• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus

[11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus
Widmo
Sztuka alchemii nie zna lęku przed trucizną — z jadu rodzi się życie.
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi; znany XVI-wieczny lekarz i alchemik. Jest on uznawany za odkrywcę mowy węży.

Paracelsus
#18
15.05.2025, 19:15  ✶  
Decyzja zapadła. A więc w lewo.
Po raz pierwszy od wielu godzin mieli wrażenie, że coś się zmieniło. To nie było déjà vu, nie była to powtórka jakiegoś niepokojąco podobnego fragmentu lasu. To była nowość. A to znaczyło, że zrobili coś dobrze. Albo bardzo źle.
Powoli szli w obranym kierunku. Zmierzch zapadał nieubłaganie, ale żadna kolejna błyskawica nie przecięła już nieba. Robiło się po prostu ciemniej. I...
...ciszej? Zamiast narastać, jak mogliby się spodziewać, huk wody stawał się... ...łagodniejszy? Zdecydowanie zmieniał się jego charakter. Zupełnie tak, jakby wchodzili w przestrzeń wyciszoną zaklęciem, które nie tyle tłumiło, co wygładzało fale dźwiękowe. Echo w ich uszach cichło. Mogli rozmawiać.
A zdecydowanie mieli, o czym, bowiem to, co wydawało się znajdować blisko nich w istocie zdawało się być oddalone o lata marszu. Czyżby to miejsce znów sobie z nich igrało? Mogłoby się bowiem zdawać, że zanim dotarli na miejsce, parokrotnie zmuszeni do lekkiego zboczenia z obranego kursu, minęła wieczność. Mimo to wreszcie zbliżyli się do konstrukcji. Tyle tylko, że...
...czy to była ta sama tama?
Ta zapora była olbrzymia. Naprawdę wielka. Tak duża, jakby musiała powstrzymywać naprawdę przytłaczające masy wody. Zupełnie nie pasowała do tego, co oboje mogli wiedzieć o tych terenach.
A Romulus, który bywał tu od dziecka, z pewnością wiedział jedno: nie było tu tak szerokiej rzeki. Nigdy, przenigdy. Nie mogła nagle się tu zmaterializować, zostać wykopana, przeniesiona z Amazonii ani z Afryki. Tak samo jak dwa wzgórza, między którymi rozciągała się zapora.
A jednak tu była. Jedna i druga góra tak samo.
Dla Prudence to też było raczej dosyć jasne i logiczne. Mogła nigdy tu nie być, ale nie była też głupia. Te rejony zdecydowanie nie wymagały budowania czegoś takiego. Poza tym zarówno zbiornik jeziora, jak i wcześniej widziany wodospad były przy tym nielogicznie nieduże. Zbyt małe w porównaniu do tego kolosa. Zresztą...
...teraz już go nie było? Nie dostrzegali wodospadu, była tylko ściana i jezioro, które nagle wydawało się większe. Ciągnęło się na naprawdę znaczną długość i szerokość. Tylko domki nadal stały tam, gdzie stały. I wbrew pozorom, wcale nie wydawały się bardziej oddalone, mimo zdecydowanego powiększenia się szerokości jeziora. Skarpa też nadal była. Znajdowała się po prawej stronie, ale uskok był większy, jakby nagle znaleźli się w górach.
O co tu chodziło?
Monumentalna, betonowa ściana rozciągała się na wprost przed nimi. Wysoka na kilkanaście pięter, z potężnymi słupami i galerią techniczną biegnącą wzdłuż jej szczytu, sprawiała wrażenie reliktu z innej epoki. Była masywna. Ciężka, przemysłowa, brutalistyczna.
Mimo nadkruszeń w górnych partiach, była wciąż w zaskakująco dobrym stanie. Po lewej stronie znajdowało się coś, co mogło wyglądać jak kompleks pomocniczy, może pomieszczenia techniczne. Po prawej, mniej więcej w jednej czwartej szerokości zapory: skarpa, uskok i jezioro.
Oczom przybyszów ukazało się kilka budynków z pordzewiałą blachą na dachach, które gdzieniegdzie dodatkowo porastała trawa.
Jedno z zabudowań wyglądało na wyraźnie większe od reszty. Miało wysokie okna, teraz zasłonięte od środka czymś czerwonym, prawdopodobnie grubymi kotarami, przez które ledwo sączyło się ciepłe światło. Drzwi prowadzące do środka nie były drewniane, były metalowe. Ciężkie, nawet z odległości sprawiały wrażenie zimnych, bardzo masywnych, zupełnie niepasujących do okien.
Na oko dwieście metrów przed nimi, podłoże było już całkowicie utwardzone, tworząc coś na kształt dziedzińca. I to właśnie wchodząc na ścieżkę prowadzącą do tego dziedzińca po raz pierwszy usłyszeli inne dźwięki. Był to szczek psów i pogwizdywanie.
Melodyjne, głośne, niosące się echem między budynkami, jednak wygwizdywana nuta nic im nie mówiła. To było obce brzmienie. Skoczne i wesołe, ale obce. Nie nasuwało im żadnego skojarzenia. Nic, prócz tego, że pochodziło od mężczyzny...
...i to jakiego.
Kiedy jegomość wyłonił się spomiędzy linii lasu między zabudowaniami spory kawałek od nich, praktycznie na ukos dziedzińca, zdecydowanie nie sposób było go nie dostrzec. To był kawał człowieka.
Zbliżał się pewnym krokiem. Zupełnie tak, jakby wędrówka przez mroczne lasy i ukryte skarpy nie robiła na nim żadnego wrażenia. Kiedy wszedł w plamę światła, oboje mogli dotrzeć, że był blondynem o ogorzałej twarzy i włosach jasnych jak len, związanych luźno z tyłu głowy. Nawet z tej odległości dało się dostrzec znaczną część jego cech, zalążek rysów twarzy a te były...
...niemal nierealistycznie symetryczne. Klasycznie rzeźbione: prosty nos, wąskie usta, wysokie kości policzkowe, głęboko osadzone oczy, linia szczęki, którą możnaby ciąć szkło. Było w nim coś prawie nierzeczywistego. Zupełnie niczym z jakiegoś plakatu propagandowego, którego grafik przesadził z rysowaniem ideału męskości. 
Jegomość nie był wyłącznie przystojny. Oj nie, on był oszałamiający. Idealny. Z gatunku tych, za którymi na ulicy oglądają się nawet najbardziej zatwardziale heteroseksualni mężczyźni. Nie po to, żeby go podrywać. Po to, by upewnić się, że nie przywidział im się ten widok.
Blondyn był ubrany w długi, ciemny płaszcz z podwiniętym kołnierzem. Miał na sobie spodnie z poprzecieranego denimu, który z pewnością pamiętał wiele marszów po głuszy. Spod nogawek i dołu płaszcza wystawały ciężkie wojskowe buty.
Jego sylwetka mówiła o sile, ale nie było w niej agresji. Poruszał się spokojnie, niemal miękko. Z pewnością miał ponad dwa metry wzrostu, był budowy tura, ale szedł z taką gracją, że przez pierwsze kilka sekund zdawał się unosić a nie iść. Wokół jego nóg biegały trzy psy. Dwa czarne jak noc, trzeci rudy albo brązowy. Trudno byłoby to stwierdzić w tym oświetleniu. Wszystkie były duże. Raczej kundle, mieszańce. Na oko nie pasowały do żadnej rasy.
Zwierzęta poruszały się z dziką radością. Szczekały, ale nie z wściekłością. Raczej z ekscytacją. Biegały dookoła właściciela, raz po raz węsząc między budynkami. Mimo to, żaden z nich nie zwrócił uwagi na Prudence ani Romulusa.
Mężczyzna pochylił się i uniósł rękę, przywołując najmniejszego psa. Tego rudobrązowego.
Ruch, jaki przy tym wykonał także miał w sobie jakąś dziwną grację. Jego gest przypominał element rytuału, zaklinania, nie zwykłego wydawania polecenia. Pies natychmiast usiadł, patrząc w górę. Dwa pozostałe nadal ganiały dookoła, poszczekując.
- Bravissimo, Vecchio - powiedział mężczyzna.
Jego głos był głośny i zrozumiały. Prawdopodobnie przez echo, które niosło się od zabudowań dziedzińca. Nieznajomy brzmiał...
...serdecznie. Doskonale pasował do wrażenia, jakie sprawiał na pierwszy rzut oka: spokojny, opanowany, ciepły, ale konkretny. Opoka, ostoja, nie zagrożenie.
I...
...nie był sam.
Wyszła zza rogu. Drobna, bardzo szczupła. Dorosła, choć na pierwszy rzut oka mogła przypominać dziecko. A jednak nim nie była. Latarnia szybko zweryfikowała pierwsze wrażenie.
Rysy twarzy kobiety były ostre, ale nie odpychające. Nieznajoma miała wysokie kości policzkowe, pełne usta umalowane na ciemną czerwień, cerę o oliwkowym odcieniu, ciemne oczy i burzę falujących włosów opadających na ramiona w nieładzie, który sprawiał wrażenie zamierzonego. Była równie magnetyczna, co jej towarzyszy. Niemal tak samo nierealistycznie plakatowa. Z tym, że już nie propagandowo, tylko niczym wyobrażenie Cyganki albo kogoś z bohemy artystycznej.
Nosiła długą, wielowarstwową spódnicę z barwnym botanicznym wzorem, lekko podpiętą na prawym boku, ciężkie skórzane buty i podarte rajstopy. Miała na sobie wełniany sweter w kolorze bordo i musztardowo żółty szal z haftem w kształcie liści. Ręce miała ozdobione kilkoma złotymi bransoletami, które lekko dźwięczały przy ruchu. Podzwanianie również niosło się echem.
Nieznajoma przypominała kogoś z zupełnie innej epoki niż towarzyszący jej mężczyzna. Tak, jakby została wyrwana ze swoich czasów i wrzucona do tej sceny przez pomyłkę. A jednocześnie zadziwiająco tu pasowała.
- Che maleducati... Hanno svegliato tutto il bosco - powiedziała, zerkając na pozostałe psy, które na jej widok natychmiast przestały szczekać i podeszły do niej z pokorą.
Mężczyzna zaśmiał się krótko.
- Pensavo che ci fosse qualcosa nell’aria - spojrzał w bok ku głuszy, niemal wprost w miejsce, gdzie pojawili się Potter i Bletchley, ale...
...nie zareagował. Jego wzrok prześlizgnął się nad nimi, jakby jegomość ich nie widział. Zmierzchało, było już znacznie ciemniej niż tylko szarawo, więc zdecydowanie miał prawo ich nie dostrzec.
On sam stał w świetle latarni, tak samo jak jego towarzyszka. Natomiast dwójka przybyszów tkwiła w cieniu. Mogli się ujawnić, nie musieli. Jeśli chcieli to zrobić, potrzebowali znacznie przyspieszyć kroku, może nawet podbiec. Z jakiegoś powodu wiedzieli, że nie było sensu krzyczeć.
Kobieta przystanęła, podnosząc głowę. Przez chwilę wyglądała, jakby wyczuwała coś w powietrzu. Jakąś zmianę, może obecność nieproszonych gości, ale zamiast spojrzeć w kierunku obserwatorów, uniosła wzrok ku szczytowi zapory.
- Non adesso - powiedziała nagle, choć słyszalnie, jednocześnie jakby do samej siebie.
Zbliżyła się do mężczyzny. Gdy stanęli obok siebie, różnica wzrostu była niemal groteskowa. Przez moment stali tak, jakby świat się zatrzymał. Psy u ich nóg również zamarły. Zamilkli, patrząc na ścianę zapory. Mężczyzna zmrużył oczy, po czym przystawił dłoń do czoła, jakby chciał wypatrzyć coś na jej szczycie. Nie dotykali się, nie patrzyli na siebie, ale stali obok z jakimś nieokreślonym porozumieniem.
A potem jak na komendę wszystko wróciło do ruchu. Psy znów zaczęły biegać, kobieta obróciła się na pięcie, mężczyzna ruszył za nią wolnym krokiem, rozpinając płaszcz. Odchodzili w stronę największego budynku.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Pan Losu (40), Paracelsus (7251), Prudence Fenwick (8210), Romulus Potter (6465)




Wiadomości w tym wątku
[11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - przez Prudence Fenwick - 04.05.2025, 14:54
RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - przez Romulus Potter - 05.05.2025, 13:00
RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - przez Pan Losu - 05.05.2025, 13:00
RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - przez Prudence Fenwick - 05.05.2025, 20:13
RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - przez Romulus Potter - 07.05.2025, 11:45
RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - przez Prudence Fenwick - 07.05.2025, 12:28
RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - przez Romulus Potter - 08.05.2025, 16:40
RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - przez Prudence Fenwick - 08.05.2025, 17:51
RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - przez Romulus Potter - 09.05.2025, 15:18
RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - przez Prudence Fenwick - 10.05.2025, 12:26
RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - przez Romulus Potter - 12.05.2025, 15:01
RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - przez Paracelsus - 12.05.2025, 17:02
RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - przez Prudence Fenwick - 12.05.2025, 21:45
RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - przez Romulus Potter - 13.05.2025, 15:38
RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - przez Paracelsus - 13.05.2025, 19:21
RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - przez Prudence Fenwick - 14.05.2025, 12:17
RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - przez Romulus Potter - 15.05.2025, 14:52
RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - przez Paracelsus - 15.05.2025, 19:15
RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - przez Prudence Fenwick - 16.05.2025, 09:33
RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - przez Romulus Potter - 19.05.2025, 14:49
RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - przez Prudence Fenwick - 19.05.2025, 17:46
RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - przez Romulus Potter - 19.05.2025, 20:26
RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - przez Paracelsus - 20.05.2025, 03:53
RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - przez Prudence Fenwick - 20.05.2025, 13:38
RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - przez Romulus Potter - 20.05.2025, 18:19
RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - przez Paracelsus - 21.05.2025, 02:04
RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - przez Prudence Fenwick - 23.05.2025, 21:01
RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - przez Romulus Potter - 25.05.2025, 12:37
RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - przez Paracelsus - 27.05.2025, 20:03
RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - przez Prudence Fenwick - 27.05.2025, 20:30
RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - przez Paracelsus - 27.05.2025, 23:41
RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - przez Romulus Potter - 29.05.2025, 10:29
RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - przez Prudence Fenwick - 29.05.2025, 16:48

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa