09.05.2025, 23:07 ✶
Czasami łatwo było wyłapać, że z Flynnem działo się coś nie tak – jedno spojrzenie psich oczu, jedno westchnienie pełne wzbierających się w nim emocji i już wiedziałeś – zbliżał się wybuch lub kolejne wyciszenie, albo wrzaśnie, albo nie będzie odzywał się przez kilka godzin. To było irytujące i demaskowało jak bardzo niezdrowym był człowiekiem, ale miało swoje zalety: w tej niepewności jego charakteru, łatwość w odczytywaniu zmian nastroju stanowiła pewny grunt na bagnach, w których można było łatwo ugrzęznąć.
Teraz ciężko było powiedzieć o nim cokolwiek.
Był to (niewątpliwie) ten sam mężczyzna z tymi samymi problemami, ale coś jakby przeskoczyło mu w głowie. Nawet zestresowany był inaczej. Szedł przed siebie bez spiętych barków, a zwykł rozmasowywać je sobie po każdej kłótni przez to, co wyczyniał ze swoimi mięśniami. Teraz był jakiś taki… aż zbyt pewny siebie. Szedł przed siebie już nie jak czarna wywłoka, tylko główny bohater godny udźwignięcia tego, co Laurent mówił o zupełnie pustym suficie.
Szorstka dłoń utkwiła na plecach blondyna w geście troski, ale brązowe oczy akrobaty wpatrywały się przestrzeń nad nimi, w sklepienie miesiącami chronione od papierosowego dymu, które teraz mogło spłonąć od kolejnej klątwy rzuconej na Laurenta… za co? I jak wiele więcej będzie musiał znieść kiedy świat dowie się o tym, kogo ugościł w swoim łóżku?
Crow przekręcił głowę w bok.
– Nic nie widzę – powiedział spokojnie, po czym dostawił sobie krzesło, na którym mógł stanąć i przyjrzeć się sufitowi z bliska. Ale naprawdę nie widział nic – nic poza przerażającą prawdą o tym, jak szybko się do Laurenta przyzwyczaił. Już nie nic tam nie ma, tylko nic nie widzę, bo nie musiał już udowadniać światu, że jego wzrok był idealny. To była różnica. To było inne. Tak mówił o wszystkim tylko w swoich myślach, nigdy na głos.
Ale nawet kiedy przesuwał palcami po powierzchni, nie było tam żadnego zagłębienia ani uwypuklenia.
– Runy trzeba ryć – odpowiedział zgodnie z szeroką wiedzą, bo runistą być nie musiał, aby dobrze rozumieć zasady rządzące światem – a tutaj nie ma żłobień. Może to jakaś klątwa? – Spojrzał z tego krzesła w dół, na Laurenta. – Naprawdę nie powinieneś tutaj zostawać i… Ja nie mógłbym zostać z tobą, bo Laurent… – I zaczął się wahać i ta maska zaczęła spadać. Bo można było przybierać różne formy, ale żadna z nich nie mogła przeskoczyć twojej natury. Ten jąkała zawsze tam siedział, dlatego Crow milczał ulegając napięciu rozchodzącemu się po ciele. – Bellowie i… – Spróbował z tego krzesła zejść i zrobił to jak na człowieka tak wysportowanego bardzo niezdarnie. Omal jakby miał spaść. A później uciekł wzrokiem i wpierw przeczesał palcami włosy, rujnując część loków, nim potrafił wrócić tym spojrzeniem do błękitnych oczu roztrzęsionej selkie. – Nie chcę żebyś był sam, ale oni pewnie po nich poszli albo pójdą – i wcale go nie obchodziło jak dobrą miałby mieć obstawę, bo Auror też potrafił zginąć. I jeden Auror niedawno zginął – ten którego wielu pisarzy nazwałoby miłością jego życia, ale Flynn niekoniecznie to do siebie dopuszczał. Bo ta historia trwała i miłość jego życia mogła stać teraz przed nim. I kiedy usłyszał to co mówiono w radiu, myśl o śmierci nabrała rozmachu. Kolejna śmierć z dala od niego. Taka, której nie mógł zapobiec. – P-pójdziesz… – Zachłysnął się powietrzem i sam kaszlnął, zduszając ze mną.
Teraz ciężko było powiedzieć o nim cokolwiek.
Był to (niewątpliwie) ten sam mężczyzna z tymi samymi problemami, ale coś jakby przeskoczyło mu w głowie. Nawet zestresowany był inaczej. Szedł przed siebie bez spiętych barków, a zwykł rozmasowywać je sobie po każdej kłótni przez to, co wyczyniał ze swoimi mięśniami. Teraz był jakiś taki… aż zbyt pewny siebie. Szedł przed siebie już nie jak czarna wywłoka, tylko główny bohater godny udźwignięcia tego, co Laurent mówił o zupełnie pustym suficie.
Szorstka dłoń utkwiła na plecach blondyna w geście troski, ale brązowe oczy akrobaty wpatrywały się przestrzeń nad nimi, w sklepienie miesiącami chronione od papierosowego dymu, które teraz mogło spłonąć od kolejnej klątwy rzuconej na Laurenta… za co? I jak wiele więcej będzie musiał znieść kiedy świat dowie się o tym, kogo ugościł w swoim łóżku?
Crow przekręcił głowę w bok.
– Nic nie widzę – powiedział spokojnie, po czym dostawił sobie krzesło, na którym mógł stanąć i przyjrzeć się sufitowi z bliska. Ale naprawdę nie widział nic – nic poza przerażającą prawdą o tym, jak szybko się do Laurenta przyzwyczaił. Już nie nic tam nie ma, tylko nic nie widzę, bo nie musiał już udowadniać światu, że jego wzrok był idealny. To była różnica. To było inne. Tak mówił o wszystkim tylko w swoich myślach, nigdy na głos.
Ale nawet kiedy przesuwał palcami po powierzchni, nie było tam żadnego zagłębienia ani uwypuklenia.
– Runy trzeba ryć – odpowiedział zgodnie z szeroką wiedzą, bo runistą być nie musiał, aby dobrze rozumieć zasady rządzące światem – a tutaj nie ma żłobień. Może to jakaś klątwa? – Spojrzał z tego krzesła w dół, na Laurenta. – Naprawdę nie powinieneś tutaj zostawać i… Ja nie mógłbym zostać z tobą, bo Laurent… – I zaczął się wahać i ta maska zaczęła spadać. Bo można było przybierać różne formy, ale żadna z nich nie mogła przeskoczyć twojej natury. Ten jąkała zawsze tam siedział, dlatego Crow milczał ulegając napięciu rozchodzącemu się po ciele. – Bellowie i… – Spróbował z tego krzesła zejść i zrobił to jak na człowieka tak wysportowanego bardzo niezdarnie. Omal jakby miał spaść. A później uciekł wzrokiem i wpierw przeczesał palcami włosy, rujnując część loków, nim potrafił wrócić tym spojrzeniem do błękitnych oczu roztrzęsionej selkie. – Nie chcę żebyś był sam, ale oni pewnie po nich poszli albo pójdą – i wcale go nie obchodziło jak dobrą miałby mieć obstawę, bo Auror też potrafił zginąć. I jeden Auror niedawno zginął – ten którego wielu pisarzy nazwałoby miłością jego życia, ale Flynn niekoniecznie to do siebie dopuszczał. Bo ta historia trwała i miłość jego życia mogła stać teraz przed nim. I kiedy usłyszał to co mówiono w radiu, myśl o śmierci nabrała rozmachu. Kolejna śmierć z dala od niego. Taka, której nie mógł zapobiec. – P-pójdziesz… – Zachłysnął się powietrzem i sam kaszlnął, zduszając ze mną.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.