Większość wezwań na ulicę Pokątną nie należała do zbytnio niebezpiecznych. Bądź co bądź, był to jeden ze spokojniejszych zakątków magicznej dzielnicy Londynu. Można było dużo gorzej trafić, jeśli akurat na Nokturnie trwała jakaś rozróba. Wypełniona po brzegi sklepami, lokalami i biznesami Pokątna stanowiła więc niemalże przyjemny przydział, pomimo nieco niespokojnych czasów. Kiedy więc Mavelle wraz z Erikiem dostali wezwanie do pewnej czarownicy z okolicy, mężczyzna nie przeczuwał, aby cokolwiek im groziło bądź mieli odkryć jakąś wielką zbrodnię. Bardziej się nastawiał na zgłoszenie o hałasowanie lub podejrzanych typów kręcących się pod wejściem.
— Jestem skłonny się zgodzić — przyznał kwaśno, niespiesznie podążając za kuzynką. — Wysyłamy sporo patroli na Ulicę Pokątną. Gdyby zdarzyło się coś dużego, myślę, że wiedzielibyśmy o tym, prawda? Annaleigh nie jest też pierwszą lepszą czarownicą. Jest obecnie dosyć rozpoznawalna, gdyby coś się stało, sępy... to znaczy dziennikarze już by krążyli w okolicy.
Media w tym mieście miały przedziwny talent dostawania się na miejsce różnych maści incydentów w bardzo podobnym czasie, co funkcjonariusze. Co oznaczało, że albo mieli bardzo dobrą siatkę informacyjną w mieście. Ewentualnie można by było rozważać kreta w szeregach, który za dodatkowe galeony sprzedaje najnowsze info. W szczęście reporterów Erik średnio wierzył. To pewnie było tylko drobne wezwanie, jakaś skarga, która równie dobrze mogła zostać nigdy nieprzetworzona przez system Ministerstwa. Chyba że tym razem, to my jesteśmy patrolem, który dowiaduje się o wielkiej sprawie jako pierwszy, pomyślał z przekąsem, kontynuując wędrówkę po kolejnych stopniach klatki schodowej, uparcie trzymając ręce w kieszeniach służbowego płaszcza.
— Ciekawe, co by powiedziała, gdyby zobaczyła, ile ludzi i jakiego rodzaju przewija się przez posiadłość w Dolinie Godryka — skomentował z cichym parsknięciem. Miał wrażenie, że niejedna plotkara dostałaby palpitacji serca i musiałaby być pilnie hospitalizowana, gdyby tak uważniej przestudiowała listę gości w rezydencji Longbottomów. — Myślę, że byłby to niemały szok.
Przytaknął Mavelle na wzmiankę o tym, że nie powinni ignorować zlecenia. Bez względu na to, jak bardzo irracjonalne by ono nie było, tak należało to sprawdzić. Chociażby w imię porządku w dokumentacji służbowej. W pochłoniętym papierologią Ministerstwie Magii papier był prawie tak samo ważny, jak to, co się działo w rzeczywistości. Był to zdecydowanie jeden z najmniej ekscytujących czy angażujących elementów pracy. Longbottom ani się nie obejrzał, a jego towarzyszka już zdążyła zapukać do drzwi, aby po chwili rozpocząć wymianę zdań z kobietą. Przez to, że Mariane nie otworzyła drzwi do końca, Erik wszedł w jej pole widzenia, dopiero gdy Mave zadała swoje pytania. Uśmiechnął się dobrotliwie i pochylił przed nią głowę w geście powitania.
— Tak, panienko. Słyszałam jakichś mężczyzn. I jeszcze jakieś inne hałasy, jakby huk albo trzaśnięcie! — potwierdziła czarownica, poprawiając sobie fryzurę.
Erik zerknął na Mavelle. Huk albo trzaśnięcie? To mogło znaczyć wiele rzeczy. Ktoś mógł po prostu trzasnąć drzwi przy wejściu. Może był przeciąg i chlapnęło drzwiami tak, że usłyszał cały pion? Ba, może ktoś się teleportował prosto na półpiętrze i dźwięk się poniósł? Co się zaś tyczyło huku... Eliksir? Prezentacja jakiegoś zaklęcia? Magia lubiła płatać figle i nie zawsze działała, tak jak czarodziej by sobie tego życzył.
— No dobrze, ale... Czemu porwanie? — zagaił Erik, nie bardzo rozumiejąc powiązanie pomiędzy jednym a drugim. Dźwięki nie były równe porwaniu, a nieobecność panny Dolohov w mieszkaniu niekoniecznie oznaczała interwencję osób trzecich. — Słyszała Pani coś więcej? Jakieś wołania o pomoc? Może wyjrzała Pani przez wizjer?
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞