11.05.2025, 13:51 ✶
Wielu rzeczy można było doszukiwać się w zachowaniu Laurenta – w karykaturalnie wręcz pozytywnym nastawieniu do sprawy tak dramatycznej, że nawet Crow dusił się od ciężaru myślenia o komunikacie, jaki nadano w radiu – ale było w tym też coś, co wyraźnie dodało mu otuchy. Nie, nie chodziło o wesołość, o wyjątkowo niepoważne słowa zapewniające o własnym bezpieczeństwie w obliczu potencjalnej śmierci tysięcy ludzi, jeżeli tylko Śmierciożercy znali się na substancjach łatwopalnych tak samo dobrze jak mugole.
Laurent powiedział tak.
I kiedy to powiedział, obserwował, jak to coś, co dawało Crowowi siłę do stania prosto, ten kij wspierający jego plecy, łamie się w pół, a on bezwładnie opiera się o krzesło. W pierwszej chwili można było pomyśleć o złym ruchu, czymś, co doprowadziło go do rozpaczy, ale kiedy się przyjrzało twarzy i przymkniętym oczom, jedynym co na niej wybrzmiewało, było uczucie bezkresnej ulgi. Rozbijała się o jego oblicze tak, jak morskie fale rozbijały się o brzeg. Czuł ulgę, bo...
– Bałem się – tak rzadko się do tego przyznawał, że aż mu to nie chciało przeleźć przez gardło – bałem się tak bardzo, że każesz mi wybierać. – I zamilkł. Bo jeżeli generalnie stresująca sytuacja nie była już wystarczającym znakiem, że pora się przymknąć, zanim zrobi się z siebie idiotę, to teraz przypieczętował to już ostatecznie i się rozkleił. Podniósł powieki i jeszcze na moment zawiesił spojrzenie brązowych oczu na pustym, nienagannie czystym suficie. Nic tam nie było. Wciąż. Nawet nie pomyślał o tym, że ktoś mógłby Laurentowi nie uwierzyć lub jego obawy zbagatelizować – nie dostrzegł więc własnej siły w zaufaniu w tej sprawie, bardzo głęboko odczuł za to cios, jakim było zwątpienie w jego dobrą wolę. Niby nie powinien zakładać, że Laurent nie będzie chciał ratować jego rodziny, ale...
Przyzwyczaił się już trochę do tych, którzy nie zaakceptowaliby tego, że był tam ktoś jeszcze. Ktoś, kogo Crow mógłby chcieć ratować. A było tak wielu ludzi. Skąd wzięło się ich aż tyle? Był Laurent i byli Bellowie, ale był też Waughy i cała jego rodzina, był Rejwach kryjący pod swoim dachem wielu dobrych, serdecznych ludzi, była ta niepozorna kawiarenka przy Pokątnej i była Vior z tym swoim mieszkaniem pełnym głupków i... Musiał odetchnąć, zanim się rozklei.
Nawet czując tak wiele, potrafił wykonać w głowie chłodne rachunki, wypisać na niewidzialnym papierze myśli wszystkie te za i przeciw, więc wiedział – gdyby mu kazano, zostałby w New Forest. Drugi raz nie chciał tego znosić. Widoku zimnej, martwej, spuchniętej, nadgryzionej twarzy. Ale przecież przeżycie to nie było wszystko. Przeżycie kosztem tego, że za ich bezpieczeństwo najwyższą cenę zapłaciła Fantasmagoria... To by ich zabiło tak czy siak. Istniała jakaś granica tego, co człowiek potrafił znieść. Mogła być wyznaczona bardzo daleko, ale istniała.
Nic nie bolało go tak bardzo jak bezsilność. Naprawdę chciał uratować wszystkich.
– Pieprzyć ten sufit. – Pieprzyć tę runę, jeżeli ten budynek miał spłonąć, to niech spłonie. Nigdy nie przywiązywał się do miejsc. Myśl, że ten kawałek ziemi miałby być domem, nie brał się wcale z przywiązania do ścian, krzaków i zapachu okolicznych stajni. Wracał tu tylko dla dotyku delikatnych rąk oplatających jego ramię. Serce zabiło mu mocniej. – Weź te rzeczy, to przeniosę nas do auta. Wiem, że coś mówiłeś o koniu, ale on... też jest żywy i... – Nie chciał wchodzić w tę dyskusję. Wyobrażał sobie panikę zwierzęcia, ale nie posiadał wcale wiedzy, aby to czymkolwiek podeprzeć. Samochód za to był tylko i wyłącznie sprzętem. Można było porzucić go gdziekolwiek, bez cienia wzruszenia i poczucia winy*.
Laurent powiedział tak.
I kiedy to powiedział, obserwował, jak to coś, co dawało Crowowi siłę do stania prosto, ten kij wspierający jego plecy, łamie się w pół, a on bezwładnie opiera się o krzesło. W pierwszej chwili można było pomyśleć o złym ruchu, czymś, co doprowadziło go do rozpaczy, ale kiedy się przyjrzało twarzy i przymkniętym oczom, jedynym co na niej wybrzmiewało, było uczucie bezkresnej ulgi. Rozbijała się o jego oblicze tak, jak morskie fale rozbijały się o brzeg. Czuł ulgę, bo...
– Bałem się – tak rzadko się do tego przyznawał, że aż mu to nie chciało przeleźć przez gardło – bałem się tak bardzo, że każesz mi wybierać. – I zamilkł. Bo jeżeli generalnie stresująca sytuacja nie była już wystarczającym znakiem, że pora się przymknąć, zanim zrobi się z siebie idiotę, to teraz przypieczętował to już ostatecznie i się rozkleił. Podniósł powieki i jeszcze na moment zawiesił spojrzenie brązowych oczu na pustym, nienagannie czystym suficie. Nic tam nie było. Wciąż. Nawet nie pomyślał o tym, że ktoś mógłby Laurentowi nie uwierzyć lub jego obawy zbagatelizować – nie dostrzegł więc własnej siły w zaufaniu w tej sprawie, bardzo głęboko odczuł za to cios, jakim było zwątpienie w jego dobrą wolę. Niby nie powinien zakładać, że Laurent nie będzie chciał ratować jego rodziny, ale...
Przyzwyczaił się już trochę do tych, którzy nie zaakceptowaliby tego, że był tam ktoś jeszcze. Ktoś, kogo Crow mógłby chcieć ratować. A było tak wielu ludzi. Skąd wzięło się ich aż tyle? Był Laurent i byli Bellowie, ale był też Waughy i cała jego rodzina, był Rejwach kryjący pod swoim dachem wielu dobrych, serdecznych ludzi, była ta niepozorna kawiarenka przy Pokątnej i była Vior z tym swoim mieszkaniem pełnym głupków i... Musiał odetchnąć, zanim się rozklei.
Nawet czując tak wiele, potrafił wykonać w głowie chłodne rachunki, wypisać na niewidzialnym papierze myśli wszystkie te za i przeciw, więc wiedział – gdyby mu kazano, zostałby w New Forest. Drugi raz nie chciał tego znosić. Widoku zimnej, martwej, spuchniętej, nadgryzionej twarzy. Ale przecież przeżycie to nie było wszystko. Przeżycie kosztem tego, że za ich bezpieczeństwo najwyższą cenę zapłaciła Fantasmagoria... To by ich zabiło tak czy siak. Istniała jakaś granica tego, co człowiek potrafił znieść. Mogła być wyznaczona bardzo daleko, ale istniała.
Nic nie bolało go tak bardzo jak bezsilność. Naprawdę chciał uratować wszystkich.
– Pieprzyć ten sufit. – Pieprzyć tę runę, jeżeli ten budynek miał spłonąć, to niech spłonie. Nigdy nie przywiązywał się do miejsc. Myśl, że ten kawałek ziemi miałby być domem, nie brał się wcale z przywiązania do ścian, krzaków i zapachu okolicznych stajni. Wracał tu tylko dla dotyku delikatnych rąk oplatających jego ramię. Serce zabiło mu mocniej. – Weź te rzeczy, to przeniosę nas do auta. Wiem, że coś mówiłeś o koniu, ale on... też jest żywy i... – Nie chciał wchodzić w tę dyskusję. Wyobrażał sobie panikę zwierzęcia, ale nie posiadał wcale wiedzy, aby to czymkolwiek podeprzeć. Samochód za to był tylko i wyłącznie sprzętem. Można było porzucić go gdziekolwiek, bez cienia wzruszenia i poczucia winy*.
* - Gdzieś, bardzo daleko, jego samochód zatrąbił smutno...
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.