13.05.2025, 15:44 ✶
– Oczywiście, że nic mi nie jest, Theo – zapewniła, pozwalając, by syn ją objął. Że byli w tłumie ludzi? Raz, Charlotte rzadko bywała czymkolwiek zawstydzona, a tej nocy chyba bardzo wiele osób rzucało się sobie w ramiona, ledwo zobaczyło kogoś bliskiego. Ach, jakie piękne dzieło śmierciożerców, łączą ludzi i skłaniają do niespodziewanych wyznań, nie ma co.
Charlotte nie była ani przez sekundę zaskoczona tym, że Jonathan został na Horyzontalnej. Niczego innego się nie spodziewała. Niczego innego nie mogła oczekiwać. To głupie bohaterstwo było częścią jego jestestwa i domaganie się, żeby je porzucił, byłoby jak domaganie się, żeby przestał być Jonathanem Selwynem i stał się zupełnie kimś innym. Równie dobrze on mógłby zażądać od Charlotte, żeby przestała być olśniewająca - pewnych rzeczy po prostu nie dało się zrobić.
- Cóż, jeśli zginie, pewnie odziedziczysz jego dom, więc nie ma czym się martwić - oświadczyła, okrutne słowa na ustach, i myśl w głowie: że mogłaby iść na Horyzontalną i go poszukać. Ogień się jej nie imał. Może z nią byłby bezpieczniejszy.
Ale imały się jej dym, spadające cegły, a jej mieszkanie, jej syn, zostali zaatakowani tej nocy, i potrzebowali matki, teraz i gdy nadejdzie świt oraz każdego kolejnego dnia w Anglii, w której groziła im śmierć za krew płynącą w żyłach. Gdyby Jessie nie wyglądał na tak... zrozpaczonego i przybitego, pewnie pobiegłaby z powrotem do punktu aportacyjnego, ale w tej chwili musiała uruchomić chłodną logikę: nie zdołała znaleźć Morpheusa, chociaż ponad pół godziny aportowała się w miejscach, w których jak się jej wydawało, mógł być. Nie zdoła znaleźć Jonathana, który na pewno będzie biegał po całym magicznym Londynie, w tym gryfońskim pędzie do ratowania świata i samozagłady, a nie mogła ryzykować, że dzieci zostaną same.
Przygryzła język, by nie wymknął się jej żaden komentarz na temat tego, że Anthony postanowił też ulec jakiemuś dziwnemu zrywowi bohaterstwa i szukać Selwyna. Dzieciaki nie potrzebowały teraz od niej jakichś słów innych niż uspokajające.
Trzymała się więc wiary, że głupcy mają szczęście, i Jonathan do nich wróci. I że znajdą się z Anthonym, i obaj będą bezpieczni.. Że Morpheus też jest cały i zdrowy.
Może niedługo wrócą. Jeśli nie... wtedy spróbuje ich poszukać.
- Nieważne. Ty nie spłonąłeś, uratowałeś psa, tylko to się liczy - powiedziała, przyciągając ich do siebie, każdego jedną ręką, nawet jeśli gdzieś w duchu bolała ją strata tego mieszkania, które były dla nich domem w ostatnich latach, i rozpaczała na samą myśl o wszystkich swoich pięknych sukienkach w szafie, i wiedziała, że parę następnych miesięcy będzie trudne. Liczyło się jednak w tej chwili przede wszystkim to, że chłopak wyszedł z tego żywy. – Jeśli dom Amelii stoi, zatrzymamy się tam.
Pewnie letni chłopcy też nie pozwoliliby im iść pod most, chociaż po tym wszystkim, co działo się tej nocy, miała dziwne wrażenie, że lepiej tu zachować pewną ostrożność: ona i jej dzieci były celem. Nie chciała uczynić nim także przyjaciół.
Obejmowała ich przez chwilę, mocno, czego nie robiła codziennie, bo Charlotte nie była nigdy oziębła, ale też nie należała do osób nadmiernie wylewnych. To jednak była straszna noc nawet dla kogoś, kogo emocje nie działały w normalny sposób, i pierwszy raz podczas tej wojny naprawdę się bała: o dzieci, o przyjaciół, o przyszłość. I narastała w niej złość, straszliwa złość, że Anglia nie była już bezpieczną przystanią.
– Ten jebany drań V… – zaczęła, a potem zmarszczyła brwi, uwalniając dzieci z uścisku. Język jakoś dziwnie się jej plątał, a gula w gardle, która pojawiła się wraz z informacją o pożarach, znów zacisnęła. Wszystko w Charlotte nagle zbuntowało się przed wypowiedzeniem tego imienia. – Ten… ten, któlelelego… – powiedziała, i syknęła ze złości, po czym niecierpliwie machnęła ręką. Coś było nie tak, ale nad tym, co dokładnie, pomyśli później. – Nieważne. Anthony powiedział, że możemy schronić się w biurze OMSH. Czy chcecie spróbować tu kogoś znaleźć? Do łazienki pewnie w tej chwili się nie dopchamy.
Sięgnęła do torby i wydobyła z niej opakowanie wilgotnych chusteczek - oczywiście, że miała takie rzecz w torebce, była matką i... no była Charlotte Kelly - i zabrała się za oczyszczanie twarzy Jaspera.
Charlotte nie była ani przez sekundę zaskoczona tym, że Jonathan został na Horyzontalnej. Niczego innego się nie spodziewała. Niczego innego nie mogła oczekiwać. To głupie bohaterstwo było częścią jego jestestwa i domaganie się, żeby je porzucił, byłoby jak domaganie się, żeby przestał być Jonathanem Selwynem i stał się zupełnie kimś innym. Równie dobrze on mógłby zażądać od Charlotte, żeby przestała być olśniewająca - pewnych rzeczy po prostu nie dało się zrobić.
- Cóż, jeśli zginie, pewnie odziedziczysz jego dom, więc nie ma czym się martwić - oświadczyła, okrutne słowa na ustach, i myśl w głowie: że mogłaby iść na Horyzontalną i go poszukać. Ogień się jej nie imał. Może z nią byłby bezpieczniejszy.
Ale imały się jej dym, spadające cegły, a jej mieszkanie, jej syn, zostali zaatakowani tej nocy, i potrzebowali matki, teraz i gdy nadejdzie świt oraz każdego kolejnego dnia w Anglii, w której groziła im śmierć za krew płynącą w żyłach. Gdyby Jessie nie wyglądał na tak... zrozpaczonego i przybitego, pewnie pobiegłaby z powrotem do punktu aportacyjnego, ale w tej chwili musiała uruchomić chłodną logikę: nie zdołała znaleźć Morpheusa, chociaż ponad pół godziny aportowała się w miejscach, w których jak się jej wydawało, mógł być. Nie zdoła znaleźć Jonathana, który na pewno będzie biegał po całym magicznym Londynie, w tym gryfońskim pędzie do ratowania świata i samozagłady, a nie mogła ryzykować, że dzieci zostaną same.
Przygryzła język, by nie wymknął się jej żaden komentarz na temat tego, że Anthony postanowił też ulec jakiemuś dziwnemu zrywowi bohaterstwa i szukać Selwyna. Dzieciaki nie potrzebowały teraz od niej jakichś słów innych niż uspokajające.
Trzymała się więc wiary, że głupcy mają szczęście, i Jonathan do nich wróci. I że znajdą się z Anthonym, i obaj będą bezpieczni.. Że Morpheus też jest cały i zdrowy.
Może niedługo wrócą. Jeśli nie... wtedy spróbuje ich poszukać.
- Nieważne. Ty nie spłonąłeś, uratowałeś psa, tylko to się liczy - powiedziała, przyciągając ich do siebie, każdego jedną ręką, nawet jeśli gdzieś w duchu bolała ją strata tego mieszkania, które były dla nich domem w ostatnich latach, i rozpaczała na samą myśl o wszystkich swoich pięknych sukienkach w szafie, i wiedziała, że parę następnych miesięcy będzie trudne. Liczyło się jednak w tej chwili przede wszystkim to, że chłopak wyszedł z tego żywy. – Jeśli dom Amelii stoi, zatrzymamy się tam.
Pewnie letni chłopcy też nie pozwoliliby im iść pod most, chociaż po tym wszystkim, co działo się tej nocy, miała dziwne wrażenie, że lepiej tu zachować pewną ostrożność: ona i jej dzieci były celem. Nie chciała uczynić nim także przyjaciół.
Obejmowała ich przez chwilę, mocno, czego nie robiła codziennie, bo Charlotte nie była nigdy oziębła, ale też nie należała do osób nadmiernie wylewnych. To jednak była straszna noc nawet dla kogoś, kogo emocje nie działały w normalny sposób, i pierwszy raz podczas tej wojny naprawdę się bała: o dzieci, o przyjaciół, o przyszłość. I narastała w niej złość, straszliwa złość, że Anglia nie była już bezpieczną przystanią.
– Ten jebany drań V… – zaczęła, a potem zmarszczyła brwi, uwalniając dzieci z uścisku. Język jakoś dziwnie się jej plątał, a gula w gardle, która pojawiła się wraz z informacją o pożarach, znów zacisnęła. Wszystko w Charlotte nagle zbuntowało się przed wypowiedzeniem tego imienia. – Ten… ten, któlelelego… – powiedziała, i syknęła ze złości, po czym niecierpliwie machnęła ręką. Coś było nie tak, ale nad tym, co dokładnie, pomyśli później. – Nieważne. Anthony powiedział, że możemy schronić się w biurze OMSH. Czy chcecie spróbować tu kogoś znaleźć? Do łazienki pewnie w tej chwili się nie dopchamy.
Sięgnęła do torby i wydobyła z niej opakowanie wilgotnych chusteczek - oczywiście, że miała takie rzecz w torebce, była matką i... no była Charlotte Kelly - i zabrała się za oczyszczanie twarzy Jaspera.