Tak naprawdę Bletchley doceniała tylko i wyłącznie jedno łóżko, swoje własne, w swoim mieszkanku. Nie należała do osób, które miały w zwyczaju narzekać, mimo wszystko wiedziała, że nawet w rezydencji ciotki Corneliusa nie wyśpi się jakoś specjalnie. To było jedno z jej dziwnych przyzwyczajeń, rzadko kiedy opuszczała swój dom, więc nie do końca akceptowała łóżka inne niż swoje własne. Kolejna fanaberia. Aktualnie jednak doceniłaby nawet to łóżko, w którym znajdowała się jeszcze tego poranka. Trudno było tego nie zrobić wiedząc, że czekała ich noc w lesie. Pośród drzew, zwierząt, chuj wie czego. Nie zakładała bowiem już tego, że wrócą na noc do Exmoor. Nie było takiej możliwości. Nie po tym, jak kręcili się w kółko, nie mogli znaleźć drogi, znajdowali się nie wiadomo gdzie. Las wcale nie chciał ich chyba stąd wypuścić, ku jej niezadowoleniu.
Zmarszczyła brwi i zmierzyła oceniająco wzrokiem Romulusa. Alojzy. Czy on był niepoważny, wiedziała, że jest średnio rozgarnięty, ale nie spodziewała się, że aż tak bardzo. Mogła przecież połączyć fakty, jasne to była tylko ona, nie była zagrożeniem, ale skąd mogli wiedzieć, że częściej nie rzuca takich irracjonalnych słów. To mogło niepotrzebnie zwrócić czyjąś uwagę na Benjy'ego, a on jej zdecydowanie nie potrzebował. Powinien chyba porozmawiać ze swoim przyjacielem na temat jego umiejętności ukrywania informacji, a raczej jej braku.
- Tak, chodźmy. - Nie skomentowała jego kolejnej uwagi na temat tego, że nie miał nic w ustach od rana, nieszczególnie ją to interesowało. Ogólnie robiła się coraz bardziej poirytowana. Zmęczenie dopadło i ją, jednak nie skupiała się na nim. Naprawdę podjęła całkiem rozsądną decyzję, że ogarnęła sobie te buty, inaczej spacerowałaby po tym lesie jak Potter, w swoich uroczych lakierkach, a jak już wiedziała to nie należało do najprzyjemniejszych doświadczeń.
- Nie byłabym tego taka pewna, ale możemy to sprawdzić. - W przeciwieństwie do Romulusa Prue brakowało tego optymizmu, raczej nie nastawiała się na nic pozytywnego, wiedziała, że życie lubiło pokazywać, że zawsze mogło być jeszcze gorzej, nie nazwałaby tego oczywiście pesymizmem, a raczej realizmem.
Wiedziała, że może na nich czekać dosłownie wszystko, nie zakładała, że faktycznie trafią do wodospadu, którego dźwięk wydawało się jej, że słyszy. To mogły być omamy, jednak bez sensu było rezygnować bez sprawdzenia tego miejsca. Co innego mieli tutaj do zrobienia? No nic, ewentualnie mogli zacząć organizować sobie obozowisko, ale na to chyba jeszcze nie była gotowa.
Nie miała pojęcia, jak długo będą musieli przed siebie iść, aby dotrzeć do miejsca, w którym znajdowała się woda, nigdzie się jednak nie spieszyli, prawda? Noc powoli okrywała okolicę, niedługo zrobi się całkiem ciemno, na samą myśl o tym po raz kolejny przeszedł jej po plecach dreszcz, nie czuła się tutaj dobrze, lasy nie były jej miejscem na ziemi.
Szła jednak przed siebie, nie narzekała, nie mówiła nic, obserwowała przy tym okolicę, jakby bya w stanie coś z niej wyczytać. Tak się jednak nie działo, miała wrażenie, że w końcu drzewa zaczęły rosnąć jakby rzadziej od siebie, że las nie była już taki gęsty i ciemny, póki co jednak nie wiedziała, czy to dobrze, czy nie.
Do jej nozdrzy dotarł znajomy zapach, kojarzyła go, beton, metal, woda. To sugerowało jej, że gdzieś tutaj musi znajdować się jakaś budowla, nie do końca mogła przewidzieć jaka, ale spodziewała się ją zobaczyć, prędzej, czy później.
Westchnęła ciężko, gdy dotarło do niej, że będą musieli iść pod górę, jej nogi dawno nie przeżyły takiej ilości aktywności, naprawdę zaczęło ogarniać ją zmęczenie, a teraz to? - Uważaj, żebyś się nie poślizgnął. - Mruknęła jeszcze do swojego towarzysza, bo nie miała zamiaru go tutaj ratować, musiał na siebie uważać, nie potrzebowali kolejnych problemów.
Skarpa. Bletchley odruchowo cofnęła się o krok, pojawiło się to bardzo nieprzyjemne uczucie, lęk. Nie reagowała dobrze na wysokości. Przytłaczały ją one, nie radziła sobie z nimi dobrze. Oczy miała szeroko otwarte, spięła się też cała, bo obawiała się, że wystarczy jeden nieodpowiedni krok i zsunie się na dół, spadnie i nie będzie, co z niej zbierać. Nie było już lasu, drzewa gdzieś zniknęły. Czy to dobrze? Tego jeszcze nie wiedziała.
Otaksowała wzrokiem okolicę, spojrzenie zawiesiła na budowli, którą dostrzegła jako pierwszą. Była ogromna, ciężko jej było od niej odwrócić wzrok. To musiał być ten zapach, to to wyczuwała chwilę wcześniej w powietrzu.
Później przesunęła wzrok po horyzoncie, dostrzegła te światła, w oddali, albo jej się wydawało, albo były tam też niewielkie zabudowania. Znajdowały się jednak zbyt daleko, aby w ogóle zakładała, że tam pójdą.
Nie spojrzała w dół, bez względu jak bardzo interesujący nie byłby widok pod jej nogami, to wolała tego nie robić. Wiedziała, że mogłaby spanikować, a zdecydowanie nie chciała do tego doprowadzić.
Zauważyła też tę zarośniętą ścieżkę po prawej stronie, jakby dawno nikt nią nie podążał. Za nią widać było las, nie do końca była pewna, czy miała zamiar do niego wracać, zwłaszcza, że robiło się coraz ciemniej, jeszcze chwila, a nadejdzie noc. Potrzebowali schronienia. Najbardziej oczywistą i rozsądną opcją, wydawało jej się w tej chwili znalezienie się przy zaporze. Mogli tam przeczekać, z dala od dzikiej natury, bez ryzykowania spotkania z jakimś stworzeniem, które mogło ich zaskoczyć.
Nic nie mówiła, czuła, że Romulus i tak by jej nie usłyszał przez szum wodospadu. Bez żadnej konsultacji, pytania, po prostu ruszyła w stronę zabudowań zapory, intuicja podpowiadała jej, że to nie był najgłupszy pomysł. Nie miała pojęcia, czy pójdzie za nią. Może zamierzał wybrać inną opcję, droga wolna.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control