15.05.2025, 08:03 ✶
Z łatwością mogła stwierdzić, że nie doświadczyła w swoim życiu bólu. Przywilej, na który czasem myślała, że niezbyt zasłużyła, no bo co niby zrobiła? Żyła na przekór losowi, który zaprowadził jej matkę na tamten świat. Wbrew rodzinie, która walczyła o to, by dowiedzieć się gdzie mieszkała i dokończyć to, co zaczęła tyle lat temu. Żyła pod kloszem, otoczona miłością ojca, rodzeństwa, ale też Longbottomów, ale miłość miała do siebie to że potrafiła zaślepiać. Tak samo tych, którzy ją dawali, jak i tych którzy ją otrzymywali. Dora była przekonana, że ta miłość ją uratuje. Że to ciepłe, życiodajne uczucie które było gdzieś w środku niej, pokona dosłownie wszystko. Że przekona ono los, by uśmiechał się do niej raz po raz.
Crawley uśmiechnęła się, którko i przelotnie, ułamek sekundy przed tym, jak zaklęcie ją trafiło. Jakby witała się z pewną ulgą z czymś, co goniło ją przez całe życie i wreszcie mogła spojrzec temu czemuś w twarz. To była dla niej cała złość, zawiść i zepsucie, jaka nosiła w sobie rodzina jej matki i jaką mimowolnie, bo dzieliła z nimi krew, nosiła i ona sama.
Potem przyszedł ból.
Dziewczyna krzyknęła, poddając się działaniu magii, która objęła całe jej ciało. Czy tak właśnie wyglądało umieranie? Na pewno nie. Sarka mówiła jej, że mogło być ono spokojne i przyjemne. Że mogło być jak objęcie dawno niewidzianej Matki i Dora zawsze chciała, by tak było. By w ostatnich chwilach znowu zobaczyła mamę.
Ale teraz Susanne nigdzie nie było. Były tylko strachy, noszące maski i dygoczące od magii peleryny. Jakim cudem trzymała różdżkę - nie była tego pewna, ale może to spazmatycznie zaciśnięte palce nie chciały jej wypuścić. Odciągnęła tę rękę, tak żeby wycelować przed siebie, ale nie w niego - w podłogę, chcąc wyczarować ścianę. Ceglaną i taką, która zasłoniłaby widok śmierciożercy.
kształtowanie na ceglaną ścianę między Dorą a Staszkiem (jak to jakieś super ważne to myślę, że bliżej Dory)
Crawley uśmiechnęła się, którko i przelotnie, ułamek sekundy przed tym, jak zaklęcie ją trafiło. Jakby witała się z pewną ulgą z czymś, co goniło ją przez całe życie i wreszcie mogła spojrzec temu czemuś w twarz. To była dla niej cała złość, zawiść i zepsucie, jaka nosiła w sobie rodzina jej matki i jaką mimowolnie, bo dzieliła z nimi krew, nosiła i ona sama.
Potem przyszedł ból.
Dziewczyna krzyknęła, poddając się działaniu magii, która objęła całe jej ciało. Czy tak właśnie wyglądało umieranie? Na pewno nie. Sarka mówiła jej, że mogło być ono spokojne i przyjemne. Że mogło być jak objęcie dawno niewidzianej Matki i Dora zawsze chciała, by tak było. By w ostatnich chwilach znowu zobaczyła mamę.
Ale teraz Susanne nigdzie nie było. Były tylko strachy, noszące maski i dygoczące od magii peleryny. Jakim cudem trzymała różdżkę - nie była tego pewna, ale może to spazmatycznie zaciśnięte palce nie chciały jej wypuścić. Odciągnęła tę rękę, tak żeby wycelować przed siebie, ale nie w niego - w podłogę, chcąc wyczarować ścianę. Ceglaną i taką, która zasłoniłaby widok śmierciożercy.
kształtowanie na ceglaną ścianę między Dorą a Staszkiem (jak to jakieś super ważne to myślę, że bliżej Dory)
Rzut Z 1d100 - 75
Sukces!
Sukces!
The woods are lovely, dark and deep,
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.