13.05.2025, 15:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.05.2025, 16:07 przez Theo Kelly.)
Odetchnął głęboko po tym jak wypił łyk wody. Panujący tutaj rozgardiasz przypominał peron 9 i 3/4 w dniu 1 września, ale teraz sytuacja była o wiele mniej radosna, była wręcz tragiczna.
- Nie lepiej mu wyczarować miskę? Łatwiej mu będzie się napić - zasugerował tylko, ale nie zrobił ku temu nic, w sumie w każdej chwili mógł ktoś wpaść na to naczynie wówczas i jeszcze skopać biednego psa. Oddał jeszcze w połowie pełną szklankę wody bratu. - Dla niego - dodał wskazując na Benjego, żal mu się zrobiło psiaka, który wyglądał jakby teraz bał się własnego cienia, ale go absolutnie nie dziwią.
- Jak się trzymasz? - zapytał chcąc ocenić sytuację, wyglądało na to, że nie będzie trzeba ruszać do Munga, ale nie wszystko był widać na pierwszy rzut oka.
-MAMO! - absolutnie nie obchodziło go jak wiele osób go widzi i słyszy, kiedy głośno krzyknął to jedno słowo widząc torującą sobie do nich drogę kobietę. Nie zważając na nic rzucił się ku niej i jednym zgrabnym ruchem przytulił się do niej - za bardzo się martwił o to czy nic jej nie jest i dopiero teraz kiedy przez krótką chwilę trzymał ją w ramionach poczuł jak schodzi z niego ten stres i jakby kamień spadł mu z serca. - Nic ci nie jest? - pytanie było chyba zbędne ale nie mógł go nie zadać, dobrze wiedział, że jej jak jego samego nie imają się płomienie, ale nie tylko one tworzyły zagrożenie tej nocy.
- Widziałem Anthony'ego, on mnie tu ściągnął, ale poza Jessiem i Ritą nikogo więcej - zaczął powoli. - Ściągnął mnie tu z biblioteki Parkinsonów, a raczej jak wychodziłem. Zbierałem informację do mojej kolejnej pracy. Ale jak usłyszał od bliźniaków gdzie udał się Jonathan to powiedział, że zaraz wraca i od tego czasu nie widziałem go. Nie pamiętam kiedy widziałem go tak wkurwionego, nie był taki nawet jak mu zakrwawiłem dywan ostatnio - co prawda zaczynał się martwić o wuja, bo trwało to już sporo czasu, czy nie powinien wrócić do nich? A może coś lub ktoś go zatrzymało. Powinien był z niego wydusić gdzie niby jest Jonathan, a nie... Ufać dorosłym nie można było za grosz.
!Strach przed imieniem
- Nie lepiej mu wyczarować miskę? Łatwiej mu będzie się napić - zasugerował tylko, ale nie zrobił ku temu nic, w sumie w każdej chwili mógł ktoś wpaść na to naczynie wówczas i jeszcze skopać biednego psa. Oddał jeszcze w połowie pełną szklankę wody bratu. - Dla niego - dodał wskazując na Benjego, żal mu się zrobiło psiaka, który wyglądał jakby teraz bał się własnego cienia, ale go absolutnie nie dziwią.
- Jak się trzymasz? - zapytał chcąc ocenić sytuację, wyglądało na to, że nie będzie trzeba ruszać do Munga, ale nie wszystko był widać na pierwszy rzut oka.
-MAMO! - absolutnie nie obchodziło go jak wiele osób go widzi i słyszy, kiedy głośno krzyknął to jedno słowo widząc torującą sobie do nich drogę kobietę. Nie zważając na nic rzucił się ku niej i jednym zgrabnym ruchem przytulił się do niej - za bardzo się martwił o to czy nic jej nie jest i dopiero teraz kiedy przez krótką chwilę trzymał ją w ramionach poczuł jak schodzi z niego ten stres i jakby kamień spadł mu z serca. - Nic ci nie jest? - pytanie było chyba zbędne ale nie mógł go nie zadać, dobrze wiedział, że jej jak jego samego nie imają się płomienie, ale nie tylko one tworzyły zagrożenie tej nocy.
- Widziałem Anthony'ego, on mnie tu ściągnął, ale poza Jessiem i Ritą nikogo więcej - zaczął powoli. - Ściągnął mnie tu z biblioteki Parkinsonów, a raczej jak wychodziłem. Zbierałem informację do mojej kolejnej pracy. Ale jak usłyszał od bliźniaków gdzie udał się Jonathan to powiedział, że zaraz wraca i od tego czasu nie widziałem go. Nie pamiętam kiedy widziałem go tak wkurwionego, nie był taki nawet jak mu zakrwawiłem dywan ostatnio - co prawda zaczynał się martwić o wuja, bo trwało to już sporo czasu, czy nie powinien wrócić do nich? A może coś lub ktoś go zatrzymało. Powinien był z niego wydusić gdzie niby jest Jonathan, a nie... Ufać dorosłym nie można było za grosz.
!Strach przed imieniem