15.05.2025, 01:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.05.2025, 01:53 przez Scylla Greyback.)
Była niemal nieruchoma, jakby sama stała się częścią wypalonego krajobrazu. Tylko spojrzenie żyło - chłodne, prześwietlające rzeczywistość z obojętną, surową dokładnością. Patrzyła na ludzi w popłochu, na ich potargane, osmalone twarze i ręce trzęsące się od zbyt wielu zaklęć i zbyt małej nadziei. W ich oczach odbijała się desperacja, jakby mogli jeszcze cokolwiek uratować z tej martwej przestrzeni. Z uporem godnym szaleńców próbowali ugasić to, co już dawno zostało pochłonięte.
Byli groteskowi. Przerażająco piękni w swoim bólu, który - jak wiedziała - niczego nie zmieni. Mogli rzucać wiadra pełne wody, mogliby rzucać serca pełne miłości, a i tak nic by nie ocalało. Świat, który znali, właśnie się skończył. Nie był to koniec efektowny ani dramatyczny. Był to koniec cichy, jak oddech duszy, która znika, zanim ktokolwiek zdoła zareagować.
Głos Alexandra przeciął jej myśli - imię rozległo się echem po czaszce Scylli, rozległo się niczym kakofonia niezgranych ze sobą dzwonków. Musiała potrząsnąć głową, by pozbyć się obezwładniającego uczucia, a potem prychnęła pod nosem. Zaśmiała się cichutko, ale głośniej się nie godziło. Nie tutaj, nie teraz. Trzeba było mieć za grosz decorum.
Miał rację, imiona miały moc; były rdzeniem duszy, zakorzenionym głęboko, jak odłamek szkła w tkance - niewidoczny, ale bolesny przy każdym ruchu. Imię potrafiło ciążyć jak przekleństwo albo osłaniać jak zaklęcie. Niosło pamięć przodków, brzmienie historii, echo przeznaczenia.
Dlatego, gdy wypowiedział Edmond Dantes, poza zgrzytem w harmonii nie poczuła nic.
Nic nie drgnęło w powietrzu, żadna cząstka rzeczywistości nie zadrżała. Imię było martwe. Puste. Jak paciorki w dłoni umierającego dziecka - bez znaczenia, bez celu. Tylko dekoracja.
Kłamstwo. Na pewno kłamstwo.
Bo gdyby to naprawdę było jego imię, niosłoby za sobą ciężar. Tymczasem ono prześlizgnęło się przez przestrzeń, zostawiając po sobie jedynie posmak literackiego uniku. Jakby sam chciał w nie uwierzyć - a nie Scylla.
Poza tym nie była w ciemię bita, choć mogła się czasami taka wydawać. Coś podobnego prześlizgnęło się pomiędzy wierszami na zwęglonych kartkach, które przeglądała wcześniej na murku.
To, że skłamał, powiedziało jej więcej, niż jakakolwiek szczerość mogłaby w tej chwili. Nie zdziwiła się - ani trochę. Kłamstwo było wyborem. Świadomym, precyzyjnym. Mógł zamilknąć, mógł się uchylić, odwrócić uwagę pytaniem. Zamiast tego rzucił jej opowieść w formie imienia. Legendę. I to powiedziało jej wszystko.
Nie ufał. Może nie potrafił. Może nie chciał. Może nie widział w niej nic, co mogłoby zasłużyć na prawdę. A może po prostu w głębi nie miał już swojego imienia - jedynie skorupę, którą wypełniał raz po raz innymi postaciami. Takimi jak Edmond Dantes: niechybnie zniszczonymi, złamanymi, ale romantyzowanymi przez literaturę. Wygodnymi do noszenia. Nieprawdziwymi.
Scylla nie potrzebowała jego zaufania. Nie łudziła się, że je zdobędzie, ani nie miała ku temu ambicji. Ale to jedno kłamstwo - miękkie, wymruczane między wdechem a wydechem - zarysowało kontur człowieka, który stał przed nią. Wolał zmyślenie, niż obnażenie. Maskę, niż bliznę. Potrafił zmyślać szybko, płynnie, z elegancją. A to oznaczało, że robił to często.
Imię, które podał, było lustrem - odbiciem tego, za kogo chciał być uważany. Nie tego, kim był. I to właśnie było w nim najgroźniejsze. Nie to, że kłamał. Lecz to, że wiedział, jakiego kłamstwa użyć, by wydawało się wyznaniem.
Zauważyła, że nie odwzajemnił pytania, jak to ludzie z grzeczności miewali w zwyczaju, nie zainteresował się jej imieniem. Mogłaby uznać, że po prostu go nie obchodzi, kim jest ta zawieszona pomiędzy snem a jawą lunatyczka, ale zaraz potem przecież zmienił temat, pytając ją o coś prywatnego. A więc też chciał dowiedzieć się czegoś, co ukrywa rozmówca.
Nie różnili się tak bardzo, koniec końców.
Scylla zareagowała powoli, z opóźnieniem, jakby pytanie musiało przedrzeć się przez kilka warstw - nie skóry, lecz czegoś głębszego, nieuchwytnego. Odpowiedź nie przyszła jej od razu. Jak zawsze, gdy temat zahaczał o to, co siedziało w niej najgłębiej.
Nie uważała, by którakolwiek z przepowiedni ją zmieniła. To słowo wydawało jej się zbyt uporządkowane, jakby istniał konkretny punkt zwrotny, chwila, w której coś się przestawia i stajesz się kimś innym. Tymczasem to nie tak działało. Przepowiednie nie były jak noże, które przecinały linię życia na pół. Były jak fale - każda z nich uderzała z innego kierunku, czasem delikatnie, czasem z furią, ale zawsze coś zabierała. Okruch uważności. Skrawek emocji. Odłamek tego, co realne.
Nie pamiętała nawet, kiedy zaczęła to czuć - ten niepokojący dryf. Coraz trudniej było jej rozróżnić, co naprawdę się dzieje, a co jest echem przyszłości, przeszłości lub snu. Każda wizja przychodziła niespodziewanie. Nie poprzedzał ich żaden rytuał, żaden znak ostrzegawczy. Po prostu nagle była gdzie indziej, a kiedy wracała, to tu i teraz wydawało się mniej pewne. Jakby z każdym powrotem jej ciało było cięższe, a dusza lżejsza, niemal przezroczysta.
- Nie ma takiej. - Głos rozległ się wreszcie, stanowczością przecinając ciszę. - Jedna przepowiednia nie mogłaby mnie zmienić. Ale wszystkie razem? Wyrywają mnie z ziemi po kawałku. - Westchnęła, jakby zrzucała z barków metaforyczny ciężar. Z każdym razem trudniej było jej się zakotwiczyć. Trudniej było uwierzyć, że to, co widzi przed sobą, naprawdę istnieje. Że ona sama istnieje.
// Rzucam na percepcję ◉◉◉◉○, jeszcze raz na to samo.
Rzut PO 1d100 - 41
Sukces!
Sukces!
Byli groteskowi. Przerażająco piękni w swoim bólu, który - jak wiedziała - niczego nie zmieni. Mogli rzucać wiadra pełne wody, mogliby rzucać serca pełne miłości, a i tak nic by nie ocalało. Świat, który znali, właśnie się skończył. Nie był to koniec efektowny ani dramatyczny. Był to koniec cichy, jak oddech duszy, która znika, zanim ktokolwiek zdoła zareagować.
Głos Alexandra przeciął jej myśli - imię rozległo się echem po czaszce Scylli, rozległo się niczym kakofonia niezgranych ze sobą dzwonków. Musiała potrząsnąć głową, by pozbyć się obezwładniającego uczucia, a potem prychnęła pod nosem. Zaśmiała się cichutko, ale głośniej się nie godziło. Nie tutaj, nie teraz. Trzeba było mieć za grosz decorum.
Miał rację, imiona miały moc; były rdzeniem duszy, zakorzenionym głęboko, jak odłamek szkła w tkance - niewidoczny, ale bolesny przy każdym ruchu. Imię potrafiło ciążyć jak przekleństwo albo osłaniać jak zaklęcie. Niosło pamięć przodków, brzmienie historii, echo przeznaczenia.
Dlatego, gdy wypowiedział Edmond Dantes, poza zgrzytem w harmonii nie poczuła nic.
Nic nie drgnęło w powietrzu, żadna cząstka rzeczywistości nie zadrżała. Imię było martwe. Puste. Jak paciorki w dłoni umierającego dziecka - bez znaczenia, bez celu. Tylko dekoracja.
Kłamstwo. Na pewno kłamstwo.
Bo gdyby to naprawdę było jego imię, niosłoby za sobą ciężar. Tymczasem ono prześlizgnęło się przez przestrzeń, zostawiając po sobie jedynie posmak literackiego uniku. Jakby sam chciał w nie uwierzyć - a nie Scylla.
Poza tym nie była w ciemię bita, choć mogła się czasami taka wydawać. Coś podobnego prześlizgnęło się pomiędzy wierszami na zwęglonych kartkach, które przeglądała wcześniej na murku.
To, że skłamał, powiedziało jej więcej, niż jakakolwiek szczerość mogłaby w tej chwili. Nie zdziwiła się - ani trochę. Kłamstwo było wyborem. Świadomym, precyzyjnym. Mógł zamilknąć, mógł się uchylić, odwrócić uwagę pytaniem. Zamiast tego rzucił jej opowieść w formie imienia. Legendę. I to powiedziało jej wszystko.
Nie ufał. Może nie potrafił. Może nie chciał. Może nie widział w niej nic, co mogłoby zasłużyć na prawdę. A może po prostu w głębi nie miał już swojego imienia - jedynie skorupę, którą wypełniał raz po raz innymi postaciami. Takimi jak Edmond Dantes: niechybnie zniszczonymi, złamanymi, ale romantyzowanymi przez literaturę. Wygodnymi do noszenia. Nieprawdziwymi.
Scylla nie potrzebowała jego zaufania. Nie łudziła się, że je zdobędzie, ani nie miała ku temu ambicji. Ale to jedno kłamstwo - miękkie, wymruczane między wdechem a wydechem - zarysowało kontur człowieka, który stał przed nią. Wolał zmyślenie, niż obnażenie. Maskę, niż bliznę. Potrafił zmyślać szybko, płynnie, z elegancją. A to oznaczało, że robił to często.
Imię, które podał, było lustrem - odbiciem tego, za kogo chciał być uważany. Nie tego, kim był. I to właśnie było w nim najgroźniejsze. Nie to, że kłamał. Lecz to, że wiedział, jakiego kłamstwa użyć, by wydawało się wyznaniem.
Zauważyła, że nie odwzajemnił pytania, jak to ludzie z grzeczności miewali w zwyczaju, nie zainteresował się jej imieniem. Mogłaby uznać, że po prostu go nie obchodzi, kim jest ta zawieszona pomiędzy snem a jawą lunatyczka, ale zaraz potem przecież zmienił temat, pytając ją o coś prywatnego. A więc też chciał dowiedzieć się czegoś, co ukrywa rozmówca.
Nie różnili się tak bardzo, koniec końców.
Scylla zareagowała powoli, z opóźnieniem, jakby pytanie musiało przedrzeć się przez kilka warstw - nie skóry, lecz czegoś głębszego, nieuchwytnego. Odpowiedź nie przyszła jej od razu. Jak zawsze, gdy temat zahaczał o to, co siedziało w niej najgłębiej.
Nie uważała, by którakolwiek z przepowiedni ją zmieniła. To słowo wydawało jej się zbyt uporządkowane, jakby istniał konkretny punkt zwrotny, chwila, w której coś się przestawia i stajesz się kimś innym. Tymczasem to nie tak działało. Przepowiednie nie były jak noże, które przecinały linię życia na pół. Były jak fale - każda z nich uderzała z innego kierunku, czasem delikatnie, czasem z furią, ale zawsze coś zabierała. Okruch uważności. Skrawek emocji. Odłamek tego, co realne.
Nie pamiętała nawet, kiedy zaczęła to czuć - ten niepokojący dryf. Coraz trudniej było jej rozróżnić, co naprawdę się dzieje, a co jest echem przyszłości, przeszłości lub snu. Każda wizja przychodziła niespodziewanie. Nie poprzedzał ich żaden rytuał, żaden znak ostrzegawczy. Po prostu nagle była gdzie indziej, a kiedy wracała, to tu i teraz wydawało się mniej pewne. Jakby z każdym powrotem jej ciało było cięższe, a dusza lżejsza, niemal przezroczysta.
- Nie ma takiej. - Głos rozległ się wreszcie, stanowczością przecinając ciszę. - Jedna przepowiednia nie mogłaby mnie zmienić. Ale wszystkie razem? Wyrywają mnie z ziemi po kawałku. - Westchnęła, jakby zrzucała z barków metaforyczny ciężar. Z każdym razem trudniej było jej się zakotwiczyć. Trudniej było uwierzyć, że to, co widzi przed sobą, naprawdę istnieje. Że ona sama istnieje.
i poklękli spóźnieni u niedoli swej proga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga