Spalona Noc może i chyliła się ku końcowi, a większość pożarów zdążyła już wygasnąć. Nie gasł jednak zapał Śmierciożerców do tego, aby wyrządzić jak najwięcej krzywdy i zniszczeń. Mieli jeszcze kilka chwil i nie mogli ich zmarnować - musieli działać.
Vulturis mógł się do końca nie rozumieć z Viperą. Mogli się też nie zgadzać ze wszystkim. Jednego jednak nie można było im odmówić - dogadywali się całkiem nieźle w kwestiach roboty, którą należało wykonać.
Kiedy tak stali i przyglądali się okolicy, dusza wypełniała się radością, szczęściem czy zadowoleniem. Dało się dostrzec dobrze wykonaną robotą, której podjęli się tego wieczora.
- Brygadzista - powtórzył, zgadzając się z Rodolphusem. Stanley rozpoznałby ich z kilometra, wszak sam był jednym z nich. Może nawet znał tego funkcjonariusza? Nie miało to większego znaczenia, ponieważ był po drugiej stronie barykady, a Borgin wyznawał prostą zasadę - jesteś z nami albo przeciwko nam. Tego właśnie powinni się trzymać.
- Fakt - pokiwał głową - Proponuję szybką robotę - przeniósł wzrok na swojego towarzysza - Spróbujesz mu zresetować łepetynę... Ale tak wiesz... Solidnie. A jak nie pójdzie to ja go spróbuję posłać na drugą stronę - zaproponował, a raczej przedstawił plan ich działania. Nie było tutaj żadnych haczyków, a ich ofiara i tak była zajęta jakimiś podrzędnymi rozkazami, które zlecili mu jego przełożeni. Wielka szkoda, że najpewniej odebrał ich polecenia po raz ostatni.
- Komu w drogę, temu czas, nie? - zapytał retorycznie, a następnie wskazał głową w kierunku ich ofiary. Rodolphus miał zagrać główne skrzypce, a Stanley miał mu tylko wtórować czy robić za chórek. Przynajmniej na samym początku tego duetu.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972