13.05.2025, 23:03 ✶
Jolene dobrze pamiętała ostatni raz, kiedy Londyn płonął. Przez te prawie trzydzieści lat od zakończenia wojny starała się zapomnieć o najbardziej drastycznych widokach, jednak niektóre wspomnienia wciąż pozostawały żywe. Ulice pełne zawalonych budynków. Ludzkie szczątki wystające spod gruzów. Śmierć spadająca z nieba.
Czasami zastanawiała się, jakim cudem nie postradała wtedy zmysłów, ale odpowiedź była prosta: Julian. Mężczyzna, który zdołał pokazać jej jak wygląda prawdziwa miłość, nawet pośród wszechobecnej zagłady. Być może to właśnie świadomość, że mogli umrzeć w każdej chwili, zachęciła ich do wzięcia ślubu. Nawet jeśli byli wtedy młodzi i głupi, Jo nie żałowała tamtej decyzji; nie żałowała żadnej sekundy spędzonej z ukochanym.
No właśnie, Julian... Jeśli palił się wyłącznie Londyn, to był bezpieczny razem z Alice w Dolinie Godryka. Choć istniało duże prawdopodobieństwo, że ten głupi, odważny auror poleci na ratunek ofiarom pożaru. Bletchley nie martwiła się jednak aż tak bardzo o męża; miał przecież lata doświadczenia na karku (i może też jakieś szare komórki w mózgu). Znacznie bardziej obawiała się o Hestię. Nie, żeby wątpiła w kompetencje młodszej córki, ale zdawała sobie sprawę, że w takich sytuacjach to brygadziści byli na pierwszej linii frontu. A Hesia niestety odziedziczyła po ojcu chęć do niesienia pomocy innym. Jolene bała się myśleć, co może się stać jej małej dziewczynce.
Słowa Basiliusa wyrwały ją z zamyślenia. No, tak, przecież nie mogła pobiec sprawdzić, co się działo z jej bliskimi. Też była teraz na służbie. Musiała działać.
– Czyli rozumiem, że musimy się przygotować na wiele ofiar pożaru, tak? – przebiegła zdeterminowanym wzrokiem po obojgu uzdrowicielach. Jo ani nie była medykiem ani nie traktowała swojej pracy w szpitalu jak jakieś powołanie. Niemniej, jeśli byli jacyś potrzebujący, to zamierzała im pomóc najlepiej jak potrafiła. To właśnie była jedna z cech, która łączyła ją z Julianem: troska o innych. – Chodźmy doktorze Prewett, wygląda na to, że będziemy mieć ręce pełne roboty. – mówiąc to, skierowała się do wyjścia z herbaciarni. Dobrze, że przynajmniej udało jej się wcześniej zapalić.
Czasami zastanawiała się, jakim cudem nie postradała wtedy zmysłów, ale odpowiedź była prosta: Julian. Mężczyzna, który zdołał pokazać jej jak wygląda prawdziwa miłość, nawet pośród wszechobecnej zagłady. Być może to właśnie świadomość, że mogli umrzeć w każdej chwili, zachęciła ich do wzięcia ślubu. Nawet jeśli byli wtedy młodzi i głupi, Jo nie żałowała tamtej decyzji; nie żałowała żadnej sekundy spędzonej z ukochanym.
No właśnie, Julian... Jeśli palił się wyłącznie Londyn, to był bezpieczny razem z Alice w Dolinie Godryka. Choć istniało duże prawdopodobieństwo, że ten głupi, odważny auror poleci na ratunek ofiarom pożaru. Bletchley nie martwiła się jednak aż tak bardzo o męża; miał przecież lata doświadczenia na karku (i może też jakieś szare komórki w mózgu). Znacznie bardziej obawiała się o Hestię. Nie, żeby wątpiła w kompetencje młodszej córki, ale zdawała sobie sprawę, że w takich sytuacjach to brygadziści byli na pierwszej linii frontu. A Hesia niestety odziedziczyła po ojcu chęć do niesienia pomocy innym. Jolene bała się myśleć, co może się stać jej małej dziewczynce.
Słowa Basiliusa wyrwały ją z zamyślenia. No, tak, przecież nie mogła pobiec sprawdzić, co się działo z jej bliskimi. Też była teraz na służbie. Musiała działać.
– Czyli rozumiem, że musimy się przygotować na wiele ofiar pożaru, tak? – przebiegła zdeterminowanym wzrokiem po obojgu uzdrowicielach. Jo ani nie była medykiem ani nie traktowała swojej pracy w szpitalu jak jakieś powołanie. Niemniej, jeśli byli jacyś potrzebujący, to zamierzała im pomóc najlepiej jak potrafiła. To właśnie była jedna z cech, która łączyła ją z Julianem: troska o innych. – Chodźmy doktorze Prewett, wygląda na to, że będziemy mieć ręce pełne roboty. – mówiąc to, skierowała się do wyjścia z herbaciarni. Dobrze, że przynajmniej udało jej się wcześniej zapalić.