15.05.2025, 15:35 ✶
Wewnętrznie wybuchało w niej obecnie bardzo dużo fajerwerków. Cały dramatyczny i pełen dotkliwych dla niej emocji sierpień poszedł w niepamięć, kiedy tak pod tym pomnikiem wyszli na parę narzeczonych. I nawet przez chwilę zastanawiała się skąd wytrzasnąć na cito pierścionek zaręczynowy, zastanawiała się rzucić wyzwanie milczącemu przez chwilę Prewettowi, jak ułożyć usta w piękne słowo “Cykor” jakby miał zamiar jakkolwiek podważyć ten przezabawny żart.
Ale Basilius opadł na kamienną ławeczkę, pobladł tak jakoś i tylko skinął głową. Przez moment gratulowała mu w talentu aktorskiego i hartu ducha to pociągnięcia dowcipu, ale coś było nie tak. Na moment tylko ściągnęła brwi, a jej ramię zadrgało dziwacznie, wykręcając jej dłoń na zewnątrz i usztywniając na krótki moment palce.
– Za moment przyjdziemy, proszę przygotować dokumenty. – poprosiła słodko, dając całą sobą do zrozumienia, że kapłanka nie jest tu potrzebna. – To bardzo świeża dla nas sprawa, pani rozumie… emocje… – Pogoniła ją bardziej, a sama przysiadła obok Prewetta na kamiennym bloku. Dziwnie przysiadła, samym skrawkiem pośladka, trzymając nogi tak, jakby była damą, pozostając w swojej roli młodej narzeczonej. Wzięła jego dłoń i pogładziła ją uspokajająco, przypatrując się uważnie jego twarzy i czekając, aż wścibska baba sobie pójdzie.
– Bazyliszku ja… – podjęła cicho tak, jakby miała go przepraszać, a potem jej złociste oczy zaczęły zezować na jego wargi. Twarz Moody nosiła wiele dziwnych, sprzecznych ze sobą emocji, spojrzenie próbowało wrócić oczu, ale było to wyraźnie trudne. – …ja chciałabym… – urwała i przysunęła się jeszcze o te kilka cali do niego, jej oddech spłycił się, a źrenice w wyraźny sposób rozszerzyły. Jak w zwolnionym tempie uniosła dłoń do jego twarzy tylko po to by… dwoma palcami rozmazać lepką ciecz między ustami a nosem.
Jej opuszki były czerwone.
– Krew? Liszek… co się dzieje? – zmarszczyła brwi, patrząc się to na swoje palce to na niego, po czym nagle oprzytomniała i szybko sięgnęła do swojej kieszeni – Kurwa, jebane torebki, jak ja mam kurwa pamiętać o tym gównie… – sarknęła, obmacując się po oczywiście bezkieszeniowej spódniczce. Nie tylko książka została u Buckiego. Podirytowana rozwiązała białe wstęgi tworzące kokardę pod szyją, które były na stałe przyszyte do eleganckiej koszuli, po czym nie czekając na przyzwolenie wzięła jeden jej koniec, by zetrzeć karminową smugę. Materiał był bardzo miękki i absolutnie już niebiały.
Ale Basilius opadł na kamienną ławeczkę, pobladł tak jakoś i tylko skinął głową. Przez moment gratulowała mu w talentu aktorskiego i hartu ducha to pociągnięcia dowcipu, ale coś było nie tak. Na moment tylko ściągnęła brwi, a jej ramię zadrgało dziwacznie, wykręcając jej dłoń na zewnątrz i usztywniając na krótki moment palce.
– Za moment przyjdziemy, proszę przygotować dokumenty. – poprosiła słodko, dając całą sobą do zrozumienia, że kapłanka nie jest tu potrzebna. – To bardzo świeża dla nas sprawa, pani rozumie… emocje… – Pogoniła ją bardziej, a sama przysiadła obok Prewetta na kamiennym bloku. Dziwnie przysiadła, samym skrawkiem pośladka, trzymając nogi tak, jakby była damą, pozostając w swojej roli młodej narzeczonej. Wzięła jego dłoń i pogładziła ją uspokajająco, przypatrując się uważnie jego twarzy i czekając, aż wścibska baba sobie pójdzie.
– Bazyliszku ja… – podjęła cicho tak, jakby miała go przepraszać, a potem jej złociste oczy zaczęły zezować na jego wargi. Twarz Moody nosiła wiele dziwnych, sprzecznych ze sobą emocji, spojrzenie próbowało wrócić oczu, ale było to wyraźnie trudne. – …ja chciałabym… – urwała i przysunęła się jeszcze o te kilka cali do niego, jej oddech spłycił się, a źrenice w wyraźny sposób rozszerzyły. Jak w zwolnionym tempie uniosła dłoń do jego twarzy tylko po to by… dwoma palcami rozmazać lepką ciecz między ustami a nosem.
Jej opuszki były czerwone.
– Krew? Liszek… co się dzieje? – zmarszczyła brwi, patrząc się to na swoje palce to na niego, po czym nagle oprzytomniała i szybko sięgnęła do swojej kieszeni – Kurwa, jebane torebki, jak ja mam kurwa pamiętać o tym gównie… – sarknęła, obmacując się po oczywiście bezkieszeniowej spódniczce. Nie tylko książka została u Buckiego. Podirytowana rozwiązała białe wstęgi tworzące kokardę pod szyją, które były na stałe przyszyte do eleganckiej koszuli, po czym nie czekając na przyzwolenie wzięła jeden jej koniec, by zetrzeć karminową smugę. Materiał był bardzo miękki i absolutnie już niebiały.