Bletchley nie miała pojęcia o tym, jak wygląda sytuacja w ministerstwie. No jasne, mogła sobie zakładać, że jest burdel, bo czego innego mogli się spodziewać po tym, co działo się na zewnątrz. Raczej nikt nie przewidział tego, że jakiś idiota postanowi spalić stolicę, i że właściwie uda mu się to zrobić. Widziała przecież, co działo się na zewnątrz, była świadkiem tego, jak ogień trawił wszystko, niszczył kamienice, zabijał ludzi, właściwie to płomienie brnęły przed siebie nie bacząc na nic i nikogo, niczym rzeka rozlewały się po Londynie.
Wiedziała, że było to miejsce, w którym powinna się znaleźć. Nie, żeby ona jedna mogła zdziałać wiele, nie była przecież nie wiadomo jak uzdolnioną czarownicą, która sama mogłaby dokonywać cudów, jednak w tym przypadku jej umiejętności mogły pomóc uratować kilka żyć. Może porzuciła jakiś czas temu zawód uzdrowiciela, ale wiedziała, że w tej sytuacji tamte umiejętności z których kiedyś korzystała na co dzień mogły być dużo bardziej przydatne, niż wszystko inne. Nie, żeby jakoś specjalnie się z tego cieszyła, porzuciła przecież bez żadnych sentymentów to co robiła, z dnia na dzień, czując, że nie jest w stanie pomóc wszystkim którzy tego potrzebują, okrutnie ją to wkurwiało, ale w tej sytuacji nie miała problemu z tym, aby do tego wrócić. Nie liczył się bowiem tylko jej komfort, a to, jak faktycznie wszystko się rysowało. Było źle, kurewsko źle, zapewne wszyscy musieli zacząć zajmować się rannymi, na martwych przyjdzie czas później, nie powinni się teraz na nich skupiać.
Nie tak łatwo było jej tutaj dotrzeć, miała sporo szczęścia, że w ogóle jakimś cudem znalazła się w tym nieszczęsnym ministerstwie, gdyby nie to, że los jej sprzyjał, że trafił się ktoś, kto jej pomógł to pewnie utknęłaby na Horyzontalnej, albo umarła, jedno z dwóch, ale tak się nie wydarzyło. Może więc nieco spóźniona, nieco nieogarnięta, umorusana w popiele, ale jednak znalazła się w swoim miejscu pracy. Nie, żeby sądziła, że ktoś będzie na nią tutaj czekał, nie wydawało jej się w ogóle, że pamiętali aktualnie o jej istnieniu, ale jednak zastała swojego szefa.
Żyła. Tylko tyle, a może i aż tyle. Wzruszyła jedynie ramionami, gdy usłyszała słowa Corneliusa. No, stała tutaj przed nim, oddychała, krew krążyła jej w żyłach, tak żyła, tylko co to było właściwie za życie? Mogło być gorzej faktycznie, mogła umrzeć podczas tej podróży, więc właściwie chyba nie było tak źle, nie, żeby samo życie, egzystencja wcześniej wydawały się być jakimś wielkim wyczynem, aktualnie jednak coś w tym było, bo wielu nie miało tyle szczęścia, co ona.
Nie zamierzała oponować, ruszyła w stronę krzeseł, chociaż chyba nie do końca chciała siedzieć, ale za bardzo nie miała pojęcia, co innego mogłaby zrobić w tej chwili. Musiała nieco się ogarnąć, nieco uspokoić, doprowadzić do porządku. Wracały do niej obrazy tego, co działo się na zewnątrz, przede wszystkim ta jedna klatka, twarz na którą zwróciła uwagę, i była pewna, że ona również została zapamiętana. Nie do końca wiedziała, co może to sugerować, ale czuła, że może wiązać się z czymś niezbyt przyjemnym, czy mieli po nią przyjść, tylko po co? Czy ją odnajdą? Może nie. Nie był to jednak problem na ten moment, nie powinna się na tym teraz skupiać.
Usiadła więc na krześle i wbiła wzrok w podłogę, zaczęła przyglądać się swoim butom, wydawały się jej być aktualnie bardzo interesujące. - Dzięki. - Zdawała sobie sprawę z tego, że nie wyglądała najlepiej, nie spodziewała się cudów, ale wolałaby chyba tego nie usłyszeć, nie lubiła okazywać słabości przed kimkolwiek, a jej stan trochę świadczył o tym, że nie do końca poradziła sobie z tym, co się tam działo.
- Czyli nie ma żadnego planu. - Mruknęła bardziej do siebie, niż do niego. Tak, zdawała sobie sprawę, że raczej trudno było zaplanować coś w podobnej sytuacji, nie było to nic co ktokolwiek mógł przewidzieć, ministerstwo na pewno nie zakładało, że może wydarzyć się coś podobnego, nie byli gotowi na podobne tragedie, szkoda, że to przede wszystkim od nich zależało to, jak wiele osób przeżyje tę noc. - To dobrze, w sumie tam przydamy się bardziej niż tutaj. - Stało się tak jak myślała, skorzystano z tego, że większość jej współpracowników posiadała przeszkolenie medyczne, może dzięki temu uda się uratować kilka osób więcej, mniej ciał będą musieli później badać, wszystko miało jakieś swoje plusy, czyż nie.
- Może nie zdążyli wrócić, wiesz, nie wydaje mi się, żeby wszyscy mieli dzisiaj wrócić. - Nie powiedziała wprost może tam zginęli, chociaż cisnęło się jej to na język. Kto wie, czy ta cała eskorta, ci aurorzy, brygadziści, nie znajdowali się wcześniej w terenie. Nie, żeby była pesymistką, jednak realistycznie patrząc na to, co działo się na zewnątrz, to było całkiem prawdopodobne.
Słuchała dalej jego słów. Drgnęła, gdy wspomniał o tym, że miałaby dołączyć do tych ludzi, którzy zaraz mieli iść na zewnątrz. Jasne, powinna założyć, że wróci na ulice Londynu, ale nie do końca jej się to podobało. To, że tutaj dotarła było cudem, i pewnie drugi raz nie udałoby się jej powtórzyć tego sukcesu, nie była głupia. - Nie poradziłam sobie, znalazłam się tu przypadkiem, miałam szczęście. - Sprostowała jeszcze to, co mówił, wydawało jej się, że powinna to zrobić. Nie miała w zwyczaju koloryzować rzeczywistości, a to, że dotarła do ministerstwa nie było jej zasługą i miała tego pełną świadomość.
Trochę jej ulżyło, kiedy Corio się zawahał. Zdawała sobie sprawę z tego, że bardzo trudno musiało być mu teraz podejmować te decyzje. Nie mógł być pewien tego, że nie okażą się błędne, ale nie do końca aktualnie miał inne możliwości. Musiał działać, aby nie posądzono go o opieszałość, to było całkiem jasne. Powinni znaleźć się w terenie, wspierać tych, którzy tego potrzebowali, może była w tym przypadku egoistką, ale naprawdę nie chciała tam wracać. Pokiwała głową do siebie, gdy usłyszała kolejną możliwość. Tak, wolałaby zostać w atrium, tam powinna być względnie bezpieczna, nigdy bowiem nie wiadomo, czy ludziom nie dojebie, panika i stres robiły swoje, więc nie powinna zakładać, że nawet tutaj nic złego się jej nie przytrafi.
- Co z Tobą? - Musiała zapytać się, co on zamierzał. Jako ich szef pewien powinien pokazać całemu zespołowi, jak się to robi, z drugiej strony wydawało jej się to być głupim posunięciem. Jeśli coś mu się tam stanie... to nie będzie miał kto nimi dowodzić, a to mogłoby być jeszcze większym problemem. Nie sądziła, żeby to było dobrym pomysłem.
Bletchley nie mówiła wiele, odpowiadała raczej półsłówkami, bo póki co jeszcze nie do końca ułożyła sobie wszystko w głowie, musiał jej wybaczyć tę opieszałość, ale jej mózg aktualnie pracował trochę zbyt szybko, przez co inne zmysły nie do końca za tym nadążały.
Była skupiona na tej rozmowie, na tyle na ile mogła, poza tym starała się ignorować te wszystkie myśli, które przetaczały się przez jej głowę. Nie usłyszała tego, że na zapleczu zaczęło robić się nerwowo. Do jej uszu nie doszedł dźwięk podniesionych głosów mężczyzn, którzy się tam znajdowali. Nadal patrzyła po prostu na swoje buty i próbowała odnaleźć się w tym miejscu, dostosować do tego, co miała robić.
Nie zareagowała więc na to, że nagle drzwi od zaplecza otworzyły się uderzając przy tym w ścianę, swoją drogą dźwięk, jaki przy tym wydały mógłby obudzić trupa, tyle, że chyba żadnego tutaj nie było. Nie obudził Prudence Bletchley, nie spowodował, że skupiła się na tym, co działo się w biurze, szkoda, bo mogłaby się na coś przydać, ale niestety nadal była w swoim własnym świecie, przynajmniej po części.
Zza drzwi, nerwowo wybiegł jeden z dwóch mężczyzn, którzy szykowali się do wyjścia. Machnął różdżką i rzucił w Corneliusa zaklęciem czarnomagicznym. Nim to zrobił krzyczał coś o tym, że jest jednym z nich, że to wina elity, czystokrwistych. Trafił. Po czym po prostu spierdolił za drzwi. Lestrange nie miał za bardzo szansy zareagować, a jeśli to zrobił, to stało się trochę zbyt późno. Oberwał zaklęciem. Dopiero ten dźwięk spowodował, że Prue uniosła głowę, no, właściwie to spowodowało to jeszcze światło, które ogarnęło pomieszczenie kiedy czar poleciał tuż obok niej.
Podniosła się dość szybko, bo najwyraźniej jeden z jej kolegów postanowił znokautować ich szefa. Co tu się właściwie odpierdalało? - Żyjesz? - Palnęła jeszcze, nim do niego podbiegła, nie miała pojęcia, co to było za zaklęcie, ale chyba powinna jakoś mu pomóc.
Najpierw jednak musiała zobaczyć dokładnie, co właściwie się wydarzyło i w jaki sposób mogłaby to zrobić. Nie chciała pogorszyć sytuacji, ścisnęła mocniej w dłoni różdżkę, gotowa jej użyć, gdy nadejdzie taka potrzeba.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control