Norka nie zastanawiała się nad tym, czy stojący przed nią mężczyzna był mugolakiem, cóż, może powinna, to zapewne pozwoliłoby jej rozumieć, dlaczego, aż tak się bał. Byli oni w końcu dużo bardziej narażeni na niebezpieczeństwio, to oni byli celem śmierciożerców. Tylko, czy aby na pewno, czy nie był to moment, w którym wszyscy powinni czuć się zagrożeni? W końcu doprowadzili do tego, że płonęło całe miasto. Nikt nie mógł czuć się bezpiecznie.
Mimo wszystko wiedziała, że nie powinni dać się zastraszyć, bo przecież na tym im zależało. Chcieli, żeby się bali, aby tracili grunt pod nogami. Czuła, że po tej nocy będą próbowali zjednać sobie więcej ludzi, poprzez strach, ale nie wydawało jej się, aby to mogło zadziałać. Podporządkowywanie się przez lęk nigdy nie było sposobem. Prędzej, czy później ludzie przestaną się bać, a wtedy postanowią się postawić. Szczególnie, że nie wydawało jej się, aby nawet większość czystokrwistych przystawała na podobne działania.
Widziała przerażenie w oczach mężczyzny. Był zagubiony, zdecydowanie nie radził sobie z tym, co mu się przytrafiło. Nie, żeby ona sama była jakąś specjalistką. Miała w sobie jednak dziwny spokój. Wiedziała, że to nie koniec, że była dla nich nadzieja, że na pewno jakoś wrócą do normalności. Nawet po najgorszej nocy przychodził świt, słońce budziło się na nowo, przynosiło nadzieję na lepszy dzień. Tak też miało być i tym razem. Już niedługo nadejdzie poranek i wszystko zacznie wracać do normy. Naprawdę wydawała się w to wierzyć. Pożary nie mogły trwać bezustannie, kiedyś to musiało się skończyć.
Odetchnęła głęboko, może nie było to szczególnie dobrym rozwiązaniem, bo wciągnęła przy tym do płuc sporo dymu, przez co niemalże od razu odkaszlnęła, nie przywykła do tych zmieniających się warunków. Nie do końca wiedziała na ile może sobie pozwolić, jednak nie chciała odpuścić. Chciała wesprzeć tego młodego brygadzistę w tym, co mu się działo. Figgówna była osobą, której nie brakowało empatii, była skłonna wyciągnąć rękę do każdego.
Bez zawahania więc sięgnęła dłonią w stronę mężczyzny, złapała go za dłoń, przynajmniej próbowała to zrobić, chciała mu pokazać, że jest tutaj z nim, że nie znajduje się sam w tym piekle.
- Jeszcze będzie dobrze. Nie uda im się zniszczyć miasta. Nie umrzemy, nie dzisiaj, to nie jest nas czas. - Wydawała się być bardzo pewna swoich słów. Nie miała pojęcia, skąd bierze taką siłę, ale całkiem łatwo jej to przychodziło. Była niczym promień słońca, który przebijał się przez te chmury ciemności.
Sięgnęła wolną dłonią, po czekoladę, którą miała w kieszeni sukienki, wyciągnęła ją z niej, i wysunęła w stronę brygdzaisty. - Zjedz, powinno pomóc. - W końcu była ona lekarstwem na wszystko, a ta jej w szczególności, opracowała bowiem swoją własną recepturę, która powinna pomóc jeszcze bardziej niż ta zwyczajna. Spowodować, że na chwilę wszystkie lęki znikną.
// ◉◉◉○○ charyzma
Sukces!
przewagi: gotowanie