19.05.2025, 17:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.05.2025, 17:54 przez Alexander Mulciber.
Powód edycji: Jestem przyjebana i zapomniałam dać koniec sesji
)
Alexander Mulciber miał troje oczu. Jedno oglądało się w przeszłość, drugie obserwowało teraźniejszość, trzecie – próbowało przeniknąć przyszłość. Rolą proroka było patrzeć wszystkim trojgiem. Troje oczu miały mieć kruki Odyna, który podobno oddał im jedno ze swoich w podzięce za wiedzę. Alexander nigdy nie widział trójokiego kruka. Podejrzewał, że gdyby dopytał Lorien, czy kiedykolwiek widziała takowego będąc przyobleczoną w pióra swej ptasiej postaci, wilgowrona, ta odpowiedziałaby mu znudzonym tonem, że też nie widziała, ale może przekazać pozdrowienia swojej kuzynce – pizdookiej wronie. Pod maską, na twarzy Alexandra powaga mieszała się przez chwilę z rozbawieniem, gdy zwrócił swoje spojrzenie w stronę Stanleya.
– Nie odwracaj nigdy wzroku, gdy woźnica okłada batem konia – odpowiedział mu po romsku. – Zanim pęknie bat, pęknie świat, a tego wozu nie zdołasz odwrócić.
Alexander niewiele widać robił sobie z tego, że Stanley nic nie zrozumiał z cygańskiego przysłowia, które właśnie przywołał, bo nawet nie pokusił się przetłumaczyć swych słów na angielski – a jednak jakaś przedziwna łagodność zagościła na chwilę w jego głosie, nuta niemalże ojcowskiej protekcjalności pozwalającej przypuszczać, że nie traktuje przywoływanego przysłowia jako przestrogi, ale raczej jako coś na kształt pobożnego życzenia, żeby Stanley następnym razem przynajmniej spróbował pomyśleć, zanim palnie coś podobnego. Zwłaszcza do kogoś całkiem upierdolonego krwią mężczyzny, którego teraz oboje z Rodolphusem bezskutecznie próbowali dobić. Nie brzydziła go przemoc, tylko jej przewidywalność. Nie przetłumaczył jednak swoich słów, bo po angielsku mulciberowe "nie pozwalaj sobie odwracać wzroku" aż nazbyt przewidywalnie mogłoby przemienić się w: "nie powielaj grzechów swojego ojca".
Przywoływanie rodowej dewizy Mulciberów przy Alexandrze nigdy nie było dobrym pomysłem.
– Martw się o siebie, a ja będę martwił się o siebie – dodał już chłodniej, przechodząc na angielski. – Rozważ zmianę nazwiska, aby pasowało do dewizy, którą cytujesz, a potem twarzy, żeby nie rozsyłali za tobą dalej listów gończych. – Alexander nie przejmował się tym, że umrze. Umrzeć, to naturalna kolej rzeczy: wiedział jednak, że jego czas jeszcze nie nadszedł. Jak umrze, to umrze, ale teraz wciąż jeszcze żył. To nie był jego czas. Jeszcze nie. Nie był to też czas Stanleya. – Jak mnie odetnie, to będę martwy. A jak będę martwy, nic z tego nie będzie już moim zmartwieniem.
Żywego mnie przecież nie posadzą, pomyślał. Zanim jednak zdążył powiedzieć gówniarzowi, żeby nie robił nic głupiego (bo mimo wszystko, trochę się o niego martwił, bo komu innemu miałby przekazać dziedzictwo Mulciberów, gdyby umarł?), Stanley przesunął się w stronę Rodolphusa, który pożegnał ich ofiarę kopnięciem w korpus, podjąwszy ostatnią próbę pozbawienia mężczyzny wzroku.
Zwrócił na powrót spojrzenie w stronę towarzysza, gdy ten podszedł, aby się naradzić.
Ataraxia. Słowo, które uleciało z ust Lestrange’a tak lekko, jak gdyby nic nie znaczyło. Jak gdyby nie było słowem, które miało zburzyć całe życie Alexandra. Słowo αταραξια, podobnie jak ich imiona, wywodziło się ze starogreckiego. Oznaczało nie tyle spokój, lecz stan wewnętrznej niewzruszoności, równowagę ducha. Cichą przystań duszy, która niby tafla jeziora, odbijała niebo bez najmniejszego zmarszczenia.
Alexander tonął w tym jeziorze.
Zamrugał gwałtownie. Pamiętał, jak pierwszy raz odwiedził zakład spirytystyczny Ambrosii. Jak powiódł palcami po okładkach książek wypełniających drewniane regały, jak zdmuchnął kurz z bibelotów stojących na najwyższej półce, oparł plecami o ścianę pokrytą miękkim gobelinem. Słowo ataraxia syczało mu na języku. Pasuje do tego miejsca, uśmiechnął się ciepło do Ambrosii, pasuje do ciebie. Jak gdyby odwiedzający Ataraxię mogli poczuć spokój, którego ona sama nigdy nie zaznała. Wtedy widział w tym poezję. Teraz widział tylko ironię.
Zacisnął na różdżce palce tak mocno, że aż pobielały. Pamiętał twarze tych, których zabił. Pamiętał tych, których mógł ocalić, ale tego nie zrobił. Tyle śmierci. Tyle pierdolonej śmierci. Tyle krwi. Cały lepił się od krwi. Wszystko po to, aby ona – aby ta jedna dusza, która nie była jeszcze splugawiona – jedyna, na której zbawieniu mu zależało, mogła pozostać czystą, wolną – choćby tylko przez nieświadomość.
I to wszystko na nic.
Nie słyszał tego, co mówi do niego Rodolphus. Nie słyszał tego, co mówi Stanley. Przez chwilę nie słyszał nic, poza jednostajnym brzmieniem swojego imienia, które wymawiał w myślach, wciąż na nowo, dopóki całkiem nie utraciło swego znaczenia. Alexander. Alexander. Alexander. Kim był człowiek, który nosił to imię? Aλέξανδρος, tak właśnie brzmiało. Ten, który odpiera wrogów. Ten, który broni, ale nie zdołał obronić tej, na której zależało mu najbardziej. Jej imię także powtarzał. Wypowiadał je w myślach tak, jak gdyby chciał je ochronić przed światem, który kalał wszystko, czego dotykał. A może tak, jak gdyby chciał ją ochronić przed samym sobą.
Ambrosia. Powtarzał to imię jak modlitewne wezwanie, choć nie pamiętał, kiedy ostatnio się modlił. Ambrosia. Ambrosia. Imię, które mógłby wypisać ogniem na niebie, ale nigdy tego nie zrobił, bo gdyby spalił jej imię, zostałby po niej tylko popiół i pustka.
"Mam dla was wiadomość od Martesa: gdy będzie po wszystkim, przechodzimy przez Ataraxię."
Teleportował się prosto do zakładu spirytycznego Ambrosii, choć wiedział, że jej tam nie spotka, zanim jeszcze poczuł pęd powietrza na twarzy. Alexander Mulciber miał troje oczu, i wszystkie patrzyły w tej chwili w jej stronę, jak zawsze nie mogąc jednak dostrzec tego, co najważniejsze. Zniknął bez słowa. Nawet gdyby chciał, nie byłby teraz w stanie wydobyć z siebie głosu, nie w obecności swych towarzyszy. Nie było zresztą o czym mówić, pomyślał, gdy wszyscy już się rozproszyli. Śmierciożercy zrobili z Ambrosii dokładnie to, czego on przez całe życie pragnął jej oszczędzić. I zrobili to, gdy on patrzył w inną stronę.
– Nie odwracaj nigdy wzroku, gdy woźnica okłada batem konia – odpowiedział mu po romsku. – Zanim pęknie bat, pęknie świat, a tego wozu nie zdołasz odwrócić.
Alexander niewiele widać robił sobie z tego, że Stanley nic nie zrozumiał z cygańskiego przysłowia, które właśnie przywołał, bo nawet nie pokusił się przetłumaczyć swych słów na angielski – a jednak jakaś przedziwna łagodność zagościła na chwilę w jego głosie, nuta niemalże ojcowskiej protekcjalności pozwalającej przypuszczać, że nie traktuje przywoływanego przysłowia jako przestrogi, ale raczej jako coś na kształt pobożnego życzenia, żeby Stanley następnym razem przynajmniej spróbował pomyśleć, zanim palnie coś podobnego. Zwłaszcza do kogoś całkiem upierdolonego krwią mężczyzny, którego teraz oboje z Rodolphusem bezskutecznie próbowali dobić. Nie brzydziła go przemoc, tylko jej przewidywalność. Nie przetłumaczył jednak swoich słów, bo po angielsku mulciberowe "nie pozwalaj sobie odwracać wzroku" aż nazbyt przewidywalnie mogłoby przemienić się w: "nie powielaj grzechów swojego ojca".
Przywoływanie rodowej dewizy Mulciberów przy Alexandrze nigdy nie było dobrym pomysłem.
– Martw się o siebie, a ja będę martwił się o siebie – dodał już chłodniej, przechodząc na angielski. – Rozważ zmianę nazwiska, aby pasowało do dewizy, którą cytujesz, a potem twarzy, żeby nie rozsyłali za tobą dalej listów gończych. – Alexander nie przejmował się tym, że umrze. Umrzeć, to naturalna kolej rzeczy: wiedział jednak, że jego czas jeszcze nie nadszedł. Jak umrze, to umrze, ale teraz wciąż jeszcze żył. To nie był jego czas. Jeszcze nie. Nie był to też czas Stanleya. – Jak mnie odetnie, to będę martwy. A jak będę martwy, nic z tego nie będzie już moim zmartwieniem.
Żywego mnie przecież nie posadzą, pomyślał. Zanim jednak zdążył powiedzieć gówniarzowi, żeby nie robił nic głupiego (bo mimo wszystko, trochę się o niego martwił, bo komu innemu miałby przekazać dziedzictwo Mulciberów, gdyby umarł?), Stanley przesunął się w stronę Rodolphusa, który pożegnał ich ofiarę kopnięciem w korpus, podjąwszy ostatnią próbę pozbawienia mężczyzny wzroku.
Zwrócił na powrót spojrzenie w stronę towarzysza, gdy ten podszedł, aby się naradzić.
Ataraxia. Słowo, które uleciało z ust Lestrange’a tak lekko, jak gdyby nic nie znaczyło. Jak gdyby nie było słowem, które miało zburzyć całe życie Alexandra. Słowo αταραξια, podobnie jak ich imiona, wywodziło się ze starogreckiego. Oznaczało nie tyle spokój, lecz stan wewnętrznej niewzruszoności, równowagę ducha. Cichą przystań duszy, która niby tafla jeziora, odbijała niebo bez najmniejszego zmarszczenia.
Alexander tonął w tym jeziorze.
Zamrugał gwałtownie. Pamiętał, jak pierwszy raz odwiedził zakład spirytystyczny Ambrosii. Jak powiódł palcami po okładkach książek wypełniających drewniane regały, jak zdmuchnął kurz z bibelotów stojących na najwyższej półce, oparł plecami o ścianę pokrytą miękkim gobelinem. Słowo ataraxia syczało mu na języku. Pasuje do tego miejsca, uśmiechnął się ciepło do Ambrosii, pasuje do ciebie. Jak gdyby odwiedzający Ataraxię mogli poczuć spokój, którego ona sama nigdy nie zaznała. Wtedy widział w tym poezję. Teraz widział tylko ironię.
Zacisnął na różdżce palce tak mocno, że aż pobielały. Pamiętał twarze tych, których zabił. Pamiętał tych, których mógł ocalić, ale tego nie zrobił. Tyle śmierci. Tyle pierdolonej śmierci. Tyle krwi. Cały lepił się od krwi. Wszystko po to, aby ona – aby ta jedna dusza, która nie była jeszcze splugawiona – jedyna, na której zbawieniu mu zależało, mogła pozostać czystą, wolną – choćby tylko przez nieświadomość.
I to wszystko na nic.
Nie słyszał tego, co mówi do niego Rodolphus. Nie słyszał tego, co mówi Stanley. Przez chwilę nie słyszał nic, poza jednostajnym brzmieniem swojego imienia, które wymawiał w myślach, wciąż na nowo, dopóki całkiem nie utraciło swego znaczenia. Alexander. Alexander. Alexander. Kim był człowiek, który nosił to imię? Aλέξανδρος, tak właśnie brzmiało. Ten, który odpiera wrogów. Ten, który broni, ale nie zdołał obronić tej, na której zależało mu najbardziej. Jej imię także powtarzał. Wypowiadał je w myślach tak, jak gdyby chciał je ochronić przed światem, który kalał wszystko, czego dotykał. A może tak, jak gdyby chciał ją ochronić przed samym sobą.
Ambrosia. Powtarzał to imię jak modlitewne wezwanie, choć nie pamiętał, kiedy ostatnio się modlił. Ambrosia. Ambrosia. Imię, które mógłby wypisać ogniem na niebie, ale nigdy tego nie zrobił, bo gdyby spalił jej imię, zostałby po niej tylko popiół i pustka.
"Mam dla was wiadomość od Martesa: gdy będzie po wszystkim, przechodzimy przez Ataraxię."
Teleportował się prosto do zakładu spirytycznego Ambrosii, choć wiedział, że jej tam nie spotka, zanim jeszcze poczuł pęd powietrza na twarzy. Alexander Mulciber miał troje oczu, i wszystkie patrzyły w tej chwili w jej stronę, jak zawsze nie mogąc jednak dostrzec tego, co najważniejsze. Zniknął bez słowa. Nawet gdyby chciał, nie byłby teraz w stanie wydobyć z siebie głosu, nie w obecności swych towarzyszy. Nie było zresztą o czym mówić, pomyślał, gdy wszyscy już się rozproszyli. Śmierciożercy zrobili z Ambrosii dokładnie to, czego on przez całe życie pragnął jej oszczędzić. I zrobili to, gdy on patrzył w inną stronę.
Koniec sesji
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat