14.05.2025, 17:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.05.2025, 16:20 przez Alexander Mulciber.)
Alexander patrzył na powalonego na ziemię czarodzieja i pastwiącego się nad nim Rodolphusa z taką samą obojętnością, z jaką patrzyłby na padlinę rozszarpywaną przez psy. Nie z lękiem, nie z obrzydzeniem nawet, lecz z poczuciem, że całość jest już przesądzona, i że nic więcej w tym obrazie nie jest w stanie go zaskoczyć. Może tylko to, które z nich jest psem, a które padliną. Bo gdy się przypatrzył, stwierdził, że nie wiadomo, gdzie kończy się jedno, a gdzie zaczyna drugie.
– No dalej – zakpił znudzonym tonem. – Zrób sobie dobrze. Poczekam.
W jego głosie nie było kpiny. Nawet ona go już znudziła. Patrzył, jak Rodolphus unosi różdżkę, gotów wydłubać oczy, które i tak już niczego nie widziały. To wszystko było takie przewidywalne, takie żałośnie ludzkie: wyglądałoby to niemal śmiesznie, gdyby nie wyglądało głupio. Dżentelmeństwo? Jakie dżentelmeństwo? To jego mogli mieć za prymitywa, ale wcale nie byli lepsi, Rodolphus ze swoją legilimencją, Stanley ze swoją nekromancją. Walczyli dla idei? Jaka to była idea? Rodolphus klęczał nad ofiarą z obłąkańczą pasją w oczach i dłońmi lepkimi od krwi, jakby tortura była modlitwą, a on wyznawcą jakiegoś plugawo cielesnego boga. Alexander nie zamierzał mu pomagać. Nie zamierzał kusić losu i oślepiać tego człowieka, nie, kiedy sam chwilę wcześniej mruczał pod nosem, że nic nie widzi. Stał wsparty o ścianę, ramieniem wciśnięty w chłodny kamień, jakby to był jedyny stały punkt we wszechświecie, który jeszcze go nie rozczarował. Dobrze, że przynajmniej twarz miał zasłoniętą maską: maski były po to, aby pod nimi skryć pogardę, której otwarcie nie wypadało okazać.
To tak jakby zobaczyć psa liżącego swoje jaja na środku salonu, pomyślał Alexander. Nie chcesz go kopać, ale też nie możesz dłużej patrzeć.
Ruchy Rodolphusa były szybkie i pewne, a ponadto nosiły znamiona tej samej egzaltacji, z jaką kiedyś Loretta rozkładała przed Alexandrem nogi, myśląc, że czyni ją to kimś ważnym w jego życiu. Wszyscy chcieli być ważni. Wszyscy ulegali złudzeniu, że ich działania mają jakieś znaczenie w obliczu trwającej wojny. Złudzeniu, że mogą zmienić bieg przeznaczenia. Złudzeniu, że mogą cokolwiek zmienić... A to z Alexandra wiecznie śmiali się, że żyje złudzeniami. Patrzył na tę orgietkę przemocy tak, jak zwykł patrzeć na wijące się pod nim kurewki, gdy był zbyt trzeźwy, aby ignorować ich jęki. Z rozbawieniem. Z pogardą. Ze znudzeniem.
Patrzył tak, jak zwykł patrzeć na Lorettę.
Lestrange'owie mieli ze sobą więcej wspólnego, niż chcieliby przyznać. Loretta dobierała słowa z namaszczeniem florystki dobierającej kwiaty do bukietu, ale bukiet jej kobiecości miał urok pogrzebowej wiązanki: począwszy od zgniłych uśmiechów, po szmirowate wyznania, kompletnie pozbawione treści. Gdy Alexander patrzył w przyszłość Rodolphusa, również widział kwiaty. Widział przepyszne złocienie, kwiaty śmierci, zasadzane na grobach tych, których nie opłakiwano. Kwiaty cmentarne, lubujące się w martwym cieple wczesnej jesieni, tak jak on lubował się w cieple ciała Loretty, dopóki nie uświadomił sobie, jaka jest zimna, zimna jak trup, który wyścielał dzisiaj ulice Londynu. Widział akwilegie głupoty zakwitające wtedy, gdy człowiek myśli, że zna odpowiedzi, choć nie rozumie nawet zadawanych przez siebie pytań. Ich płatki zwijały się trwożliwie, gdy tylko dotykała ich rzeczywistość. Obok niego bieluń samozadowolenia, trująca, silnie halucynogenna, szczególnie niebezpieczna w dużych dawkach. O, to kwitło w nim bujnie. I mlecze. Tanie. Pospolite. Z uporem wbijające się między płyty nagrobne. Słabo ukorzenione chwasty ideologii zasianej przez wiatr. I wilcza jagoda, pomyślał pogardliwie, wilcza jagoda przynosząca wizje wielkości, które kończą się ślepotą.
Zamrugał, powracając do rzeczywistości.
Jeszcze oczy? Przecież już wszystko z niego wyciągnąłeś, chciał powiedzieć Alexander, widząc, że Rodolphus wciąż pastwi się nad ofiarą. Teraz tylko się bawisz.
Zamiast tego skinął głową Stanleyowi.
– Zbierajmy się – rzucił, rozglądając się wokół. – Może zdążymy dopaść jakiegoś aurora.
Nie dostrzegł w pobliżu nikogo, ale trudno też było mu przeniknąć wzrokiem dym, który unosił się wszędzie wokół. Był jednak w stanie stwierdzić, że nikt nie czyha na nich za najbliższym zaułkiem, żaden pies z Ministerstwa nie depcze im także po piętach, nie musieli zatem spieszyć się przy ewentualnej ewakuacji.
– No dalej – zakpił znudzonym tonem. – Zrób sobie dobrze. Poczekam.
W jego głosie nie było kpiny. Nawet ona go już znudziła. Patrzył, jak Rodolphus unosi różdżkę, gotów wydłubać oczy, które i tak już niczego nie widziały. To wszystko było takie przewidywalne, takie żałośnie ludzkie: wyglądałoby to niemal śmiesznie, gdyby nie wyglądało głupio. Dżentelmeństwo? Jakie dżentelmeństwo? To jego mogli mieć za prymitywa, ale wcale nie byli lepsi, Rodolphus ze swoją legilimencją, Stanley ze swoją nekromancją. Walczyli dla idei? Jaka to była idea? Rodolphus klęczał nad ofiarą z obłąkańczą pasją w oczach i dłońmi lepkimi od krwi, jakby tortura była modlitwą, a on wyznawcą jakiegoś plugawo cielesnego boga. Alexander nie zamierzał mu pomagać. Nie zamierzał kusić losu i oślepiać tego człowieka, nie, kiedy sam chwilę wcześniej mruczał pod nosem, że nic nie widzi. Stał wsparty o ścianę, ramieniem wciśnięty w chłodny kamień, jakby to był jedyny stały punkt we wszechświecie, który jeszcze go nie rozczarował. Dobrze, że przynajmniej twarz miał zasłoniętą maską: maski były po to, aby pod nimi skryć pogardę, której otwarcie nie wypadało okazać.
To tak jakby zobaczyć psa liżącego swoje jaja na środku salonu, pomyślał Alexander. Nie chcesz go kopać, ale też nie możesz dłużej patrzeć.
Ruchy Rodolphusa były szybkie i pewne, a ponadto nosiły znamiona tej samej egzaltacji, z jaką kiedyś Loretta rozkładała przed Alexandrem nogi, myśląc, że czyni ją to kimś ważnym w jego życiu. Wszyscy chcieli być ważni. Wszyscy ulegali złudzeniu, że ich działania mają jakieś znaczenie w obliczu trwającej wojny. Złudzeniu, że mogą zmienić bieg przeznaczenia. Złudzeniu, że mogą cokolwiek zmienić... A to z Alexandra wiecznie śmiali się, że żyje złudzeniami. Patrzył na tę orgietkę przemocy tak, jak zwykł patrzeć na wijące się pod nim kurewki, gdy był zbyt trzeźwy, aby ignorować ich jęki. Z rozbawieniem. Z pogardą. Ze znudzeniem.
Patrzył tak, jak zwykł patrzeć na Lorettę.
Trigger Warning: mizoginia (bycie wspaniałym mężem) (Odkryj)
"Czy nadal jesteś znudzony", spytała go, wciąż jeszcze dysząc ciężko, po tym jak Mulciber obojętnie przerwał pocałunek, zostawiając ją bez tchu, z zadartą aż do bioder spódnicą i rozchełstaną bluzką, samemu podnosząc się z ziemi, aby zapalić. Wstał i zaciągnął się papierosem. Ślizgał się spojrzeniem po kuszącym cieniu wciąż rozwartych ud, leniwym ruchem strzepując popiół na ziemię. Patrzył na Lorettę z góry, tak jak teraz patrzył na Rodolphusa. Patrzył na jej śliczną buzię, na potargane włosy i rozmazaną szminkę – sam wytarł ją ręką, żeby się nie ubrudzić – patrzył na jej falującą pierś i pogniecione ubranie. Patrzył na niepewność majaczącą na dnie jej ciemnych oczu. Wydawała się być jedną z tych kobiet, które nieustannie potrzebują, by na nie patrzeć, bo inaczej nazbyt przytłacza je ciężar własnego istnienia. Rodolphus popisywał się tak samo, jak robiła to Loretta. Może jeszcze czekał na pochwałę? "Ładnie ci tak", stwierdził Alexander zdawkowym tonem, jak gdyby chwilę temu nie odsunął się od Loretty beznamiętnie, bez choćby słowa. "A odpowiadając na twoje pytanie..." – uśmiechnął się protekcjonalnie – "...przestałem się nudzić, ponieważ zacząłem się zastanawiać, w którym miejscu ogrodu powinienem cię zerżnąć." Nie znała wtedy nawet jego imienia, a przez te siedem lat, które spędzili razem, Loretta nie zdołała poznać go lepiej niż tamtej nocy na tyłach posiadłości klubu "Spectrum". Nie próbowała, tak jak i Alexander nigdy nie próbował. Wolał gdy udawała, że kryje w sobie jakąś tajemnicę, bo wtedy przynajmniej nie musiał myśleć o tym, jak jest kurewsko nudna.
A jednak poślubił tę kobietę.
A jednak poślubił tę kobietę.
Lestrange'owie mieli ze sobą więcej wspólnego, niż chcieliby przyznać. Loretta dobierała słowa z namaszczeniem florystki dobierającej kwiaty do bukietu, ale bukiet jej kobiecości miał urok pogrzebowej wiązanki: począwszy od zgniłych uśmiechów, po szmirowate wyznania, kompletnie pozbawione treści. Gdy Alexander patrzył w przyszłość Rodolphusa, również widział kwiaty. Widział przepyszne złocienie, kwiaty śmierci, zasadzane na grobach tych, których nie opłakiwano. Kwiaty cmentarne, lubujące się w martwym cieple wczesnej jesieni, tak jak on lubował się w cieple ciała Loretty, dopóki nie uświadomił sobie, jaka jest zimna, zimna jak trup, który wyścielał dzisiaj ulice Londynu. Widział akwilegie głupoty zakwitające wtedy, gdy człowiek myśli, że zna odpowiedzi, choć nie rozumie nawet zadawanych przez siebie pytań. Ich płatki zwijały się trwożliwie, gdy tylko dotykała ich rzeczywistość. Obok niego bieluń samozadowolenia, trująca, silnie halucynogenna, szczególnie niebezpieczna w dużych dawkach. O, to kwitło w nim bujnie. I mlecze. Tanie. Pospolite. Z uporem wbijające się między płyty nagrobne. Słabo ukorzenione chwasty ideologii zasianej przez wiatr. I wilcza jagoda, pomyślał pogardliwie, wilcza jagoda przynosząca wizje wielkości, które kończą się ślepotą.
Zamrugał, powracając do rzeczywistości.
Jeszcze oczy? Przecież już wszystko z niego wyciągnąłeś, chciał powiedzieć Alexander, widząc, że Rodolphus wciąż pastwi się nad ofiarą. Teraz tylko się bawisz.
Zamiast tego skinął głową Stanleyowi.
– Zbierajmy się – rzucił, rozglądając się wokół. – Może zdążymy dopaść jakiegoś aurora.
// Rozglądam się po okolicy, w poszukiwaniu kolejnego celu do zaatakowania, korzystając ze statystyki percepcja ◉◉◉◉○.
Rzut PO 1d100 - 37
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Nie dostrzegł w pobliżu nikogo, ale trudno też było mu przeniknąć wzrokiem dym, który unosił się wszędzie wokół. Był jednak w stanie stwierdzić, że nikt nie czyha na nich za najbliższym zaułkiem, żaden pies z Ministerstwa nie depcze im także po piętach, nie musieli zatem spieszyć się przy ewentualnej ewakuacji.
// Opisuję przyszłość Rodolphusa w formie symboli korzystając z przewagi Wróżbiarstwo.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat