12.05.2025, 17:02 ✶
Las, który z początku wydawał się nieprzychylny, ale zwyczajny, z każdą godziną stawał się coraz bardziej obcy, coraz mniej uległy jakimkolwiek próbom zrozumienia jego ukształtowania. Prawdę mówiąc, nawet z mapą prawdopodobnie byłoby to zadanie godne wprawionego trapera a nie dwójki mieszczuchów, którzy być może doskonale odnajdywali się w dżungli, tyle że miejskiej.
Romulus i Prudence wędrowali przed siebie, wciąż mając złudne poczucie, że idą naprzód, ale nie potrafili już wskazać, gdzie ten przód się zaczynał, a gdzie kończył. Kiedy faktycznie szli wprost przed siebie, a kiedy musieli odbić z obranej ścieżki bez ścieżki, trafiając na jakieś wyjątkowo gęste skupisko drzew albo formację skalną, którą musieli obejść naokoło, mimowolnie zmieniając tor wędrówki.
Każdy krok był decyzją podejmowaną na ślepo, opartą na przypuszczeniu, domyśle, podszeptach intuicji, która prawdopodobnie jeszcze jakoś działała. Z tym, że z minuty na minutę oboje zaczynali być coraz bardziej poirytowani, zmęczeni, zniecierpliwieni, spragnieni i głodni, co zdecydowanie nie sprzyjało jasności osądu.
Wspólne towarzystwo również niewiele ułatwiało. To nie było moralne wsparcie, zdecydowanie nie. Mogłoby się wręcz zdawać, że z czasem oboje zaczęli coraz mniej skupiać się na obranym kierunku a bardziej na tym, jak bardzo chcieliby, by to drugie poszło w swoją własną stronę. Wewnętrzny głos także przestawał szeptać idź w prawo. Skupił się na idź w diabły skierowanym w stronę wątpliwego kompana bądź kompanki.
Nie wiedzieli, czy idą w zygzakowatej linii, wędrują w kółko, czy może kręcą się w spiralę. Mieli wrażenie, że setny raz mijają to samo drzewo: stare, wykrzywione, z naroślą przypominającą zaciśniętą pięść z wyciągniętym środkowym palcem poruszającym się na wietrze. Albo, że tysięczny raz przechodzą obok podobnych formacji skalnych, które wyglądały jak szczątki jakiegoś pradawnego kręgu. Lub, co gorsza, że wcale nie robią ani tego, ani tego, bo za każdym razem w tym obrazie coś się zmienia. Minimalny detal, drobny szczegół. Coś na tyle niewielkiego, że nie mogli powiedzieć, co to jest, ale na tyle zauważalnego, że wzbudzało ich podskórny niepokój.
Informacje wyniesione z podręczników, jeśli w ogóle przychodziły im do głowy, te obszerne rozdziały o orientacji w terenie, liczne ilustracje pokazujące, jak wykorzystać mech i porosty (to słynne: rosną na drzewach od strony północnej), jak użyć cienia do wyznaczenia godziny, okazały się bezużyteczne. Niebo ponad ich głowami miało jednolitą barwę jasnej szarości. Słońce już nawet nie próbowało przebić się przez okrywę chmur. W ogóle nie było go widać.
Teoria działała tylko wtedy, gdy znało się choć jeden punkt odniesienia. Oni go nie mieli. Nie potrafili już nawet wskazać, z której strony przyszli. Każde drzewo wydawało się znajome, jakby cały las był wykonany z tej samej formy i rozciągał się wokół nich jak powtarzalna struktura. Zaklęcie duplikacji? Tak, zdecydowanie mogło w tym coś być, prawda? To nie tak, że byli aż takimi ignorantami.
Z każdą minutą robiło się nie tylko ciemniej, lecz także ciszej. Ptaki zamilkły. Wiatr, który wcześniej poruszał koronami drzew i niósł charakterystyczny zapach runa leśnego również zamarł. Liście już nie szumiały. Nawet ich własne kroki wydawały się wytłumione, jakby mech, który coraz częściej pojawiał się pod stopami wędrowców, wchłaniał dźwięki wraz z wilgocią głuszy.
Nie czuli się jednak ani obserwowani, ani bardziej zagrożeni niż jeszcze przed kilkoma chwilami. Las, który ich otaczał, nie był ani przyjazny, ani wrogi. Po prostu trwał. Obojętny, monotonny, milczący, senny.
Ciemność nie nadchodziła gwałtownie, lecz sączyła się powoli. Szarość ogarniała wszystko: drzewa, liście, ich twarze, dłonie, myśli...
Niebo robiło się coraz bardziej szare. Nie, nie granatowe. Szare. To była szarość nadchodzącego deszczu, być może nawet jednej z ostatnich letnich burz, bowiem w powietrzu pojawiło się dziwnie elektryzujące wrażenie. Coś, co nawet osoby ich pokroju mogły połączyć z tym podskórnym przeczuciem, że lepiej byłoby, by jak najszybciej znaleźli sobie jakąś względnie suchą kryjówkę.
To właśnie wtedy usłyszeli coś nowego.
Na początku ledwie słyszalne, niemal na granicy świadomości. Cichy, rytmiczny chlupot. Woda. Nie był to jednak zwykły szmer strumienia. Dźwięk był głębszy, miał w sobie echo, jakby odbijał się od skał, jakby woda spadała z wysokości.
Wodospad.
To jedno słowo pojawiło się równocześnie w ich myślach. Coś w tym odgłosie było niewytłumaczalnie klarowne, jednoznaczne, jakby rzeczywistość wokół wreszcie uznała, że należy im się choć jedna wskazówka. Mogli tam pójść. Albo nie. Nikt ich nie zmuszał. Dźwięk nie przyzywał ich, nie był magiczny, nie niósł obietnic. Po prostu był. Jedyny ślad istnienia czegokolwiek żywego poza nimi.
Romulus i Prudence wędrowali przed siebie, wciąż mając złudne poczucie, że idą naprzód, ale nie potrafili już wskazać, gdzie ten przód się zaczynał, a gdzie kończył. Kiedy faktycznie szli wprost przed siebie, a kiedy musieli odbić z obranej ścieżki bez ścieżki, trafiając na jakieś wyjątkowo gęste skupisko drzew albo formację skalną, którą musieli obejść naokoło, mimowolnie zmieniając tor wędrówki.
Każdy krok był decyzją podejmowaną na ślepo, opartą na przypuszczeniu, domyśle, podszeptach intuicji, która prawdopodobnie jeszcze jakoś działała. Z tym, że z minuty na minutę oboje zaczynali być coraz bardziej poirytowani, zmęczeni, zniecierpliwieni, spragnieni i głodni, co zdecydowanie nie sprzyjało jasności osądu.
Wspólne towarzystwo również niewiele ułatwiało. To nie było moralne wsparcie, zdecydowanie nie. Mogłoby się wręcz zdawać, że z czasem oboje zaczęli coraz mniej skupiać się na obranym kierunku a bardziej na tym, jak bardzo chcieliby, by to drugie poszło w swoją własną stronę. Wewnętrzny głos także przestawał szeptać idź w prawo. Skupił się na idź w diabły skierowanym w stronę wątpliwego kompana bądź kompanki.
Nie wiedzieli, czy idą w zygzakowatej linii, wędrują w kółko, czy może kręcą się w spiralę. Mieli wrażenie, że setny raz mijają to samo drzewo: stare, wykrzywione, z naroślą przypominającą zaciśniętą pięść z wyciągniętym środkowym palcem poruszającym się na wietrze. Albo, że tysięczny raz przechodzą obok podobnych formacji skalnych, które wyglądały jak szczątki jakiegoś pradawnego kręgu. Lub, co gorsza, że wcale nie robią ani tego, ani tego, bo za każdym razem w tym obrazie coś się zmienia. Minimalny detal, drobny szczegół. Coś na tyle niewielkiego, że nie mogli powiedzieć, co to jest, ale na tyle zauważalnego, że wzbudzało ich podskórny niepokój.
Informacje wyniesione z podręczników, jeśli w ogóle przychodziły im do głowy, te obszerne rozdziały o orientacji w terenie, liczne ilustracje pokazujące, jak wykorzystać mech i porosty (to słynne: rosną na drzewach od strony północnej), jak użyć cienia do wyznaczenia godziny, okazały się bezużyteczne. Niebo ponad ich głowami miało jednolitą barwę jasnej szarości. Słońce już nawet nie próbowało przebić się przez okrywę chmur. W ogóle nie było go widać.
Teoria działała tylko wtedy, gdy znało się choć jeden punkt odniesienia. Oni go nie mieli. Nie potrafili już nawet wskazać, z której strony przyszli. Każde drzewo wydawało się znajome, jakby cały las był wykonany z tej samej formy i rozciągał się wokół nich jak powtarzalna struktura. Zaklęcie duplikacji? Tak, zdecydowanie mogło w tym coś być, prawda? To nie tak, że byli aż takimi ignorantami.
Z każdą minutą robiło się nie tylko ciemniej, lecz także ciszej. Ptaki zamilkły. Wiatr, który wcześniej poruszał koronami drzew i niósł charakterystyczny zapach runa leśnego również zamarł. Liście już nie szumiały. Nawet ich własne kroki wydawały się wytłumione, jakby mech, który coraz częściej pojawiał się pod stopami wędrowców, wchłaniał dźwięki wraz z wilgocią głuszy.
Nie czuli się jednak ani obserwowani, ani bardziej zagrożeni niż jeszcze przed kilkoma chwilami. Las, który ich otaczał, nie był ani przyjazny, ani wrogi. Po prostu trwał. Obojętny, monotonny, milczący, senny.
Ciemność nie nadchodziła gwałtownie, lecz sączyła się powoli. Szarość ogarniała wszystko: drzewa, liście, ich twarze, dłonie, myśli...
Niebo robiło się coraz bardziej szare. Nie, nie granatowe. Szare. To była szarość nadchodzącego deszczu, być może nawet jednej z ostatnich letnich burz, bowiem w powietrzu pojawiło się dziwnie elektryzujące wrażenie. Coś, co nawet osoby ich pokroju mogły połączyć z tym podskórnym przeczuciem, że lepiej byłoby, by jak najszybciej znaleźli sobie jakąś względnie suchą kryjówkę.
To właśnie wtedy usłyszeli coś nowego.
Na początku ledwie słyszalne, niemal na granicy świadomości. Cichy, rytmiczny chlupot. Woda. Nie był to jednak zwykły szmer strumienia. Dźwięk był głębszy, miał w sobie echo, jakby odbijał się od skał, jakby woda spadała z wysokości.
Wodospad.
To jedno słowo pojawiło się równocześnie w ich myślach. Coś w tym odgłosie było niewytłumaczalnie klarowne, jednoznaczne, jakby rzeczywistość wokół wreszcie uznała, że należy im się choć jedna wskazówka. Mogli tam pójść. Albo nie. Nikt ich nie zmuszał. Dźwięk nie przyzywał ich, nie był magiczny, nie niósł obietnic. Po prostu był. Jedyny ślad istnienia czegokolwiek żywego poza nimi.