Paradoks - gdy dzieje się nic to do ciebie dociera, że dzieje się wszystko. Do Laurenta jednak nie docierało. Jakaś bańka. Bajka? Skoro sen to mogła być i bajka, bo i w nich mówili o wielkim złu, które nadciągało na świat i którego nie sposób było powstrzymać. Ten wielki zły, co to próbował władać, ale w końcu zawsze zwyciężali ci walczący o wolność. O odrobinę dobra. Tylko kto był dobry w świecie, gdzie każdy dzierżył czerwoną od krwi klingę?
Dobry był Flynn, chociaż jego nóż nie raz wyciągnął życie z żył. Był dobry, bo był tutaj, bo chciał pomóc i dlatego, że jeden jego gest sprawiał, że sen mógł być prawdziwy. Nawet i niech będzie odrealniony - Laurent już nauczył się żyć w obu światach. Chciał żyć w obu światach, kiedyś bardziej w tym drugim niż na jawie. Teraz część snu była tutaj. Ta nadmiernie pewna siebie. Niezdrowo wręcz rozluźniona w dobie kataklizmu. Nie, nie dostrzegał tego. Krótkowzroczność musiała być klątwą, a przecież to czarnowłosy miał tutaj kiepskie oczy.
- Teraz tego... nie ma. Ja też tego nie widzę. - Puścił rączkę walizki i uzmysłowił sobie, że owszem, może i nie odłożył lusterka na półkę, ale za to teraz trzymał je przytulone do brzucha, jakby mogło uchronić ich przed gniewem bogów świętych i przeklętych. Jakby jego samego mogło uchronić. Czuł specyficzne napięcie w żołądku, to pomieszczanie odczuć, kiedy z jednej strony jest ci zadziwiająco lekko, a z drugiej zaczyna cię skręcać. Znał to uczucie, było nazbyt bliskie i znajome. Odcięcie od ciała. Uczucie opuszczania granic własnej skóry. Przeszedł po pokoju tylko po to, żeby się rozejrzeć. Zajrzał ostrożnie z powrotem do sypialni, ale tam też runy nie było. Runy... znaku? Cokolwiek to miało być. Po prostu... zniknęło. Wyciągnął ostrożnie różdżkę (a lusterko schował do kieszeni) i wrócił na miejsce poprzednie. Jeśli czegoś nie widać gołym okiem - może być ukryte, tak? Czy to jakieś zaklęcie maskujące? Czy... co to w ogóle było? Nierozważne rzucanie czarów na coś takiego... zacisnął palce na rączce i schował ją z powrotem. Mierz siły na zamiary. Gorzkie było przełknięcie prawdy, że jak zwykle - był zbyt bezużyteczny, żeby cokolwiek na to poradzić. Przynajmniej teraz. Mógł się tylko tępo wpatrywać w tamten punkt, który nie wracał. Był tylko czystym punktem. - Może... - Odparł w zamyśleniu, wdzięczny w duchu, że Flynn go nie oskarża o urojenia. Nie patrzy na niego z pobłażliwością i... pożałowaniem, jak potrafili patrzeć chyba wszyscy. Chyba wszyscy prócz Florence i Atreusa.
- Hm? - Wycentrował na nim swoje spojrzenie, kiedy zaczął o Bellach. Chciał nawet kontynuować, ale załapał, że to jest ten moment, w którym Flynn zbiera się do mówienia, więc nie przerywał. Och, zgoda, przerwał. Krótkim wtrąceniem - ostrożnie! - kiedy Flynn tak niezgrabnie zszedł z krzesła. Wyciągnął do niego ręce - i owinął swoje wokół jego jednej, patrząc na niego z uwaga i troską. Przeszył go zimny dreszcz, kiedy usłyszał tę oczywistą oczywistość - a mimo to absolutnie przerażającą. Przyjdą po nich. Zacisnął mocniej ramiona wokół ręki Flynna. I po Flynna też przyjdą. - Oczywiście, że z tobą pójdę, Kochany. - Nawet się nie zawahał. Jeśli tylko mogę Ci pomóc... Zapewne - nie mógł. Za to mógł go wesprzeć. - Musisz zadbać o Bellów, przecież to oczywiste. - Poprawił kapelusz na swojej głowie, puszczając mężczyznę. Sięgnął po przygotowaną pelerynę i rozwinął ją. - W razie czego będę miał się dobrze. Mam pelerynę niewidkę, ten kapelusz chroni przed czarami. Wezmę Fuego ze sobą. Nic mi się nie stanie. - Laurent naprawdę wierzył w to, co mówił.