09.05.2025, 15:43 ✶
Może i dobrze, że Jonathan wpadł do środka, bo Brenna wprawdzie nie wbiegła jeszcze w płomienie, ale kiedy znalazł się za nią, już – już miała ruszyć na górę, żeby się upewnić, że nikt nie został w tym mieszkaniu, które padło ofiarą ataku. Zwłaszcza, że poniosła haniebną porażkę: jej zaklęcie w ogóle nie zadziałało i nawet jeśli ogień nie był jeszcze wielki, to czar Brenny zrobił jedno, wielkie nic.
Zaklęcie Jonathana na szczęście zadziałało lepiej: woda trysnęła z różdżki i zaczęła gasić źródło pożaru. Najwyraźniej podpalono drzwi do mieszkania kobiety, która skoczyła – może dlatego nie mogła się wydostać.
I jakoś Brenna nie była pewna, czy zrobił to popiół.
– Chyba… chyba jest pusto – wykrztusiła, kaszląc od dymu. Adrenalina wciąż nie opadała, i Brenna nie poczuła nawet ulgi, że ta dziewczyna była w mieszkaniu sama. – Musiałabym je zniszczyć zupełnie.
A trochę się przed tym wahała, bo dym na dół dopiero się rozchodził, więc raczej nikt nie leżał w lokalach nieprzytomny, skoro Jonathan zdołał opanować pożar, oznaczało to, że ludzie przynajmniej będą mieli do czego wrócić. Może nie ta biedaczka na ulicy, którą tak oboje zawiedli: zła była na siebie okropnie, że nie zdołała rzucić zaklęcia, i w efekcie ofiara pożarów została ciężko ranna. Może i szkiele wzro szybko leczył kości, ale złamanie mogło być skomplikowane, a tej nocy w Mungu ciężko będzie o uzyskanie pomocy.
I teraz w dodatku leżała tam sama na ulicy, musieli więc w miarę szybko do niej wrócić.
Zamiast miotać zaklęciami Brenna ostatecznie podbiegła do drugich drzwi na parterze, by uderzyć w nie kilka razy i szarpnąć za klamkę, tak jak zrobiła z tym pierwszym mieszkaniem.
– W budynku się pali! Jesteście bezpieczni?! – zawołała, a potem nasłuchiwała przez moment. – Sprawdzę okna – zdecydowała po chwili walki sama ze sobą, zanim wypadła z budynku, by przez okna parterowe zajrzeć do środka i upewnić się, że nie zostawią tam kogoś, żeby udusił się dymem.
– Mówiłam, że nikogo tam nie ma! – zawołała nieco histerycznie kobieta, widząc, co Brenna robi.
Musieliśmy się upewnić, pomyślała Brenna, ale gdy podeszła do niej z powrotem, na głos powiedziała tylko:
– Przepraszam.
Za to wszystko. Za złamane kości, za popiół spadający z nieba, że nie pomogli bardziej. Przyklękła, spoglądając na nogi kobiety, zastanawiając się, jak najbezpieczniej ją stąd przetransportować – i zerkając co rusz, czy Jonathan wyjdzie z budynku, bo jak nie… no to ta biedna kobieta pewnie znowu zostanie tu sama.
Zaklęcie Jonathana na szczęście zadziałało lepiej: woda trysnęła z różdżki i zaczęła gasić źródło pożaru. Najwyraźniej podpalono drzwi do mieszkania kobiety, która skoczyła – może dlatego nie mogła się wydostać.
I jakoś Brenna nie była pewna, czy zrobił to popiół.
– Chyba… chyba jest pusto – wykrztusiła, kaszląc od dymu. Adrenalina wciąż nie opadała, i Brenna nie poczuła nawet ulgi, że ta dziewczyna była w mieszkaniu sama. – Musiałabym je zniszczyć zupełnie.
A trochę się przed tym wahała, bo dym na dół dopiero się rozchodził, więc raczej nikt nie leżał w lokalach nieprzytomny, skoro Jonathan zdołał opanować pożar, oznaczało to, że ludzie przynajmniej będą mieli do czego wrócić. Może nie ta biedaczka na ulicy, którą tak oboje zawiedli: zła była na siebie okropnie, że nie zdołała rzucić zaklęcia, i w efekcie ofiara pożarów została ciężko ranna. Może i szkiele wzro szybko leczył kości, ale złamanie mogło być skomplikowane, a tej nocy w Mungu ciężko będzie o uzyskanie pomocy.
I teraz w dodatku leżała tam sama na ulicy, musieli więc w miarę szybko do niej wrócić.
Zamiast miotać zaklęciami Brenna ostatecznie podbiegła do drugich drzwi na parterze, by uderzyć w nie kilka razy i szarpnąć za klamkę, tak jak zrobiła z tym pierwszym mieszkaniem.
– W budynku się pali! Jesteście bezpieczni?! – zawołała, a potem nasłuchiwała przez moment. – Sprawdzę okna – zdecydowała po chwili walki sama ze sobą, zanim wypadła z budynku, by przez okna parterowe zajrzeć do środka i upewnić się, że nie zostawią tam kogoś, żeby udusił się dymem.
– Mówiłam, że nikogo tam nie ma! – zawołała nieco histerycznie kobieta, widząc, co Brenna robi.
Musieliśmy się upewnić, pomyślała Brenna, ale gdy podeszła do niej z powrotem, na głos powiedziała tylko:
– Przepraszam.
Za to wszystko. Za złamane kości, za popiół spadający z nieba, że nie pomogli bardziej. Przyklękła, spoglądając na nogi kobiety, zastanawiając się, jak najbezpieczniej ją stąd przetransportować – i zerkając co rusz, czy Jonathan wyjdzie z budynku, bo jak nie… no to ta biedna kobieta pewnie znowu zostanie tu sama.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.