18.05.2025, 16:10 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.05.2025, 16:16 przez Elias Bletchley.)
| Chcąc nie chcąc musiał wytrzymać spojrzenie jakim obdarzyła go Geraldine. Wprawdzie nie miał z kobietą zbyt wielu wspólnych tematów, jednak słyszał co nieco o jej temperamencie. To była jedna z tych babek, które potrafiły wydrapać facetowi oczy w najmniej spodziewanym momencie. Może tym razem sobie daruje ze względu na okoliczności, pomyślał Elias, z niemałym trudem sznurując usta, co by nie rzucić głupkowatym ''Co?''. Nie miał wglądu do jej myśli (poza tym, kto by chciał grzebać w głowie Yaxleyówny?), co niestety wiązało się z tym, że nie mógł wiedzieć, co sobie o nim w tej chwili pomyślała. Dla niego sprawa była prosta: obie strony angażowały się w dyskusję w niezbyt udanym momencie, a więc obie powinny dostać po łapach, żeby się ogarnąć i skupić na najważniejszej w tej chwili rzeczy. Bo co mogłoby być ważniejsze niż ucieczka do bezpiecznego azylu? W tej chwili grzeczności i uprzejmości musiały przejść na dalszy plan. — Raczej nie zejdzie im tu dłużej niż dwadzieścia cztery... Może czterdzieści osiem godzin — rzucił od siebie Bletchley na wywody Benjy'ego. — Nie ma sensu zaszywać się na kompletnym odludziu. Sytuacja będzie rozwojowa, ale Ministerstwo Magii powinno sobie z tym doskonale poradzić samo. Sprzątanie po Beltane zajęło im ile? Dwa dni? Trzy dni? Wprawdzie chwilę po uprzątnięciu pobojowiska i zamknięciu szpitala polowego służby wprowadziły zakaz wstępu do lasów okalających okolice Doliny Godryka, ale samo opanowanie sytuacji zajęło im stosunkowo mało czasu. A centrum Londynu nie było wiejską głuszą. Mniejszy teren, moooże trochę inny typ niebezpieczeństw, ale mimo wszystko powinni sobie z tym poradzić. Powinni. — Ale to ''trzymanie ręki na pulsie'' może się przydać co najwyżej po to, żeby wiedzieć, czy ta kamienica jeszcze jutro będzie stała. I czy będziemy w stanie uzupełnić jakoś lodówki w tym... W tym kryzysie. Elias westchnął ciężko. Nie był bohaterem, bez względu na to, jak bardzo blisko tego stanu się dziś znalazł podczas dwóch niezwiązanych ze sobą akcji ratowniczych. Na pewno nie miał zamiaru bawić się w jakąś lokalną milicję. Raz jeszcze wypuścił głośno powietrze z ust, wodząc niespokojnym wzrokiem po reszcie grupy. Uspokoił się nieco dopiero, gdy Yaxley zgodził się koniec końców na plan siostry. Alleluja, mogli ruszyć dalej. — To co, sprawdźcie czy wszystko macie i... Widzimy się pod wejściem? — rzucił Eliasz przesuwając się w stronę drogi na zewnątrz. Jeśli ktoś miał tutaj sobie coś jeszcze do powiedzenia to była ostatnia szansa. Potem czekał ich kolejny rozdział tej opowieści, kiedy to mieli zadomowić się na jakiś czas w domu na wsi. A co ich czekało potem... Cóż, to już zależało w dużej mierze od nich samych, czyż nie? |
Koniec sesji |