14.05.2025, 15:23 ✶
Głos Heather rozbrzmiał w głowie Brenny, kiedy - o ironio - akurat odstawiała do kliniki inną osobę, która również złamała sobie nogę. Miała zamiar wrócić stąd prosto na gruzowisko, a potem iść do Nory, ale odebrany falami komunikat natychmiast zmienił jej plany.
Nic mi nie jest? Akurat Woody wołałaby ją na pomoc, gdyby nic jej nie dolegało.
Zaraz tam będę, rzuciła krótko, niepewna, czy wiadomość dotrze celu, bo wciąż nie czuła się pewnie z tą umiejętnością, a w Spaloną Noc łatwo było o takie rzeczy jak zatrucie dymem, spłonięcie żywcem albo oberwanie cegłą w głowę, za to bardzo trudno o skupienie. Zwłaszcza gdy w głowie wciąż rozbrzmiewały dziwne głosy, a kolejne części ciała coraz głośniej zaczynały sygnalizować, że wcale nie podoba im się to, jak są traktowane. Lewa dłoń póki co wygrywała ten konkurs krzykaczy, ale Brenna wciąż jeszcze ją ignorowała.
Bo miała więcej szczęścia niż Heather i Atreus, i mogła chodzić, a to tej nocy już oznaczało, że wszystko – w – porządku.
Pojawiła się z trzaskiem w pobliżu miejsca, które wskazała jej Wood. I chociaż wcześniej zaklęcie Heather ugasiło pobliską kamienicę, Brenna i tak zamarła na moment, a potem odruchowo zrobiła pół kroku w tym, na sam widok dymu. Jakby wszystko w niej buntowało się przeciwko zbliżaniu do miejsca, które mogło płonąć – bo przecież nie ma dymu bez ognia, prawda? Dymu, który nie tak dawno krzyczał, że zdrajcy spłoną w ogniu… Tkwiła tak przez sekundę albo dwie, zanim wzięła się w garść na tyle, by zacząć się rozglądać, dopóki nie namierzała w pobliżu Heather oraz znajomej sylwetki Greengrassa.
Nie podbiegła do nich. Kolana, poobijane przy upadku, protestowały wobec biegania, ale i tak podeszła szybkim krokiem. Marynarka Brenny miała w tej chwili wdzięk szmaty znalezionej w śmietniku – bo nikt nie wycierałby tą, tu i ówdzie nadpaloną i pokrytą sadzą podłóg – buty kobiety nadawały się do wywalenia, twarz była brudna, kolana pokrwawione, oczy zaczerwienione od dymu i gorąca, dłoń uwalana krwią.
Ale z Heather najwyraźniej było gorzej.
Brenna stanęła przed nimi, mierząc Wood spojrzeniem, szybko oceniając obrażenia i sytuację.
– Dom, Lupinowie, Mung? – spytała krótko, wyciągając do niej ręce, by Heather mogła się jej złapać. Nie pytała, co się stało. Nie chciała marnować czasu: normalnie zajęłaby się Rudą lepiej, ale w tych okolicznościach mogła posłużyć tylko jako szybka pomoc przy transporcie. I na wszelki wypadek przy Ambroise nie wspomniała o klubokawiarni. – Dzięki za pomoc – powiedziała do niego, równie krótko jak do samej Wood, bo chyba uzdrowiciel jej pomógł, i zignorowanie go byłoby nie tylko niegrzeczne, ale i niewdzięczne, ale w tej chwili nie było czasu na prezentowanie jakichś lepszych manier.
Świt wciąż nie nadchodził. Spalona Noc jeszcze się nie skończyła i nie tylko Heather potrzebowała pomocy, a Greengrass pewnie też wolał się stąd ulotnić.
Nic mi nie jest? Akurat Woody wołałaby ją na pomoc, gdyby nic jej nie dolegało.
Zaraz tam będę, rzuciła krótko, niepewna, czy wiadomość dotrze celu, bo wciąż nie czuła się pewnie z tą umiejętnością, a w Spaloną Noc łatwo było o takie rzeczy jak zatrucie dymem, spłonięcie żywcem albo oberwanie cegłą w głowę, za to bardzo trudno o skupienie. Zwłaszcza gdy w głowie wciąż rozbrzmiewały dziwne głosy, a kolejne części ciała coraz głośniej zaczynały sygnalizować, że wcale nie podoba im się to, jak są traktowane. Lewa dłoń póki co wygrywała ten konkurs krzykaczy, ale Brenna wciąż jeszcze ją ignorowała.
Bo miała więcej szczęścia niż Heather i Atreus, i mogła chodzić, a to tej nocy już oznaczało, że wszystko – w – porządku.
Pojawiła się z trzaskiem w pobliżu miejsca, które wskazała jej Wood. I chociaż wcześniej zaklęcie Heather ugasiło pobliską kamienicę, Brenna i tak zamarła na moment, a potem odruchowo zrobiła pół kroku w tym, na sam widok dymu. Jakby wszystko w niej buntowało się przeciwko zbliżaniu do miejsca, które mogło płonąć – bo przecież nie ma dymu bez ognia, prawda? Dymu, który nie tak dawno krzyczał, że zdrajcy spłoną w ogniu… Tkwiła tak przez sekundę albo dwie, zanim wzięła się w garść na tyle, by zacząć się rozglądać, dopóki nie namierzała w pobliżu Heather oraz znajomej sylwetki Greengrassa.
Nie podbiegła do nich. Kolana, poobijane przy upadku, protestowały wobec biegania, ale i tak podeszła szybkim krokiem. Marynarka Brenny miała w tej chwili wdzięk szmaty znalezionej w śmietniku – bo nikt nie wycierałby tą, tu i ówdzie nadpaloną i pokrytą sadzą podłóg – buty kobiety nadawały się do wywalenia, twarz była brudna, kolana pokrwawione, oczy zaczerwienione od dymu i gorąca, dłoń uwalana krwią.
Ale z Heather najwyraźniej było gorzej.
Brenna stanęła przed nimi, mierząc Wood spojrzeniem, szybko oceniając obrażenia i sytuację.
– Dom, Lupinowie, Mung? – spytała krótko, wyciągając do niej ręce, by Heather mogła się jej złapać. Nie pytała, co się stało. Nie chciała marnować czasu: normalnie zajęłaby się Rudą lepiej, ale w tych okolicznościach mogła posłużyć tylko jako szybka pomoc przy transporcie. I na wszelki wypadek przy Ambroise nie wspomniała o klubokawiarni. – Dzięki za pomoc – powiedziała do niego, równie krótko jak do samej Wood, bo chyba uzdrowiciel jej pomógł, i zignorowanie go byłoby nie tylko niegrzeczne, ale i niewdzięczne, ale w tej chwili nie było czasu na prezentowanie jakichś lepszych manier.
Świt wciąż nie nadchodził. Spalona Noc jeszcze się nie skończyła i nie tylko Heather potrzebowała pomocy, a Greengrass pewnie też wolał się stąd ulotnić.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.