15.05.2025, 19:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.05.2025, 17:22 przez Alexander Mulciber.)
Alexander Mulciber był kłamcą.
Nie lubił jednak kłamać. Kłamstwo uważał za coś niskiego, odżegnując się od niego nie dlatego, że widział w nim coś niewłaściwego moralnie, ale przez to, że istniały ciekawsze sposoby na zdobycie tego, czego chciał. Kłamstwo, podobnie jak i manipulacja, było bronią kobiet. Nie cierpiał manipulacji, a jednak kochał kobiety, które nim manipulowały, na co pozwalał, dopóki nie pozwalały mu się nudzić, bo niczego tak nienawidził, jak nudy. Bo mimo że nie cierpiał manipulacji, Alexander Mulciber sam był manipulantem. Mimo że nie lubił kłamać, kłamał – bezwstydnie, bez mrugnięcia okiem – nie dbając o to, czy jego kłamstwa brzmią wiarygodnie, czy jak wyssane z palca.
Ale czasem, kłamiąc, Alexander Mulciber mówił prawdę.
Prawdę, która nie przeszłaby mu przez usta, bo zwyczajnie nie potrafił jej ująć w słowa.
Nie potrafił mówić o sobie. Nigdy nie uważał się za kogoś na tyle istotnego, by o sobie mówić. A jednak, gdy otwierał usta, miał wrażenie, że nie potrafi być nikim innym, jak tylko sobą. On nie udawał. Nie musiał udawać. Alexander Mulciber był ideą, konceptem, żyjącym w umysłach innych ludzi. Było prościej, gdy przyklejali mu kolejne etykietki, gdy go oceniali, gdy go definiowali, bo sam nigdy tego nie potrafił. Nigdy nie wiedział, co naprawdę czuje. Zawsze był obserwatorem, zawsze z boku, nawet własnego życia doświadczał jakby zerkając zza zasłony: chwytał się najbardziej ekstremalnych doznań, używek, seksu, przemocy, hazardu, wszystkiego, byle tylko coś poczuć, coś prawdziwego, coś jego, tylko i wyłącznie jego. Ale nie potrafił nazywać własnych emocji. Nauczył nazywać się te rzeczy dzięki książkom, ale nawet teraz kwestionował, czy to oczytanie bardziej mu przeszkadza, czy przeszkadza: może tylko ulegał wrażeniu, że coś czuje, może nie czuł, a tylko myślał, że powinien czuć, bo przeczytał o tym u Dumasa?
A jednak wiedział, jakiego kłamstwa użyć, by wydawało się wyznaniem.
Może nie było już różnicy między kłamstwem a prawdą, pomyślał, tak jak nie było różnicy między Edmondem Dantesem a hrabią Monte Christo.
Najbardziej sobą był wtedy, gdy wieszczył, a gdy wieszczył, nie czuł przywiązania do swojego imienia. W pewnym sensie rozumiał, co Scylla ma na myśli, mówiąc, że stanowią o niej wszystkie jej przepowiednie. Alexander też składał się z przepowiedni. Tylko że Alexander nigdy nie był tylko Alexandrem, był też Mulciberem, pieprzonym Alexandrem Mulciberem, w którego żyłach zew przyszłości musiał mieszać się z klątwą jego rodziny. Z obsesją Ayersów na punkcie posiadania, z obsesją Mulciberów na punkcie zawłaszczania. Wiecznie balansował między świadomością swojej roli a buntem przeciwko niej. Między dogłębnym zrozumieniem, że jest wyłącznie narzędziem w rękach przeznaczenia, a pragnieniem przejęcia przyszłości, którą przepowiadał.
Może kłamiąc, mógł się jej pokazać od tej najprawdziwszej strony.
A może po prostu samego siebie potrafił okłamywać lepiej niż innych.
Alexander krył się w ruinach, w pęknięciach zgliszcz, w wypalonych ścianach domów. Na jednej z nich zostawił runę Kenaz. Wypalił ją, zanim przemieścili się razem ze Scyllą do kolejnego zaułka, skryci w ciemnościach nocy. Zmysłami wyostrzył się na cechy niepozorne, ale znaczące – drżenie dłoni, rytm kroków, sposób trzymania różdżki. Wiedział, które oczy patrzą z zamiarem, a które tylko szukają wyjścia. Inni... Być może inni potrafili osądzić go lepiej niż on sam. Nie wykluczał takiej możliwości. Teoretycznie, stojąc z boku, mieli lepszą perspektywę – tak jak on i Scylla, przypatrujący się z bezpiecznej odległości tym, którzy przetrwali. Praktycznie, percepcja większości nie sięgała dalej niż poza czubki ich własnych nosów. W tym się różnili od innych, pomyślał, słysząc śmiech swojej towarzyszki: świat przemieszczał się obok Alexandra jak płonąca kometa, która przecinała jego orbitę, jak gdyby istniał tylko po to, aby coś innego mogło się ujawnić w jego obecności. Alexander nie dążył do poznania samego siebie. Nie sądził, aby dążyła do tego Scylla. Nie, oni... Oni byli tylko rozbitkami wyrzuconymi przez fale na mielizny istnienia. Znalezionymi w piasku muszlami, które inni przykładali do uszu, aby usłyszeć szum morza. Wszyscy tęsknili za czymś większym od nich samych, ale nikt tak rozpaczliwie, jak oni.
– Z ziemi? – zapytał ściszonym głosem. – Nawet gdyby twoim grobem nie była woda – przypomniał – ziemia musiałaby cię najpierw powstrzymywać. Nie jesteś kimś, komu wystarczy rzucić garść piachu na trumnę. To byłoby za proste. Ziemia nie przyjmuje jasnowidzów, bo to nie ona nas zrodziła. My jesteśmy dziećmi czasu, i to jego prawom podlegamy. Pamiętamy jak kruszała skała, na której kształtowały się kolejne warstwy gleby, głęboko pod powierzchnią ziemi: jak mógłby więc powstrzymać nas grób głęboki na sześć stóp? Wszyscy powstaną z grobów, gdy przyjdzie Sąd Ostateczny – stwierdził lekko, czując na piersi kojący ciężar talii tarota, skrytej w ubraniu pod szatą śmierciożercy, w kieszeni w pobliżu serca: Sąd Ostateczny oznaczony był w niej numerem dwudziestym. – Tylko że my... My już go widzieliśmy.
We śnie, a może i na jawie.
– Kiedy ty widziałaś swój Sąd Ostateczny? – wyciągnął w jej stronę rękę, dając znać, że jest gotów na to, aby teleportowali się dalej. Jego spojrzenie miękko przesunęło się po zamaskowanej twarzy dziewczyny: popłyń ze mną, rozkazywało, a może prosiło. – Bo ja wtedy, gdy umierał mój brat.
A może właśnie teraz, pomyślał, bo choć wcześniej powiedział, że nie nadeszła jeszcze godzina ich śmierci, oboje wiedzieli, że ta godzina w końcu nadejdzie. Scylla miała rację: nie było jednej przepowiedni, która by ją zmieniła, a dla Alexandra nie było jednego momentu w czasie, który mógłby go zdefiniować. Bo przecież oboje żyli w sposób pofragmentowany, umierając kawałek po kawałku: oboje też dopiero zaczynali pojmować, że rozpad nie był zjawiskiem odosobnionym, lecz wyrażonym innym językiem. On przebywał w przyszłości poprzez logikę, analizę, strukturę, ona przez zmysł, wrażenie i chaos. Ona płynęła, poddając się prądom, on zaś przeciwstawiał się wiatrom, próbując nawigować, a jednak oboje dryfowali w tej samej wodzie. Pytanie nie powinno więc brzmieć "kiedy", bo "kiedy" było pojęciem względnym dla jasnowidza żyjącego na styku czasów: w przestrzeniach między przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. Pytanie jednak padło, i brzmiało: czy możemy się spotkać w tym samym "kiedy"?
Nie lubił jednak kłamać. Kłamstwo uważał za coś niskiego, odżegnując się od niego nie dlatego, że widział w nim coś niewłaściwego moralnie, ale przez to, że istniały ciekawsze sposoby na zdobycie tego, czego chciał. Kłamstwo, podobnie jak i manipulacja, było bronią kobiet. Nie cierpiał manipulacji, a jednak kochał kobiety, które nim manipulowały, na co pozwalał, dopóki nie pozwalały mu się nudzić, bo niczego tak nienawidził, jak nudy. Bo mimo że nie cierpiał manipulacji, Alexander Mulciber sam był manipulantem. Mimo że nie lubił kłamać, kłamał – bezwstydnie, bez mrugnięcia okiem – nie dbając o to, czy jego kłamstwa brzmią wiarygodnie, czy jak wyssane z palca.
Ale czasem, kłamiąc, Alexander Mulciber mówił prawdę.
Prawdę, która nie przeszłaby mu przez usta, bo zwyczajnie nie potrafił jej ująć w słowa.
Nie potrafił mówić o sobie. Nigdy nie uważał się za kogoś na tyle istotnego, by o sobie mówić. A jednak, gdy otwierał usta, miał wrażenie, że nie potrafi być nikim innym, jak tylko sobą. On nie udawał. Nie musiał udawać. Alexander Mulciber był ideą, konceptem, żyjącym w umysłach innych ludzi. Było prościej, gdy przyklejali mu kolejne etykietki, gdy go oceniali, gdy go definiowali, bo sam nigdy tego nie potrafił. Nigdy nie wiedział, co naprawdę czuje. Zawsze był obserwatorem, zawsze z boku, nawet własnego życia doświadczał jakby zerkając zza zasłony: chwytał się najbardziej ekstremalnych doznań, używek, seksu, przemocy, hazardu, wszystkiego, byle tylko coś poczuć, coś prawdziwego, coś jego, tylko i wyłącznie jego. Ale nie potrafił nazywać własnych emocji. Nauczył nazywać się te rzeczy dzięki książkom, ale nawet teraz kwestionował, czy to oczytanie bardziej mu przeszkadza, czy przeszkadza: może tylko ulegał wrażeniu, że coś czuje, może nie czuł, a tylko myślał, że powinien czuć, bo przeczytał o tym u Dumasa?
A jednak wiedział, jakiego kłamstwa użyć, by wydawało się wyznaniem.
Może nie było już różnicy między kłamstwem a prawdą, pomyślał, tak jak nie było różnicy między Edmondem Dantesem a hrabią Monte Christo.
Najbardziej sobą był wtedy, gdy wieszczył, a gdy wieszczył, nie czuł przywiązania do swojego imienia. W pewnym sensie rozumiał, co Scylla ma na myśli, mówiąc, że stanowią o niej wszystkie jej przepowiednie. Alexander też składał się z przepowiedni. Tylko że Alexander nigdy nie był tylko Alexandrem, był też Mulciberem, pieprzonym Alexandrem Mulciberem, w którego żyłach zew przyszłości musiał mieszać się z klątwą jego rodziny. Z obsesją Ayersów na punkcie posiadania, z obsesją Mulciberów na punkcie zawłaszczania. Wiecznie balansował między świadomością swojej roli a buntem przeciwko niej. Między dogłębnym zrozumieniem, że jest wyłącznie narzędziem w rękach przeznaczenia, a pragnieniem przejęcia przyszłości, którą przepowiadał.
Może kłamiąc, mógł się jej pokazać od tej najprawdziwszej strony.
A może po prostu samego siebie potrafił okłamywać lepiej niż innych.
Alexander krył się w ruinach, w pęknięciach zgliszcz, w wypalonych ścianach domów. Na jednej z nich zostawił runę Kenaz. Wypalił ją, zanim przemieścili się razem ze Scyllą do kolejnego zaułka, skryci w ciemnościach nocy. Zmysłami wyostrzył się na cechy niepozorne, ale znaczące – drżenie dłoni, rytm kroków, sposób trzymania różdżki. Wiedział, które oczy patrzą z zamiarem, a które tylko szukają wyjścia. Inni... Być może inni potrafili osądzić go lepiej niż on sam. Nie wykluczał takiej możliwości. Teoretycznie, stojąc z boku, mieli lepszą perspektywę – tak jak on i Scylla, przypatrujący się z bezpiecznej odległości tym, którzy przetrwali. Praktycznie, percepcja większości nie sięgała dalej niż poza czubki ich własnych nosów. W tym się różnili od innych, pomyślał, słysząc śmiech swojej towarzyszki: świat przemieszczał się obok Alexandra jak płonąca kometa, która przecinała jego orbitę, jak gdyby istniał tylko po to, aby coś innego mogło się ujawnić w jego obecności. Alexander nie dążył do poznania samego siebie. Nie sądził, aby dążyła do tego Scylla. Nie, oni... Oni byli tylko rozbitkami wyrzuconymi przez fale na mielizny istnienia. Znalezionymi w piasku muszlami, które inni przykładali do uszu, aby usłyszeć szum morza. Wszyscy tęsknili za czymś większym od nich samych, ale nikt tak rozpaczliwie, jak oni.
// Rzucam na statystykę percepcja ◉◉◉◉○, taka sama akcja jak wcześniej.
Rzut PO 1d100 - 100
Krytyczny sukces!
Krytyczny sukces!
– Z ziemi? – zapytał ściszonym głosem. – Nawet gdyby twoim grobem nie była woda – przypomniał – ziemia musiałaby cię najpierw powstrzymywać. Nie jesteś kimś, komu wystarczy rzucić garść piachu na trumnę. To byłoby za proste. Ziemia nie przyjmuje jasnowidzów, bo to nie ona nas zrodziła. My jesteśmy dziećmi czasu, i to jego prawom podlegamy. Pamiętamy jak kruszała skała, na której kształtowały się kolejne warstwy gleby, głęboko pod powierzchnią ziemi: jak mógłby więc powstrzymać nas grób głęboki na sześć stóp? Wszyscy powstaną z grobów, gdy przyjdzie Sąd Ostateczny – stwierdził lekko, czując na piersi kojący ciężar talii tarota, skrytej w ubraniu pod szatą śmierciożercy, w kieszeni w pobliżu serca: Sąd Ostateczny oznaczony był w niej numerem dwudziestym. – Tylko że my... My już go widzieliśmy.
We śnie, a może i na jawie.
– Kiedy ty widziałaś swój Sąd Ostateczny? – wyciągnął w jej stronę rękę, dając znać, że jest gotów na to, aby teleportowali się dalej. Jego spojrzenie miękko przesunęło się po zamaskowanej twarzy dziewczyny: popłyń ze mną, rozkazywało, a może prosiło. – Bo ja wtedy, gdy umierał mój brat.
A może właśnie teraz, pomyślał, bo choć wcześniej powiedział, że nie nadeszła jeszcze godzina ich śmierci, oboje wiedzieli, że ta godzina w końcu nadejdzie. Scylla miała rację: nie było jednej przepowiedni, która by ją zmieniła, a dla Alexandra nie było jednego momentu w czasie, który mógłby go zdefiniować. Bo przecież oboje żyli w sposób pofragmentowany, umierając kawałek po kawałku: oboje też dopiero zaczynali pojmować, że rozpad nie był zjawiskiem odosobnionym, lecz wyrażonym innym językiem. On przebywał w przyszłości poprzez logikę, analizę, strukturę, ona przez zmysł, wrażenie i chaos. Ona płynęła, poddając się prądom, on zaś przeciwstawiał się wiatrom, próbując nawigować, a jednak oboje dryfowali w tej samej wodzie. Pytanie nie powinno więc brzmieć "kiedy", bo "kiedy" było pojęciem względnym dla jasnowidza żyjącego na styku czasów: w przestrzeniach między przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. Pytanie jednak padło, i brzmiało: czy możemy się spotkać w tym samym "kiedy"?
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat