08.05.2025, 20:26 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.05.2025, 16:21 przez Alexander Mulciber.)
Gdy zamykał oczy, zwykł czuć jak wizje przesuwają mu się pod powiekami, objawiając się eksplozją barw, jak obrazy w kalejdoskopie. Teraz nie było wizji. Nie było objawienia. Zniknął obraz, który zaczynał rysować się pośród krwawych malunków. Wizja, która miała nadejść, nie nadeszła. Przyszłość powinna była przemówić, a jednak milczała, odwróciwszy się do niego plecami. Nie, pomyślał, nie było nawet milczenia, które zazwyczaj miało w sobie wagę sensu – był tylko brak. Cichy, jałowy, nienazwany brak, w którym wszystko było możliwe, ale nie wydarzało się nic. Głuche echo niespełnienia pulsowało w skroniach Alexandra, gdy klęczał pochylony nad rozmazanymi symbolami, które miały go poprowadzić. Krew już zasychała, gęstniejąc w mroku. Runy na bruku traciły swój blask. Alexander ocknął się z transu, wciągając powietrze do płuc z gwałtownym świstem, w tym samym momencie, w którym Stanley poklepał go po plecach.
– Nic nie widzę – wycedził przez zaciśnięte zęby, powoli podnosząc się na nogi. Wtedy przyszła złość. Nie ta głośna, gwałtowna, którą można było rozładować z pomocą przemocy, ale ta cicha, która rodziła się z rozczarowania tak głębokiego, że nie sposób było go wypowiedzieć. Wstawał z trudem, jakby podnosił się nie z ziemi, lecz z własnego rozczarowania. – Nic nie widzę. Potrzebuję. Chwili.
Zbyt dużo dźwięków. Mężczyzna krzyczał, choć nie mógł swego krzyku wyartykułować. Zbyt dużo bodźców. Palce Alexandra lepiły się od krwi, która przesiąkła mu przez rękawice. Zbyt dużo ludzi. Wszyscy wokół niego działali z takim przekonaniem, z takim dramatycznym zapałem. Wydzierali przyszłość z ciała, jak gdyby to mogło coś zmienić, jak gdyby krzyk torturowanego mężczyzny był wieszczbą, a jego ból – kluczem do jej zrozumienia. Pamiętasz tę szlamę, Warda? Wtedy nam przerwano. Teraz nam to nie grozi. Skrzywił się, słysząc słowa Rudolphusa, skierowane do niego, ale jakby nie do niego. Czy pamiętał? Przez te wszystkie lata używki zdążyły odcisnąć swoje piętno na jego pamięci. Niektórych rzeczy nie dało się jednak tak łatwo zapomnieć. Nie, nie sądził, aby pamiętał jeszcze twarz Warda. Pamiętał jednak jego matkę, a raczej to, co zostało z jego matki, gdy już z nią skończył.
– Nic nie widzę – wymamrotał pod nosem Alexander, tak cicho, jak gdyby sam siebie próbował przekonać, że to wszystko w ogóle mogło się wydarzyć. Zamyślony wycierał swoją różdżkę o poły płaszcza. Nie patrzył na wijącego się pod ich stopami mężczyznę. Mężczyzna krzyczał, choć nie potrafił już krzyczeć, tylko charczeć, ale Alexander nie słuchał go. Podniósł wreszcie oczy na Stanleya, pokręciwszy tylko głową, jakby chciał powiedzieć: nie pytaj. Spróbował jeszcze raz zerknąć za zasłonę nieokreśloności, tym razem skupiając spojrzenie na połyskujących pod maską oczach Rodolphusa, który zdawał się czerpać taką samą satysfakcję z łamania umysłów, co z łamania kości.
– Nic nie widzę – wycedził przez zaciśnięte zęby, powoli podnosząc się na nogi. Wtedy przyszła złość. Nie ta głośna, gwałtowna, którą można było rozładować z pomocą przemocy, ale ta cicha, która rodziła się z rozczarowania tak głębokiego, że nie sposób było go wypowiedzieć. Wstawał z trudem, jakby podnosił się nie z ziemi, lecz z własnego rozczarowania. – Nic nie widzę. Potrzebuję. Chwili.
Zbyt dużo dźwięków. Mężczyzna krzyczał, choć nie mógł swego krzyku wyartykułować. Zbyt dużo bodźców. Palce Alexandra lepiły się od krwi, która przesiąkła mu przez rękawice. Zbyt dużo ludzi. Wszyscy wokół niego działali z takim przekonaniem, z takim dramatycznym zapałem. Wydzierali przyszłość z ciała, jak gdyby to mogło coś zmienić, jak gdyby krzyk torturowanego mężczyzny był wieszczbą, a jego ból – kluczem do jej zrozumienia. Pamiętasz tę szlamę, Warda? Wtedy nam przerwano. Teraz nam to nie grozi. Skrzywił się, słysząc słowa Rudolphusa, skierowane do niego, ale jakby nie do niego. Czy pamiętał? Przez te wszystkie lata używki zdążyły odcisnąć swoje piętno na jego pamięci. Niektórych rzeczy nie dało się jednak tak łatwo zapomnieć. Nie, nie sądził, aby pamiętał jeszcze twarz Warda. Pamiętał jednak jego matkę, a raczej to, co zostało z jego matki, gdy już z nią skończył.
– Nic nie widzę – wymamrotał pod nosem Alexander, tak cicho, jak gdyby sam siebie próbował przekonać, że to wszystko w ogóle mogło się wydarzyć. Zamyślony wycierał swoją różdżkę o poły płaszcza. Nie patrzył na wijącego się pod ich stopami mężczyznę. Mężczyzna krzyczał, choć nie potrafił już krzyczeć, tylko charczeć, ale Alexander nie słuchał go. Podniósł wreszcie oczy na Stanleya, pokręciwszy tylko głową, jakby chciał powiedzieć: nie pytaj. Spróbował jeszcze raz zerknąć za zasłonę nieokreśloności, tym razem skupiając spojrzenie na połyskujących pod maską oczach Rodolphusa, który zdawał się czerpać taką samą satysfakcję z łamania umysłów, co z łamania kości.
// Rzucam kością na statystykę percepcja ◉◉◉◉○, korzystając z przewagi Wykaz intencji (jasnowidzenie), aby poznać przyszłość Rodolphusa tej nocy.
Rzut PO 1d100 - 65
Sukces!
Sukces!
// Poza tym to mam lekki autystyczny meltdown, bo nie wyszło mi wróżenie (yes, I am a man child), ogrywam też zawadę Samotnik.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat