06.02.2023, 17:20 ✶
Atmosfera w pomieszczeniu była bardzo napięta i Alice była przekonana, że nawet ślepiec by to dostrzegł. Tym bardziej od razu dostrzegła to półwila, która w końcu przyjaźniła się z Codym i widziała go w różnorakich stanach. To, co tutaj zauważyła, było naprawdę jedną z bardziej nieprawdopodobnych sytuacji. I jednocześnie przerażających. Dlatego nie zamierzała dyskutować z wampirem. Czas na rozmowy przyjdzie później. Teraz najważniejsze było działanie i to, aby Avelina poczuła się lepiej. Dziwne, bo w końcu nie znała jej i nie powinna się o nią tak martwić. A jednak Alice nie potrafiła odpuścić.
Była przekonana, że Cody będzie próbował odwieźć ją od pomysłu, by opuścił ten pokój. Tyle że tutaj nie było miejsca na jakąkolwiek dyskusję. Jakby dla potwierdzenia swoich słów, Alice wskazała mu pobliskie drzwi, które jak wiedziała, prowadziły do innego pokoju. Czekała w ciszy, aby ten wykonał jej polecenie, gotowa użyć silniejszych środków perswazji, jeśli to będzie konieczne. Na szczęście, nie było.
Jej cała uwaga skupiła się na dziewczynie, która potrzebowała pomocy. Alice wcale się nie dziwiła, że ta nie miała siły, bądź ochoty z nią rozmawiać. W końcu pojawiła się tutaj znikąd, z Merlin raczył wiedzieć czym w swojej torbie i od razu podawała jej jakieś eliksiry. W niej samej wzbudziło by to podejrzenia, więc kompletnie rozumiała reakcję tej tutaj obecnej.
- Nie martw się. Nie skrzywdzę cię - powiedziała, nie spuszczając wzroku z jej oczu. Nieświadomie również i w te słowa włożyła nieco ze swojego uroku, aby upewnić kobietę w przekonaniu, że nie miała nic ponad szczere intencje.
Widziała po niej, że wiggenowy zaczął na nią działać. Jej koloryt nie co się poprawił, co wywołało westchnienie ulgi w trzewiach półwili. Bała się, że sytuacja jest bardziej krytyczna. Na szczęście, okazało się, że nie. W myślach przeklęłaby Cody'ego na pięć pokoleń w przód, gdyby nie fakt, że raczej nie mógł już pozostawić po sobie żadnego pokolenia. Dlatego przeklęła tylko jego samego.
- Jak masz na imię? - zapytała po chwili. Nie to, że była tego szczególnie ciekawa. Jedynie czuła się coraz bardziej niezręcznie i próbowała jakoś zagaić rozmowę, która dotychczas brzmiała raczej jak monolog.
Ponownie sięgnęła do swojej torby w której znalazła odpowiedni flakonik. Płyn w nim zawarty był niemalże przezroczysty, z delikatną, srebrną poświatą.
- To jest wyciąg z księżycowej rosy. Ciężko znaleźć tę roślinę. Ma właściwości silnie regenerujące, jednak należy go stosować powierzchniowo. Nawet głębokie rany potrafi ładnie zaleczyć - wyjaśniła, przyglądając się jej dokładnie. Odgarnęła biały kosmyk włosów za ucho, nieświadomie szukając miejsca, gdzie dziewczyna została ugryziona. - Masz jakieś tego typu rany?
Była przekonana, że Cody będzie próbował odwieźć ją od pomysłu, by opuścił ten pokój. Tyle że tutaj nie było miejsca na jakąkolwiek dyskusję. Jakby dla potwierdzenia swoich słów, Alice wskazała mu pobliskie drzwi, które jak wiedziała, prowadziły do innego pokoju. Czekała w ciszy, aby ten wykonał jej polecenie, gotowa użyć silniejszych środków perswazji, jeśli to będzie konieczne. Na szczęście, nie było.
Jej cała uwaga skupiła się na dziewczynie, która potrzebowała pomocy. Alice wcale się nie dziwiła, że ta nie miała siły, bądź ochoty z nią rozmawiać. W końcu pojawiła się tutaj znikąd, z Merlin raczył wiedzieć czym w swojej torbie i od razu podawała jej jakieś eliksiry. W niej samej wzbudziło by to podejrzenia, więc kompletnie rozumiała reakcję tej tutaj obecnej.
- Nie martw się. Nie skrzywdzę cię - powiedziała, nie spuszczając wzroku z jej oczu. Nieświadomie również i w te słowa włożyła nieco ze swojego uroku, aby upewnić kobietę w przekonaniu, że nie miała nic ponad szczere intencje.
Widziała po niej, że wiggenowy zaczął na nią działać. Jej koloryt nie co się poprawił, co wywołało westchnienie ulgi w trzewiach półwili. Bała się, że sytuacja jest bardziej krytyczna. Na szczęście, okazało się, że nie. W myślach przeklęłaby Cody'ego na pięć pokoleń w przód, gdyby nie fakt, że raczej nie mógł już pozostawić po sobie żadnego pokolenia. Dlatego przeklęła tylko jego samego.
- Jak masz na imię? - zapytała po chwili. Nie to, że była tego szczególnie ciekawa. Jedynie czuła się coraz bardziej niezręcznie i próbowała jakoś zagaić rozmowę, która dotychczas brzmiała raczej jak monolog.
Ponownie sięgnęła do swojej torby w której znalazła odpowiedni flakonik. Płyn w nim zawarty był niemalże przezroczysty, z delikatną, srebrną poświatą.
- To jest wyciąg z księżycowej rosy. Ciężko znaleźć tę roślinę. Ma właściwości silnie regenerujące, jednak należy go stosować powierzchniowo. Nawet głębokie rany potrafi ładnie zaleczyć - wyjaśniła, przyglądając się jej dokładnie. Odgarnęła biały kosmyk włosów za ucho, nieświadomie szukając miejsca, gdzie dziewczyna została ugryziona. - Masz jakieś tego typu rany?