18.05.2025, 20:20 ✶
Warszawa, wrzesień 1972
Papier pachnący jaśminowym kadzidłem z Jarmarku Dominikańskiego, atrament koloru makuSzanowny Panie Crouch,
Robercie,
Gdy czytam Pański anons, nucę pod nosem „Ale to już było...” i choć nie jestem kandydatką z konwenansu, coś we mnie każe odpisać. Może to Pan, a może Polska w Panu, rozpięta między Chopinem a pierogami, między Sienkiewiczem a... no właśnie. Kto wie, może mną?
Tak sobie myślę, skoro Pan słucha Chopina i z uznaniem patrzy na pierogi, to może i ja powinnam spojrzeć z uznaniem na Pana.
Pisze Pan o duszy z pasją. Ja żyję pasją, Panie Robercie.
Moja miotła nie nosi logo Nimbus, ale za to ma chromowaną rączkę i potrafi wzbić się na szczyty list przebojów.
Nie jestem matką, ale w każdej mojej piosence jest coś z kołysanki. Może potrafiłabym ją Panu zanucić, kiedy noc będzie długa, a świat niespokojny.
Czy spełniam Pańskie warunki? To zależy, jak Pan rozumie „klasę”. Jeśli chodzi o manierę wyniosłego milczenia przy stole, muszę zawieść. Lubię mówić. Głośno. Kolorowo. O życiu, o miłości, o tym, że Małgośka znów się zakochała i nie może spać. Ale jeśli klasa to umiejętność wejścia na scenę w piórach i zejścia z niej w blasku reflektorów - wtedy, Panie Robercie, jestem arystokracją.
Literatura? Sama noszę w torebce tomik Dąbrowskiej i różdżkę z dzikiej jabłoni. Wie Pan, jabłonie te nasze, polskie, są z charakterem. Jak ja. Jak każda dobra wiedźma znad Wisły. Znam Trylogię niemal na pamięć, choć po cichu wolę Norwida. Teatr? Gram, śpiewam, czasem improwizuję, nawet jeśli tylko na scenie na zapleczu Domu Kultury w Kędzierzynie-Koźlu.
Jeśli po tym liście coś w Panu drgnie, niech Pan przyśle sowę. Nie muszę wiedzieć od razu, czy to coś poważnego. Wystarczy, że będzie Pan miał odwagę wsiąść do pociągu byle jakiego.
Twoja domowa czarownica,
Mary Rodowicz