Nie miał pojęcia, jak długo leżał. Prawie przysypany w całości gruzem, nie miał jak się wydostać. Czuł, a może i nie czuł, dolnej części ciała, która mogła mu zdrętwieć. Na pewno bolały go plecy i noga. Brak możliwości wołania o pomoc, stawiał go w sytuacji straconej. Jakby miał w ten sposób pożegnać się ze swoim życiem. Kilkakrotnie ktoś przechodził, przebiegł. Nie zauważył małej kupki gruzu pod budynkiem dalej od jego miejsca zamieszkania. Ani wystającej górnej części ciała ludzkiego. Włosy miał ubabrane od popiołu i pyłu. Nie można pominąć faktu, że wsiąknął całą śmierdzącą chyba klątwą ze swojego mieszkania, które choć miało szczęście uniknąć ognia, śmierdziało czymś nieznanym. A to także mogło odrzucać innych przechodniów, posiadających wrażliwy węch.
Mijały godziny. Tristan opadł z sił, kładąc głowę na przedramionach. Ocknął się, kiedy usłyszał wymiotowanie. Dość głośne. Próbował podnieść się na przedramionach i obejrzeć, ale zasięg widzenia miał ograniczony. Powinien zwrócić na siebie jakoś uwagę, nim ta osoba dojdzie do siebie i ruszy dalej. Spróbował zdjąć z siebie jeden kawałek betonu, czy nawet dosięgnąć jakiś pod ręką. Rzucił nim w kierunku głównej ulicy, aby zrobić hałas a także odwrócić uwagę tej osoby. Gdyby mógł krzyczeć, to by to zrobił.
Mieszkanie Tristana w kamienicy było nienaruszone. Jedyna zmiana w nim, to otwarte na oścież okna, jakby właściciel chciał je wywietrzyć. Sam Tristan miał rany na twarzy, szczególnie przy prawej skroni, znajdował się strumyk zaschniętej krwi, zmieszanej z pyłem gruzowym. Jego różdżka leżała dalej w zasięgi wzroku, ale nie był wstanie jej w ogóle dosięgnąć.