13.05.2025, 14:18 ✶
Cudowna noc wspaniała noc okrutna noc.
Los chciał, żeby Miles opowiedziała się po stronie tych dobrych. Wszystko na to wskazywało. Urodzenie. Wychowanie. Przyjaźni. Ścieżka zawodowa. Był w niej jednak pewien mrok, pewne nieutulone pragnienie potęgi i władzy, pragnienia dominacji i niekontrolowanej destrukcji, które kotłowały się teraz, szalały w we wnętrzu kobiety, której aura stapiała się w jedno z otaczającą ją piekłem. Louvian dostrzegł to w niej lata temu, gdy pierwszy raz szkło przeorało mu dłonie, a potem krwawym śladem wymazała na jego czole runę, akt własności na jedną noc. Teraz nie było go obok, by mógł obserwować reakcję na dzieło zniszczenia które serwował miastu on i jemu podobni.
Mildred Moody była w pracy, którą sama sobie wywróżyła, wraz z pierwszym "opadem" śniegu, który palił zamiast mrozić.
Musiała być profesjonalna, dlatego zachowywała się względem Thomasa tak jak zawsze w żaden sposób nie odnosząc się do sytuacji po udanym gaszeniu dwóch frontów zmierzających ku zakonnej kryjówce. Rozmowa z Brenną w pewnym sensie oswajała ją z ideą, że może relacja wewnątrz Zakonu nie byłaby aż tak głupim pomysłem, problem polegał na tym... że do jasnej cholery miasto płonęło i ludzie byli do uratowania!
Tym razem pozostawiła miotłę w klubokawiarni.
– Jasne, prowadź – rzuciła krótko, nawet na niego nie patrząc. Złociste kocie ślepia lśniły z wąskiej szpary utworzonej mokrymi szmatami, któymi owinęła sobie głowę. Raz żeby włosów jej nie safajczyło, dwa żeby dym nie był aż tak dotkliwy. Listonoszówka skórzana wciąż jej towarzyszyła tak na wszelki wypadek, na głowę wciśniętą miała ochronną czapkę. Różdżka oczywiście - niemalże przykleiła ją sobie do ręki.
Biegli. Oboje mogli odczuć, że apogeum jest już za nimi, ulice były zdecydowanie bardziej puste w porównaniu z chaosem, który był też ich udzialem kilka godzin temu.
– TAM! – wskazała kolejny płonący ciąg budynków, nie pamiętając już jaki sklep spłonął dlaczego. Była krawężnikiem, patrolowała te ulice od kilkunastu lat, ale topografia przestrzeni zlała jej się w jedno. Ogień. Trzeba było wzmóc. Nie! Zadusić. Trzeba było zadusić. Jeśli wszystko spłonie, w końcu nastanie spokój. Otrząsnęła się z myśli, które zdawały się cudze, zdawały się nie jej. Była zmęczona, a trzeba było robić.
Podbiegła by translokacjązadusić płomienie, jak wielkim magicznym kocem. Uniosła różdżkę i... zmarła zapatrzona w osmalającą płomieniami ścianę. Twarz? TA twarz? Co one tu robiły?! Nieoczekiwany lęk uczynił jej ciało kamiennym. Lęk, który tak rzadko ją nawiedzał. Który był oby. Był wymuszony.
Los chciał, żeby Miles opowiedziała się po stronie tych dobrych. Wszystko na to wskazywało. Urodzenie. Wychowanie. Przyjaźni. Ścieżka zawodowa. Był w niej jednak pewien mrok, pewne nieutulone pragnienie potęgi i władzy, pragnienia dominacji i niekontrolowanej destrukcji, które kotłowały się teraz, szalały w we wnętrzu kobiety, której aura stapiała się w jedno z otaczającą ją piekłem. Louvian dostrzegł to w niej lata temu, gdy pierwszy raz szkło przeorało mu dłonie, a potem krwawym śladem wymazała na jego czole runę, akt własności na jedną noc. Teraz nie było go obok, by mógł obserwować reakcję na dzieło zniszczenia które serwował miastu on i jemu podobni.
Mildred Moody była w pracy, którą sama sobie wywróżyła, wraz z pierwszym "opadem" śniegu, który palił zamiast mrozić.
Musiała być profesjonalna, dlatego zachowywała się względem Thomasa tak jak zawsze w żaden sposób nie odnosząc się do sytuacji po udanym gaszeniu dwóch frontów zmierzających ku zakonnej kryjówce. Rozmowa z Brenną w pewnym sensie oswajała ją z ideą, że może relacja wewnątrz Zakonu nie byłaby aż tak głupim pomysłem, problem polegał na tym... że do jasnej cholery miasto płonęło i ludzie byli do uratowania!
Tym razem pozostawiła miotłę w klubokawiarni.
– Jasne, prowadź – rzuciła krótko, nawet na niego nie patrząc. Złociste kocie ślepia lśniły z wąskiej szpary utworzonej mokrymi szmatami, któymi owinęła sobie głowę. Raz żeby włosów jej nie safajczyło, dwa żeby dym nie był aż tak dotkliwy. Listonoszówka skórzana wciąż jej towarzyszyła tak na wszelki wypadek, na głowę wciśniętą miała ochronną czapkę. Różdżka oczywiście - niemalże przykleiła ją sobie do ręki.
Biegli. Oboje mogli odczuć, że apogeum jest już za nimi, ulice były zdecydowanie bardziej puste w porównaniu z chaosem, który był też ich udzialem kilka godzin temu.
– TAM! – wskazała kolejny płonący ciąg budynków, nie pamiętając już jaki sklep spłonął dlaczego. Była krawężnikiem, patrolowała te ulice od kilkunastu lat, ale topografia przestrzeni zlała jej się w jedno. Ogień. Trzeba było wzmóc. Nie! Zadusić. Trzeba było zadusić. Jeśli wszystko spłonie, w końcu nastanie spokój. Otrząsnęła się z myśli, które zdawały się cudze, zdawały się nie jej. Była zmęczona, a trzeba było robić.
Podbiegła by translokacjązadusić płomienie, jak wielkim magicznym kocem. Uniosła różdżkę i... zmarła zapatrzona w osmalającą płomieniami ścianę. Twarz? TA twarz? Co one tu robiły?! Nieoczekiwany lęk uczynił jej ciało kamiennym. Lęk, który tak rzadko ją nawiedzał. Który był oby. Był wymuszony.