że taka chciała być. Ale dlatego, że nie było już nic innego. Ani krzyku, ani łez. Tylko miękka pustka, która układała się w niej jak pył na książkach, które nigdy więcej nie zostaną przeczytane.
- On… - podjęła po chwili, ledwie zauważalnie unosząc głowę w stronę ukrytego za dymem nieba. - On nie potrzebuje naszych oczu. Nie takich. Potrzebuje naszych dłoni. Naszego milczenia, kiedy inni krzyczą. Potrzebuje, żebyśmy widzieli, ale nie patrzyli. Żebyśmy wiedzieli, ale nie pytali. Żebyśmy byli martwi, zanim naprawdę umrzemy. - W jej głosie nie było złości. Ani smutku. Ani też rezygnacji. Mówiła to wszystko, jakby wypowiadała prognozę pogody albo definicję jakiegoś martwego języka.
- Nie jesteśmy dwojgiem ludzieńków idących w ciemność. My jesteśmy ciemnością. - W końcu uniosła się z miejsca, stając jednak na murku, zamiast na ziemi. Poruszała się z dziwną ostrożnością, jakby każdy jej ruch ważył zbyt wiele. Jakby wiedziała, że cegły pod nią mogłby się rozsypać od jednego kroku w złą stronę. Zbliżyła się i bez słowa położyła dłoń na jego.
- Chodźmy. Zanim zrobi się zbyt jasno. -
Jej spojrzenie zatrzymało się na cienkiej, zwęglonej kartce, która zbyt długo opierała się płomieniom. Miała wrażenie, że widziała już tę scenę, dokładnie taką - jakby przeszłość wgryzła się w teraźniejszość, a przyszłość dawno została przesądzona. Nie mówiła od razu. Znała wagę milczenia. Wiedziała, że czasem jedyną odpowiedzią na pytanie jest to, że pytanie w ogóle padło. Przesunęła czubkiem buta jeden z okopconych tomów, nie patrząc nawet, który to tytuł. Była to tylko rzecz - przedmiot pozbawiony już sensu. Jakby sam język przestał mieć znaczenie, skoro nikt nie został, by mówić prawdę.
Śmierć nie była dla niej czymś, co się wybiera. Nie była punktem na mapie ani bramą, do której prowadzi jakaś droga. Śmierć nie była też wrogiem. Nie miała twarzy ani miecza. Była jak zmierzch - nieunikniona, łagodna i cicha. Nie pytała o zgodę. Nie ostrzegała. Przychodziła jak sen, którego nie dało się zatrzymać.
Z początku myślała, że ją to przeraża. Pamiętała dziecięce lęki, modlitwy bezadresowe, szeptane do ziemi, bo nie wierzyła w niebo. Ale ten strach dawno już z niej wyciekł. Nie została po nim nawet pusta forma. Została tylko obserwacja.
Była widzem.
Świat płonął, ludzie krzyczeli, ideologie ścierały się w huku i wrzasku, a ona... ona tylko patrzyła. Nie dlatego, że nie chciała nic zrobić - ale dlatego, że wiedziała, że nie może. Historia nie słuchała tych, którzy szeptali. Toczyła się po zboczach własnych decyzji, nie zważając na tych, którzy nie umieli krzyczeć dostatecznie głośno.
- Kiedyś próbowałam płynąć pod prąd - odezwała się wreszcie, odrywając leniwie wzrok od zgliszczy. - Teraz pozwalam się nieść. Zamiast własnej śmierci widzę, jak niesie mnie fala wielka, ponura, pełna szczątków i ciszy. I czuję, że jestem pogodzona z tym, że prędzej czy później wyrzuci mnie na brzeg - może żywą, może martwą, ale na pewno nie walczącą o życie. - Wyznała beznamiętnie, spoglądając prosto w oczy Alexandra. Czuła, czego chciał dojrzeć, a ona nie zasłoniła przed nim kurtyny. Bił od niej anielski spokój. Nie cierpiała. Nie miała już ambicji, by odwrócić bieg rzeki. Nie czuła nienawiści do świata, który zmierzał ku zagładzie, jakby nie mógł inaczej. Patrzyła na niego jak na starzejącego się ojca, którego dłoń trzęsie się od choroby - i choć wciąż robi krzywdę, nie sposób już się na niego gniewać.
Była łagodna. Nie dlatego, że taka chciała być. Ale dlatego, że nie było już nic innego. Ani krzyku, ani łez. Tylko miękka pustka, która układała się w niej jak pył na książkach, które nigdy więcej nie zostaną przeczytane.
- On… - podjęła po chwili, ledwie zauważalnie unosząc głowę w stronę ukrytego za dymem nieba. - On nie potrzebuje naszych oczu. Nie takich. Potrzebuje naszych dłoni. Naszego milczenia, kiedy inni krzyczą. Potrzebuje, żebyśmy widzieli, ale nie patrzyli. Żebyśmy wiedzieli, ale nie pytali. Żebyśmy byli martwi, zanim naprawdę umrzemy. - W jej głosie nie było złości. Ani smutku. Ani też rezygnacji. Mówiła to wszystko, jakby wypowiadała prognozę pogody albo definicję jakiegoś martwego języka.
- Nie jesteśmy dwojgiem ludzieńków idących w ciemność. My jesteśmy ciemnością. - W końcu uniosła się z miejsca, stając jednak na murku, zamiast na ziemi. Poruszała się z dziwną ostrożnością, jakby każdy jej ruch ważył zbyt wiele. Jakby wiedziała, że cegły pod nią mogłby się rozsypać od jednego kroku w złą stronę. Zbliżyła się i bez słowa położyła dłoń na jego.
- Chodźmy. Zanim zrobi się zbyt jasno. -
i poklękli spóźnieni u niedoli swej proga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga