08.05.2025, 15:53 ✶
Tak jak Scylla wierzyła, że fale wyrzucą jej ciało na brzeg, tak Alexander trwał w przekonaniu, że jego ciało pójdzie na dno. Tafla wody była lustrem, w którym dusza może się przeglądać, jeśli ma odwagę spojrzeć w głąb, a Alexander przepadał za wróżeniem z lustra: katoptromancja była jedną z jego ulubionych technik dywinacyjnych. Inni wróżbici bali się zagubić swoją duszę w otchłani lustra, ale nie Alexander. Alexander bał się, że ją tam znajdzie. Odkąd zobaczył swoją śmierć przestał się jednak bać. Widział jak woda wciąga go w otchłań, ale nie czuł strachu. Widział to w Rumunii, we śnie. Widział to w Windermere, choć wtedy patrzył w jeziorną toń cudzymi oczyma: wtedy był oczyma Windermere, wtedy był jego dłońmi – wtedy był Windermere – wtedy walczył o oddech, czując jak nieznośny ból rozrywa płuca błagające o łyk powietrza. Alexander by nie walczył. Utonąłby. Woda przyjęłaby go z chłodną obojętnością, tak samo jak i on przyjmował jej objęcia, bo być może tylko obojętność pozostała temu, który od lat był bardziej wrakiem człowieka niż człowiekiem.
– W innym życiu zostaliśmy razem pod falami, w których utopiliśmy nasze imiona – odpowiedział cicho towarzyszącej mu dziewczynie, nie opuszczając choćby na chwilę wyciągniętej ku niej dłoni: stąpała ostrożnie, gdy balansowała na kamiennym murku tak jak on balansował wcześniej na granicy między snem a jawą, stąpała tak, jakby kroczyła po sennych marzeniach, choć Alexander nie wiedział już, czyje były to marzenia. Może niczyje, pomyślał, unosząc nieco głowę do góry, aby móc spojrzeć prosto w skryte pod maską oczy dziewczyny. – W innym życiu, ale nie w tym. W tym życiu potrzebuję twoich oczu. – "Ja", podkreślił stanowczo, nie "on", tak samo jak wcześniej mówił "my", zamiast "ja". – Potrzebuję, żebyś patrzyła. Żebyś pytała.
Jego słowa nie brzmiały już jak proroctwo. Brzmiały jak obietnica. Przez chwilę Alexander wyglądał tak, jak gdyby chciał powiedzieć coś jeszcze, ale urwał, pokręciwszy głową, jakby oddech wyrwał mu nagły przybój. Reszta jego słów utonęła w milczeniu. Udzielił mu się jej spokój. Spokój był w trzaskaniu płomieni ogniska, w niemym krzyku płonących kartek, w niewypowiedzianej skardze człowieka, którego nadwęglone ciało wieńczyło usypany z książek stos. Spokój tkwił także na dnie kieszeni jego płaszcza, gdzie wcisnął wcześniej zmiętą kartkę wyrwaną z powieści Dumasa.
"My jesteśmy ciemnością."
Wiele istniało słów na opisanie ciemności: wiele przewijało się poprzez przepowiednie, których teksty studiował. Nie był językoznawcą, ale współpracował z wieloma językoznawcami, przeglądał ich prace, posiłkując się ekspertyzami tłumaczów podczas procesu translacji. Dajmy na to, starogrecki: sam miał greckie imię, a w języku greckim, ciemność w najbardziej dosadnym tego słowa znaczeniu była rodzaju męskiego. Nie była to więc ciemność, lecz mrok: σκότος – obracał na języku syczące słowo, tak jak obracał różdżkę między palcami – skótos, brak światła, bezkres nocy przed dziełem stworzenia, z którego wywodzi się bezformie grzechu, zanim nada mu się formę myślą, mową i uczynkiem. "Jeśli więc światło, które jest w tobie, jest ciemnością, jakże wielka to ciemność!", pisali greccy prorocy, dobrze wiedząc, że wielu w tej ciemności będzie doszukiwało się głębi: wielu wytężało będzie oczy, wiedząc, że w ciemności rodzi się odkrycie, że w ciemności drzemie możliwość. Wielu patrzyło w ciemność, nie wiedząc, że ciemność również patrzy. Tak jak Scylla patrzyła na Alexandra, tak Alexander patrzył bowiem na Scyllę.
Bo istniała też ciemność rodzaju żeńskiego.
Skotía, pomyślał, przesuwając kciukiem po drobnej dłoni dziewczyny, ledwie zdążył zamknąć ją we własnej dłoni – σκοτία, miał ochotę napisać na jej skórze – nie tyle ciemność, lecz nieprzejrzystość. "Lecz kto nienawidzi swojego brata", przypomniał sobie cytat, który wielokrotnie powtarzał w odniesieniu do Donalda, "jest w ciemności i chodzi w ciemności, a nie wie, gdzie odchodzi, bo ciemność oślepiła jego oczy." Ciemność pozostająca doświaczeniem czysto duchowym, jak cienki welon, który spowija twarz, jak spuszczona woalka na broniąca przystępu do spuszczonych smutno oczu. Stan duchowego zagubienia, wynikający nie z braku światła, lecz z braku wiary w światło: dusza skryta za zasłoną przesłaniającą boską obecność. Niemal uśmiechnął się pod maską, gdy podniósł różdżkę, aby rzucić na nich zaklęcie. Aby stworzyć iluzję, za którą mogliby się skryć – iluzję, dzięki której mogliby stać się jednością ze słaniającymi się pośród ulic Londynu cieniami – iluzję, dzięki której mogliby stać się samą ciemnością.
Zanim się teleportowali nieco dalej, znikając pośród zaułków Pokątnej, Alexander obejrzał się przez ramię, aby upewnić się, że nikt nie patrzy, tak jak Hrabia Monte Christo odwrócił się, odpływając po raz ostatni z wyspy If.
– W innym życiu zostaliśmy razem pod falami, w których utopiliśmy nasze imiona – odpowiedział cicho towarzyszącej mu dziewczynie, nie opuszczając choćby na chwilę wyciągniętej ku niej dłoni: stąpała ostrożnie, gdy balansowała na kamiennym murku tak jak on balansował wcześniej na granicy między snem a jawą, stąpała tak, jakby kroczyła po sennych marzeniach, choć Alexander nie wiedział już, czyje były to marzenia. Może niczyje, pomyślał, unosząc nieco głowę do góry, aby móc spojrzeć prosto w skryte pod maską oczy dziewczyny. – W innym życiu, ale nie w tym. W tym życiu potrzebuję twoich oczu. – "Ja", podkreślił stanowczo, nie "on", tak samo jak wcześniej mówił "my", zamiast "ja". – Potrzebuję, żebyś patrzyła. Żebyś pytała.
Jego słowa nie brzmiały już jak proroctwo. Brzmiały jak obietnica. Przez chwilę Alexander wyglądał tak, jak gdyby chciał powiedzieć coś jeszcze, ale urwał, pokręciwszy głową, jakby oddech wyrwał mu nagły przybój. Reszta jego słów utonęła w milczeniu. Udzielił mu się jej spokój. Spokój był w trzaskaniu płomieni ogniska, w niemym krzyku płonących kartek, w niewypowiedzianej skardze człowieka, którego nadwęglone ciało wieńczyło usypany z książek stos. Spokój tkwił także na dnie kieszeni jego płaszcza, gdzie wcisnął wcześniej zmiętą kartkę wyrwaną z powieści Dumasa.
"My jesteśmy ciemnością."
Wiele istniało słów na opisanie ciemności: wiele przewijało się poprzez przepowiednie, których teksty studiował. Nie był językoznawcą, ale współpracował z wieloma językoznawcami, przeglądał ich prace, posiłkując się ekspertyzami tłumaczów podczas procesu translacji. Dajmy na to, starogrecki: sam miał greckie imię, a w języku greckim, ciemność w najbardziej dosadnym tego słowa znaczeniu była rodzaju męskiego. Nie była to więc ciemność, lecz mrok: σκότος – obracał na języku syczące słowo, tak jak obracał różdżkę między palcami – skótos, brak światła, bezkres nocy przed dziełem stworzenia, z którego wywodzi się bezformie grzechu, zanim nada mu się formę myślą, mową i uczynkiem. "Jeśli więc światło, które jest w tobie, jest ciemnością, jakże wielka to ciemność!", pisali greccy prorocy, dobrze wiedząc, że wielu w tej ciemności będzie doszukiwało się głębi: wielu wytężało będzie oczy, wiedząc, że w ciemności rodzi się odkrycie, że w ciemności drzemie możliwość. Wielu patrzyło w ciemność, nie wiedząc, że ciemność również patrzy. Tak jak Scylla patrzyła na Alexandra, tak Alexander patrzył bowiem na Scyllę.
Bo istniała też ciemność rodzaju żeńskiego.
Skotía, pomyślał, przesuwając kciukiem po drobnej dłoni dziewczyny, ledwie zdążył zamknąć ją we własnej dłoni – σκοτία, miał ochotę napisać na jej skórze – nie tyle ciemność, lecz nieprzejrzystość. "Lecz kto nienawidzi swojego brata", przypomniał sobie cytat, który wielokrotnie powtarzał w odniesieniu do Donalda, "jest w ciemności i chodzi w ciemności, a nie wie, gdzie odchodzi, bo ciemność oślepiła jego oczy." Ciemność pozostająca doświaczeniem czysto duchowym, jak cienki welon, który spowija twarz, jak spuszczona woalka na broniąca przystępu do spuszczonych smutno oczu. Stan duchowego zagubienia, wynikający nie z braku światła, lecz z braku wiary w światło: dusza skryta za zasłoną przesłaniającą boską obecność. Niemal uśmiechnął się pod maską, gdy podniósł różdżkę, aby rzucić na nich zaklęcie. Aby stworzyć iluzję, za którą mogliby się skryć – iluzję, dzięki której mogliby stać się jednością ze słaniającymi się pośród ulic Londynu cieniami – iluzję, dzięki której mogliby stać się samą ciemnością.
// Rzucam na statystykę zauroczenia ◉◉○○○, aby stworzyć iluzję, która ukryje nas przed oczami wścibskich.
Rzut N 1d100 - 81
Sukces!
Sukces!
Zanim się teleportowali nieco dalej, znikając pośród zaułków Pokątnej, Alexander obejrzał się przez ramię, aby upewnić się, że nikt nie patrzy, tak jak Hrabia Monte Christo odwrócił się, odpływając po raz ostatni z wyspy If.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat