18.05.2025, 15:55 ✶
W pierwszej chwili miała ochotę złapać się za głowę i załamać. Chaos. Jeden wielki chaos. A przecież to był dopiero początek. Była jednak aurorem, działanie w stresie to coś, co miała codziennie w pracy. Pierwszy szok mijał więc szybko, a w głowie powoli rodził się plan działania - taki wstępny, ale zawsze lepsze coś, niż nic.
Jeszcze raz rozejrzała się po ulicy. Mniej szary samochód zderzył się z bardziej szarym samochodem, ale nie wyglądało to na wielką tragedię. Niemniej, szok ludzi był całkowicie zrozumiały. O wiele bardziej martwił ją sam pożar. I to, że bardzo szybko mógł przenieść się na inne domy. Sama jednak niewiele mogła zrobić. A mimo wszystko, musiała.
– Pani Tereso. Tu niedługo też może być niebezpiecznie, ogień szybko przeskakuje. Prosze myśleć o sobie i dziecku, póki jest czas. Stanie na ulicy nie pomoże. – Podeszła bliżej sąsiadki, uśmiechając się uspokajająco, a i mówiła też spokojnie, lecz stanowczo i konkretnie. Tak, by słowa dotarły bezpośrednio do Teresy i lekko ją otrzeźwiło w całym tym chaosie. Skinęła kobiecie głową, po czym szybkim krokiem ruszyła w stronę kolizji samochodowej.
– Hej, ty! – Zawołała, wskazując wyraźnie na jednego z gapiów, by nie było żadnej wątpliwości, że komunikat jest skierowany wyłącznie do niego. Nie miała zamiaru dopuścić do tego, by wszyscy spychali odpowiedzialność na kogoś obok, bo źle się wyraziła. – Sprawdź, czy wszystko z nim w porzadku! – Wskazała na mężczyznę, który wysiadł z samochodu o własnych siłach. To, że wyglądał tak, jakby nic mu nie było, jeszcze niczego nie oznaczało. Sama zaś podbiegła do samochodu, w którym nadal znajdował się drugi z kierowców.
– Halo, wszystko w porządku? Słyszy mnie pan? – Rzuciła pytaniami, otwierając drzwi od strony kierowcy. Na chwilę uniosła głowę, a jej wzrok padł na płonący dom. Państwo Mallory? Nie miała żadnej pewności. Rozdwoić się także nie umiała. Potrzebowała czasu, bardzo rozpaczliwie. I wiedziała, że tego jednego nie dostanie, ani teraz, ani nigdy. Najpierw jednak mężczyzna w samochodzie, skór już przy nim stała. Schyliła się i zajrzała do środka, chcąc ocenić stan osoby w środku.
Jeszcze raz rozejrzała się po ulicy. Mniej szary samochód zderzył się z bardziej szarym samochodem, ale nie wyglądało to na wielką tragedię. Niemniej, szok ludzi był całkowicie zrozumiały. O wiele bardziej martwił ją sam pożar. I to, że bardzo szybko mógł przenieść się na inne domy. Sama jednak niewiele mogła zrobić. A mimo wszystko, musiała.
– Pani Tereso. Tu niedługo też może być niebezpiecznie, ogień szybko przeskakuje. Prosze myśleć o sobie i dziecku, póki jest czas. Stanie na ulicy nie pomoże. – Podeszła bliżej sąsiadki, uśmiechając się uspokajająco, a i mówiła też spokojnie, lecz stanowczo i konkretnie. Tak, by słowa dotarły bezpośrednio do Teresy i lekko ją otrzeźwiło w całym tym chaosie. Skinęła kobiecie głową, po czym szybkim krokiem ruszyła w stronę kolizji samochodowej.
– Hej, ty! – Zawołała, wskazując wyraźnie na jednego z gapiów, by nie było żadnej wątpliwości, że komunikat jest skierowany wyłącznie do niego. Nie miała zamiaru dopuścić do tego, by wszyscy spychali odpowiedzialność na kogoś obok, bo źle się wyraziła. – Sprawdź, czy wszystko z nim w porzadku! – Wskazała na mężczyznę, który wysiadł z samochodu o własnych siłach. To, że wyglądał tak, jakby nic mu nie było, jeszcze niczego nie oznaczało. Sama zaś podbiegła do samochodu, w którym nadal znajdował się drugi z kierowców.
– Halo, wszystko w porządku? Słyszy mnie pan? – Rzuciła pytaniami, otwierając drzwi od strony kierowcy. Na chwilę uniosła głowę, a jej wzrok padł na płonący dom. Państwo Mallory? Nie miała żadnej pewności. Rozdwoić się także nie umiała. Potrzebowała czasu, bardzo rozpaczliwie. I wiedziała, że tego jednego nie dostanie, ani teraz, ani nigdy. Najpierw jednak mężczyzna w samochodzie, skór już przy nim stała. Schyliła się i zajrzała do środka, chcąc ocenić stan osoby w środku.