16.05.2025, 12:26 ✶
Sekundy przed wybuchem, momenty, iskry, odłamki czasu, popioły lecące z nieba, oddech, dwa uderzenia serca.
Widmo ruszało do niej widmo krzyczało, a jego słowa dudniły w jej uszach. To nie był po prostu Śmierciożerca, to była istota z dymu, istota dymu, dym istoty przerażającej takiej która wyssa z niej resztki życia. To nie był zielony promień, ale oddech śmierci owionął dziewczynę zachęcającym syrenim śpiewem ściągającym ją ku zagładzie hipnotyczną pieśnią, najczystszą, najpiękniejszą, ostateczną... Patrzyła w pustkę a pustka patrzyła w nią. Była zdrajcą. Była brudna. Miała bać się imienia na te sekundy dzielące ją od śmierci.
Uniosła rękę ku górze, resztką odwagi i determinacji przebić się przez stupor własnego ciała. Dobre wspomnienia... jej urodziny. Alastor ujebany tortem, który zamiatał nią jakby była flamingiem, a potem śmiejąc się wywrócili się na siebie w blasku płomieni słońca, upadli na brudny bruk miękką trawę pokrytą zbyt gejowym kocykiem. Zaklęcie nie opuściło jednak jej różdżki, nie zdążyło.
Thomas upadł na nią i osłonił ją swoim ciałem, przyjmując na siebie wybuch szkła, śmiercionośne ostra wirujące w powietrzu. Ktoś krzyczał. Swąd palonych włosów dopełnił bukietu zmysłów i zapachów walczących o prym w pełni spektrum spalenizny - płonącej magii, drewna, ciała...
Ktoś krzyczał.
To ona krzyczała.
Łkała. Darła się. Polana ognisk. Ziemia. Szarość i śmierć. Cisza.
Millie? MILLIE?!
Czy Alik ją znów znalazł? Czy wyciągnął do niej swoją dłoń? Czy ich trupy zwiną się w rynsztoku, splotą jak para bliźniąt w łonie matki? Ogień zabierze im mięśnie, zabierze serca i wnętrzności, ale zostaną szkielety, przytulone, osmolone, razem...
– Tuu... tutaj... – wykaszlała z siebie zaproszenie śmierci, zdając sobie sprawę z tego że płacze, a całe jej ciało wypełnia ból i strach. – Alastor! Tutaj! – przeczołgała się po bruku do głosu, który ją wzywał, który nie pozwalał jej umrzeć, obiecała mu, obiecała że nie umrze. Jeszcze nie. Jest pierdolonym karaluchem, musiała żyć musiała tylko być obok...
... drżące palce znalazły inną pogrążoną w rozpaczy i cierpieniu dłoń. Palce splotły się a Miles zaryła twarzą w chodniku ujebanym pierdolonym czarnomagicznym pyłem. Ręce rozkraczyły jej się i nogi jak psa, który w końcu poddał się środkowi zwiotczającemu przed finalną operacją. Przez załzawione oczy nie widziała nic. Spalona ziemia była jej uściskiem i objęciem. Zacisnęła dłoń mocniej.
– Żyjesz?– zapytała szeptem, jakby bała się odpowiedzi. Nie. Ona bała się odpowiedzi. Bała się, że głos który ją nawoływał, nie zawoła jej nigdy więcej.
Widmo ruszało do niej widmo krzyczało, a jego słowa dudniły w jej uszach. To nie był po prostu Śmierciożerca, to była istota z dymu, istota dymu, dym istoty przerażającej takiej która wyssa z niej resztki życia. To nie był zielony promień, ale oddech śmierci owionął dziewczynę zachęcającym syrenim śpiewem ściągającym ją ku zagładzie hipnotyczną pieśnią, najczystszą, najpiękniejszą, ostateczną... Patrzyła w pustkę a pustka patrzyła w nią. Była zdrajcą. Była brudna. Miała bać się imienia na te sekundy dzielące ją od śmierci.
Uniosła rękę ku górze, resztką odwagi i determinacji przebić się przez stupor własnego ciała. Dobre wspomnienia... jej urodziny. Alastor ujebany tortem, który zamiatał nią jakby była flamingiem, a potem śmiejąc się wywrócili się na siebie w blasku płomieni słońca, upadli na brudny bruk miękką trawę pokrytą zbyt gejowym kocykiem. Zaklęcie nie opuściło jednak jej różdżki, nie zdążyło.
Thomas upadł na nią i osłonił ją swoim ciałem, przyjmując na siebie wybuch szkła, śmiercionośne ostra wirujące w powietrzu. Ktoś krzyczał. Swąd palonych włosów dopełnił bukietu zmysłów i zapachów walczących o prym w pełni spektrum spalenizny - płonącej magii, drewna, ciała...
Ktoś krzyczał.
To ona krzyczała.
Łkała. Darła się. Polana ognisk. Ziemia. Szarość i śmierć. Cisza.
Millie? MILLIE?!
Czy Alik ją znów znalazł? Czy wyciągnął do niej swoją dłoń? Czy ich trupy zwiną się w rynsztoku, splotą jak para bliźniąt w łonie matki? Ogień zabierze im mięśnie, zabierze serca i wnętrzności, ale zostaną szkielety, przytulone, osmolone, razem...
– Tuu... tutaj... – wykaszlała z siebie zaproszenie śmierci, zdając sobie sprawę z tego że płacze, a całe jej ciało wypełnia ból i strach. – Alastor! Tutaj! – przeczołgała się po bruku do głosu, który ją wzywał, który nie pozwalał jej umrzeć, obiecała mu, obiecała że nie umrze. Jeszcze nie. Jest pierdolonym karaluchem, musiała żyć musiała tylko być obok...
... drżące palce znalazły inną pogrążoną w rozpaczy i cierpieniu dłoń. Palce splotły się a Miles zaryła twarzą w chodniku ujebanym pierdolonym czarnomagicznym pyłem. Ręce rozkraczyły jej się i nogi jak psa, który w końcu poddał się środkowi zwiotczającemu przed finalną operacją. Przez załzawione oczy nie widziała nic. Spalona ziemia była jej uściskiem i objęciem. Zacisnęła dłoń mocniej.
– Żyjesz?– zapytała szeptem, jakby bała się odpowiedzi. Nie. Ona bała się odpowiedzi. Bała się, że głos który ją nawoływał, nie zawoła jej nigdy więcej.