22.10.2022, 22:18 ✶
- Ich smoki bardziej mi się podobają. Nasze głównie zioną ogniem. A ich? Gadają, śpią na skarbach… Przynajmniej tak robił ten z “Hobbita”. Gdybym miała więcej czasu, to sama zaczęłabym pisać - stwierdziła Brenna z lekkim rozbawieniem słyszalnym w głosie. Tak naprawdę nie sądziła, że by potrafiła. Ach, no i czasu oczywiście nie miała. Praca w ministerstwie oraz zaangażowanie w działalność rodziny skutecznie zajmowały jej czas. Mogła go uszczknąć akurat dosyć, żeby czasem przeczytać książkę albo wybrać do jakiejś kawiarni na Pokątnej.
- Nie, zupełnie inne. Ta książka dzieje się w przyszłości. Na odległych planetach. Mniej też tutaj takiej… epickości. To znaczy ona jest, ale w innej postaci. Nadmiar honoru prowadzi do zguby, nie do zwycięstwa. Niesamowity klimat pustyni - wyjaśniła Brenna, dość nieporadnie, bo nie za bardzo miała pomysł, jak to wytłumaczyć. Raz próbowała streścić dzieło Herberta jednemu ze znajomych. Chyba nie potrafił pojąć, że cała książka jest fikcją. Ewentualnie ona nie umiała dobrze zareklamować książki.
Wędrowała chodnikiem, zerkając na samochody mugoli - przypominały jej niewielkie, kolorowe pudełeczka i miała dziwne wrażenie, że są dużo wygodniejsze niż miotły - plakaty na budynkach, witryny sklepów. W końcu skręciła w wąską uliczkę, gdzie stanęły pod niepozorną księgarnią, skrytą tuż za rogiem. Za szklaną witryną piętrzyły się książki. Widok mógł być dziwny dla kogo, kto przywykł do ruchomych okładek.
- Trochę się różni od Esów i Floresów albo biblioteki Parkinsonów, nie? - rzuciła Brenna, a uśmiech przemknął jej po wargach. Magiczne księgarnie robiły dużo lepsze wrażenie. Miały też bogatszy asortyment. Brenna bardzo je ceniła, bibliotekę zresztą też, uwielbiała wyszukiwać księgi na temat czarów albo qudditcha.
Ale po rozrywkę przychodziła tutaj.
Rozejrzała się po raz ostatni, niezbyt ostentacyjnie. Napaść na środku mugolskiego Londynu była mało prawdopodobna, ale pewne zachowania weszły Brennie w krew.
Zwłaszcza ostatnio.
Maskowała to pod uśmiechami, pogodnym usposobieniem, żartami, ale w rzeczywistości gdzieś w jej duszy rodziła się paranoja, a ilekroć sięgała rano po gazetę albo ktoś wpadał do ich biura w ministerstwie, tlił się w niej niepokój: co przeczyta, co usłyszy.
- Dzień dobry, panie Doherty! - zawołała już od progu, gdy pchnęła drzwi, a dzwonek zaanonsował ich przybycie. - Przyszłam adoptować parę książek! Obiecuję je kochać i dobrze o nie dbać! O! Jest Mesjasz! - zachwyciła się, w biegu posyłając uśmiech księgarzowi, i kierując się prosto do półki, gdzie wypatrzyła księgę niczym jastrząb zdobycz.
- Nie, zupełnie inne. Ta książka dzieje się w przyszłości. Na odległych planetach. Mniej też tutaj takiej… epickości. To znaczy ona jest, ale w innej postaci. Nadmiar honoru prowadzi do zguby, nie do zwycięstwa. Niesamowity klimat pustyni - wyjaśniła Brenna, dość nieporadnie, bo nie za bardzo miała pomysł, jak to wytłumaczyć. Raz próbowała streścić dzieło Herberta jednemu ze znajomych. Chyba nie potrafił pojąć, że cała książka jest fikcją. Ewentualnie ona nie umiała dobrze zareklamować książki.
Wędrowała chodnikiem, zerkając na samochody mugoli - przypominały jej niewielkie, kolorowe pudełeczka i miała dziwne wrażenie, że są dużo wygodniejsze niż miotły - plakaty na budynkach, witryny sklepów. W końcu skręciła w wąską uliczkę, gdzie stanęły pod niepozorną księgarnią, skrytą tuż za rogiem. Za szklaną witryną piętrzyły się książki. Widok mógł być dziwny dla kogo, kto przywykł do ruchomych okładek.
- Trochę się różni od Esów i Floresów albo biblioteki Parkinsonów, nie? - rzuciła Brenna, a uśmiech przemknął jej po wargach. Magiczne księgarnie robiły dużo lepsze wrażenie. Miały też bogatszy asortyment. Brenna bardzo je ceniła, bibliotekę zresztą też, uwielbiała wyszukiwać księgi na temat czarów albo qudditcha.
Ale po rozrywkę przychodziła tutaj.
Rozejrzała się po raz ostatni, niezbyt ostentacyjnie. Napaść na środku mugolskiego Londynu była mało prawdopodobna, ale pewne zachowania weszły Brennie w krew.
Zwłaszcza ostatnio.
Maskowała to pod uśmiechami, pogodnym usposobieniem, żartami, ale w rzeczywistości gdzieś w jej duszy rodziła się paranoja, a ilekroć sięgała rano po gazetę albo ktoś wpadał do ich biura w ministerstwie, tlił się w niej niepokój: co przeczyta, co usłyszy.
- Dzień dobry, panie Doherty! - zawołała już od progu, gdy pchnęła drzwi, a dzwonek zaanonsował ich przybycie. - Przyszłam adoptować parę książek! Obiecuję je kochać i dobrze o nie dbać! O! Jest Mesjasz! - zachwyciła się, w biegu posyłając uśmiech księgarzowi, i kierując się prosto do półki, gdzie wypatrzyła księgę niczym jastrząb zdobycz.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.