14.05.2025, 12:29 ✶
Błądziła jak dziecko we mgle, gdy nagle stał się cud i ta mgła się rozwiała.
Cud? Bynajmniej! W końcu działały w tandemie i pomijając egocentryczne, narcystyczne, autodestrukcyjne zapędy Miles, przetrzepanie strategii w drużynie Quiditcha a potem w Bumie a potem w Zakonie wielokrotnie wbijała jej do głowy, że w kupie siła a granie drużynowe zwiększa szansę na wygraną, a nie ją dzieli.
Zobaczyła uchylone okno i nie było więcej czasu się zastanawiać, na podziękowanie Brence przyjdzie jeszcze czas. Z impetem wleciała do środka opustoszałego mieszkania. Pozornie ciche. Pozornie bez ludzi. Dymu było w środku mniej, choć już wsuwał się przez otworzone okno, więc Miles pospiesznie je zamknęła. Szkoda, że w ten sposób nie dało się ochronić ich przed ogniem.
Sprawnie, doświadczeniem lat w Brygadzie splotła zaklęcie wzmacniające jej głos, tak aby mieszkańcy mogli usłyszeć jej nawoływanie, jeśli jeszcze byli w domu.
– PANI MEYERS?! PANIE MEYERS?! TO MOODY Z BRYGADY UDERZENIOWEJ! TEN BUDYNEK JEST ZAGROŻONY! MUSIMY PAŃSTWA EWAKUOWAĆ! – Nie było sensu ich zostawiać tutaj, ogień obejmował coraz większe połaci, ludzie dostawali w łeb, kradli, bili się pośród pogorzeliska, rzucając sobie w twarz wzajemne oskarżenia. Była przekonana... że może widziała i tych w maskach, ale gdy tylko próbowała zacząć pościg, ginęli w ogólnotrawiącym przestrzeń chaosie.
Nagle usłyszała jakiś ruch i głośny stukot nóg po schodach. Sama wypadła na klatkę schodową i zobaczyła strwożonych mugolaków i ich trójkę dzieci. Mężczyzna trzymał w rękach różdżkę, kobieta dociskała do piersi w obronnym geście umagicznioną torbę, w której zapewne mieli o wiele więcej rzeczy, niż wyglądałoby to na pierwszy rzut oka. Najstarszy syn patrzył nieufnie, za nim ukrywały się dwie młodsze siostry. Jedna z nich wyraźnie próbowała powstrzymać łzy, chowając twarz w szmacianego królika.
– JUŻ DOBRZE TO...– zdjęła zaklęcie gdy usłyszała swój wrzask – To ja! Zabierzemy was do bezpiecznej kryjówki, tu nie jest dobrze, chodźcie, na dole czeka Brenna. – Podprowadziła ich do okna, który wleciała i otworzyła je by dać znać Brennie, że będzie potrzebna i jej miotła. – Wiecie czyje to jest mieszkanie? Drzwi na klatkę były otwarte, ale nikt do mnie nie wyszedł – zapytała czekając na Longbottom, nieco zdezorientowana, dopiero teraz zdając sobie sprawę, że rodzina miała mieszkanie piętro wyżej, a to... to zdecydowanie nie było ich lokum.
Cud? Bynajmniej! W końcu działały w tandemie i pomijając egocentryczne, narcystyczne, autodestrukcyjne zapędy Miles, przetrzepanie strategii w drużynie Quiditcha a potem w Bumie a potem w Zakonie wielokrotnie wbijała jej do głowy, że w kupie siła a granie drużynowe zwiększa szansę na wygraną, a nie ją dzieli.
Zobaczyła uchylone okno i nie było więcej czasu się zastanawiać, na podziękowanie Brence przyjdzie jeszcze czas. Z impetem wleciała do środka opustoszałego mieszkania. Pozornie ciche. Pozornie bez ludzi. Dymu było w środku mniej, choć już wsuwał się przez otworzone okno, więc Miles pospiesznie je zamknęła. Szkoda, że w ten sposób nie dało się ochronić ich przed ogniem.
Sprawnie, doświadczeniem lat w Brygadzie splotła zaklęcie wzmacniające jej głos, tak aby mieszkańcy mogli usłyszeć jej nawoływanie, jeśli jeszcze byli w domu.
– PANI MEYERS?! PANIE MEYERS?! TO MOODY Z BRYGADY UDERZENIOWEJ! TEN BUDYNEK JEST ZAGROŻONY! MUSIMY PAŃSTWA EWAKUOWAĆ! – Nie było sensu ich zostawiać tutaj, ogień obejmował coraz większe połaci, ludzie dostawali w łeb, kradli, bili się pośród pogorzeliska, rzucając sobie w twarz wzajemne oskarżenia. Była przekonana... że może widziała i tych w maskach, ale gdy tylko próbowała zacząć pościg, ginęli w ogólnotrawiącym przestrzeń chaosie.
Nagle usłyszała jakiś ruch i głośny stukot nóg po schodach. Sama wypadła na klatkę schodową i zobaczyła strwożonych mugolaków i ich trójkę dzieci. Mężczyzna trzymał w rękach różdżkę, kobieta dociskała do piersi w obronnym geście umagicznioną torbę, w której zapewne mieli o wiele więcej rzeczy, niż wyglądałoby to na pierwszy rzut oka. Najstarszy syn patrzył nieufnie, za nim ukrywały się dwie młodsze siostry. Jedna z nich wyraźnie próbowała powstrzymać łzy, chowając twarz w szmacianego królika.
– JUŻ DOBRZE TO...– zdjęła zaklęcie gdy usłyszała swój wrzask – To ja! Zabierzemy was do bezpiecznej kryjówki, tu nie jest dobrze, chodźcie, na dole czeka Brenna. – Podprowadziła ich do okna, który wleciała i otworzyła je by dać znać Brennie, że będzie potrzebna i jej miotła. – Wiecie czyje to jest mieszkanie? Drzwi na klatkę były otwarte, ale nikt do mnie nie wyszedł – zapytała czekając na Longbottom, nieco zdezorientowana, dopiero teraz zdając sobie sprawę, że rodzina miała mieszkanie piętro wyżej, a to... to zdecydowanie nie było ich lokum.