18.05.2025, 13:49 ✶
03.09.1972
Do Pana Roberta Alberta Croucha,czytam Pańskie ogłoszenie i... czuję wezwanie. Nie, nie takie jak do Ministerstwa po incydencie z żywym fortepianem w pubie „U Szyszymory”. Mówię o wezwaniu duszy.
Dusza niepozbawiona pasji? Czarownica z klasą? Znajomość literatury? Czy to ogłoszenie… o mnie?
Pozwoli Pan, że się przedstawię: nazywam się Justine Steskovsky.
Mam trzydzieści (plus parę bonusowych) lat doświadczeń życiowych, głównie scenicznych. Jestem bowiem piosenkarką. Niekoniecznie sławną. Niekoniecznie rozpoznawalną. Ale czy ptak śpiewający o północy robi to dla owacji?
Śpiewam, odkąd wydałam pierwszy krzyk przy narodzinach, który akuszerka zinterpretowała jako preludium do „Czarodziejskiego Fletu.”
Czarownica z klasą — owszem. Moja matka, niegdyś gwiazda opery magicznej w Bułgarii, nauczyła mnie, że wino zawsze podaje się po prawej, a dramat należy dawkować z wyczuciem. Posiadam też klasę w sensie bardziej dosłownym — mam nawet kilka — prowadzę warsztaty wokalne w lokalnym domu kultury, gdzie uczę przyszłe pokolenia czarodziejów, że śpiew to sposób na wyrażanie emocji, a fałsz to wybór artystyczny. Do dziś jedna z moich byłych uczennic (sopranistek) ma zakaz występów w trzech krajach — tak bardzo wyprzedziła swoje czasy.
Łagodne usposobienie — niech mi Pan znajdzie kogoś, kto ma łagodniejsze serce niż kobieta, która regularnie śpiewa serenady trollom skalnym. Jestem usposobieniem łagodności, przynajmniej, dopóki ktoś nie nazwie Edith Piaf „taką, co śpiewała nosowo” albo o ile nie podaje się mi do herbaty mleka z laktozą.
Pasja — och! Panie Crouch, pasji mi nie brak.
Znajomość kultury — teatr kocham całym sercem. Grałam w „Makbecie” rolę Trzeciej Wiedźmy, Drugiego Drzewa i z braku kadry — Makbeta. Publiczność płakała. Ktoś powiedział „przeszłaś samą siebie”. Wzięłam to za komplement. Sympatię do polskiej kultury podzielam z Panem z zapałem. (Swoją drogą, gratuluję gustu — ja sama raz omal nie wyszłam za fortepianistę z Sosnowca). Czytam Sienkiewicza na głos, z podziałem na role. Mam też własną interpretację „Krzyżaków” z elementami musicalu.
Pierogi? Ach, pierogi to moje alter ego — miękkie z zewnątrz, pełne treści, z ryzykiem poparzenia, jeśli się nie uważa, ale warto zaryzykować.
Uroda — jak Pan uprzejmie zaznaczył, nie jest istotna, więc pozwolę sobie zachować ją w tajemnicy, ale dodam, że mam biodra godne pieśni cygańskiej, a portret w sali próbnej, który mnie przedstawia, już cztery razy próbował sam się pocałować. Mówią o mnie: „scenicznie niesztampowa.” Pozwolę sobie również zacytować moją byłą mentorkę, Madame Tremblay: „nie jest to twarz, którą zapomina się po jednym spojrzeniu.”
Córkę Pana przyjmę jak własną. Nauczę ją śpiewać, tańczyć i przewracać oczami na niegodnych adoratorów. Jeśli ma słuch muzyczny — cudownie. Jeśli nie — jeszcze lepiej.
Pana stabilna pozycja społeczna bardzo mnie cieszy, ponieważ ja, jako artystka, często znajduję się w pozycji dramatycznie niestabilnej — zwłaszcza finansowo.
Liczę, iż sowa dostarczy Panu list do rąk własnych, zaznaczam przy tym, że jestem kobietą zdeterminowaną i umiem negocjować z ptactwem.
Z teatralnym ukłonem i wibrato w sercu,
Justine Steskovsky
— czarownica, śpiewaczka, nauczycielka, koneserka pierogów i dramatyzmu operowego