- To, że kazałam się stąd zabrać nie oznacza, że miałeś mnie z zaskoczenia ruszać. Nie rób tak więcej. - Wysyczała przez zęby, bo naprawdę nie lubiła, kiedy ktoś niespodziewanie ją dotykał. Szczególnie ktoś taki jak on, powinien uprzedzić Prue o swoich planach, wtedy pewnie byłaby w stanie to jakoś znieść.
Nie wiedziała o co mu chodzi, ale nagle zaczął się macać po tych wszystkich kieszeniach, jakby coś zgubił. Wpatrywała się więc dłuższą chwilę w to, co robił, nadal nie do końca potrafiąc to zrozumieć. Cóż, najwyraźniej też był nieco pierdolnięty, nawet psychiatrzy mieli jakieś swoje dolegliwości, jak wszyscy.
- Jasne, stojąc w miejscu nigdzie nie dojdziemy, ale skąd wiesz, że jak wybierzemy tamtą stronę to nie znajdziemy się jeszcze głębiej? Jesteś pewien swojej decyzji? - Nie chciała ich wprowadzić w jeszcze większe maliny, bo to już była bardzo, ale to bardzo słaba sytuacja, wolałaby jej nie pogorszyć.
Prue była zaniepokojona tym, co się wydarzyło. Nie mieli pojęcia, gdzie byli, znajdowali się w jakiejś czarnej dupie, a ani on, ani ona nie należeli do osób, które potrafiły się odnaleźć w lesie. To nie mogło się skończyć dobrze, zresztą nie umieli ze sobą rozmawiać, nie lubili się, jakim niby cudem miała z nim przetrwać w lesie? No jak? W jej głowie pojawiało się aktualnie bardzo wiele pytań i żadnych odpowiedzi, nie znosiła takich momentów. Próbowała myśleć, ale nie była specjalistką od podobnych wędrówek, nie przeczytała w swoim życiu ksiąg związanych z tym, jak radzić sobie na takim zadupiu.
Ruszył przed siebie. No jasne, zignorował jej zdanie. Powinna się spodziewać czegoś takiego po osobie jego pokroju. Był zadufanym w sobie chamem i bucem i nie szanował jej zdania.
Wolała nie zostawać tutaj zupełnie sama, wbrew pozorom miała świadomość, że to mogło się skończyć dla niej źle, chcąc nie chcąc musiała więc do niego dołączyć, nie, żeby była z tego powodu szczególnie zadowolona.
Bletchley w przeciwieństwie do swojego towarzysza zawsze miała przy sobie papierosy. Pochowane w kieszeniach jej eleganckich spodni, czy w kieszonce koszuli. Nosiła ich przy sobie kilka paczek, aby mieć pewność, że nigdy nie zabraknie jej fajek. Gdy więc szła za nim, powoli, nie chciała równać tempa, bo nie miała zamiaru z nim gadać, wyciągnęła papierosa i wsadziła go sobie w usta. Była wkurzona, musiała się chociaż nieco uspokoić. Zaciągnęła się dymem, po czym wypuściła jego resztkę. Nie miała pojęcia dokąd zmierzali, ale nie wyglądało jej to najlepiej. Las był ciemny i gęsty, a oni należeli do tych osób, które lepiej czuły się w mieście. Potter był za bardzo wymuskany na kogoś, kto chętnie wybierałby piesze wędrówki, zresztą sam jej o tym przed chwilą powiedział. Miała nadzieję, że nie wyskoczy na nich z krzaków jakiś dzik, czy inny zwierz bo tego by nie zniosła.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control