20.05.2025, 03:53 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.05.2025, 03:54 przez Paracelsus.)
Mężczyzna pierwszy odwrócił wzrok od zapory, ale to kobieta ruszyła przodem w stronę największego budynku. W powietrzu zawisło coś ciężkiego. Żaden podmuch wiatru nie poruszał liśćmi. Cisza wokół zapory była nienaturalna. Zbyt głęboka, zbyt jednorodna. Zupełnie tak, jakby wszystkie dźwięki zostały z niej wysączone wraz z przepływem wody w wodospadzie.
Tym sprzed chwili. Teraz już nie. Nie było słychać jego dźwięku. Teraz zniknęły niemal wszystkie odgłosy. Wszystkie, prócz głosów tych dwojga. Te nadal były głośne i wyraźne. Bardzo klarowne, nawet jeśli niezrozumiałe ze względu na język, w jakim wybrzmiewały.
W momencie, w którym Prudence postanowiła podjąć próbę rozproszenia ewentualnej iluzji, psy wydały z siebie głuchy, gardłowy pomruk, ale nie ruszyły się z miejsca. Zaklęcie nie zadziałało. Nic się nie zmieniło, jednak nieznajoma przystanęła i poruszyła się niespokojnie.
Nerwowym ruchem otuliła szalem ramiona, choć wiatr był ledwie wyczuwalny. Błysk przeciął powietrze, gdy przesunęła palcami po metalowym pierścieniu, który nosiła na serdecznym palcu. Jej spojrzenie zbłądziło ku początkowi ścieżki na dziedziniec.
- C'è di nuovo - powiedziała cicho, niespokojnie mrużąc oczy. - Tra i rami, vicino alla pietra spezzata. Guarda... ...dietro la nebbia. Ci osserva - to mówiąc, zrobiła pół kroku w kierunku dwójki przybyszów, jednak moment później na nowo zatrzymała się w miejscu. - Lo vedi anche tu, vero? Quel bagliore... ...dietro i rami. Non appartiene a questo lato - przekręciła głowę lekko w bok.
Przez chwilę wydawało się, że spojrzała dokładnie w miejsce, gdzie stali Prudence i Romulus. Ale nie zatrzymała tam wzroku. Raczej… zawahała się, jakby coś mogło tam być, ale było zbyt głęboko ukryte pod osłoną zapadającego zmierzchu, żeby to widziała.
Natomiast blondyn, dotąd nieruchomy jak posąg, wychylił się we wskazanym kierunku, unosząc dłoń. Spojrzał wpierw na ciemnowłosą, później na psy, gestem dając do zrozumienia, że nasłuchuje. Palce drugiej dłoni zacisnął przy tym na rzemyku zawieszonym na szyi, powoli przymykając oczy i kiwając głową.
- Sì. Sta spiando… ...come se cercasse il momento giusto per passare - blond loki nieznajomego poruszyły się lekko, jakby coś (niekoniecznie powietrze; to nie był zwykły podmuch wiatru, bowiem ten zamilkł) przeleciało między nim a jego towarzyszką.
- Non dovrebbe essere qui. Non ancora - rzucił przez zęby, moment później biorąc głęboki, wymuszony wdech.
Jego głos był niski, aksamitny. Nie przypominał gardłowych dźwięków ani syczenia, jakiego można byłoby spodziewać się po sposobie, w który zabrał głos. Nadal brzmiał zadziwiająco miękko.
Przez chwilę oboje milczeli. Nawet psy nie wydawały dźwięku. W końcu kobieta znów otworzyła usta, odzywając się. Teoretycznie cicho, niemal bezdźwięcznie, jednak dla dwojga zbłąkanych te słowa wciąż zabrzmiały tak, jakby stała obok.
- Forse ci guarda perché ha paura - uśmiechnęła się smutno.
Gdzieś w lesie coś jakby westchnęło... ...a może to był tylko wiatr przelatujący przez szczelinę, która nigdy nie powinna była powstać?
Na ten dźwięk, kobieta splunęła jednak przez ramię. Bardziej rytualnym niż odruchowym gestem. Potem nachyliła się i położyła dłoń na ziemi, jakby uspokajała coś ukrytego pod powierzchnią.
- Finché la tela tiene, non toccherà il nostro tempo... ...ma trema - skinęła lekko głową, jakby potwierdzała coś, co wiedziała już wcześniej.
Jej towarzysz spojrzał na nią kątem oka. Ujął w dwa palce róg szala kobiety, poprawiając go niedbale, bardziej z nawyku niż z czułości. Być może chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie nie zabrał głosu. Zamiast tego ponownie ruszył ku drzwiom.
Cyganka jeszcze przez chwilę stała w miejscu. Moment później ruszyła za nim. Bokiem, z twarzą zwróconą w stronę drzew, jakby nie chciała odwrócić się zbyt nagle, nazbyt pewnie. Spojrzała jeszcze raz w stronę drzew.
Tam, gdzie mrok był już wyjątkowo gęsty, praktycznie nocny, nie wieczorny, przez ułamek sekundy coś się poruszyło. Płynnie, zbyt cicho. Potem znowu nic. Ruch ustał. Nic się nie stało.
Kobieta odwróciła się pierwsza. Otworzyła ciężkie drzwi do budynku, które zaskrzypiały przeciągle. Nie zgrzytem stali, tylko jakby... ...głębokim westchnieniem. Wchodząc, odezwała się niemal z rezygnacją:
- Andiamo - mruknęła. - Qualsiasi cosa sia, non è ancora tempo per incontrarla - słowa miękko przecięły ciszę, rozpraszając ją jak kamień wrzucony w gładką taflę.
Mężczyzna ruszył za nią, jeszcze przez sekundę zerkając przez ramię. Jego spojrzenie prześlizgnęło się dokładnie po miejscu, gdzie (ukryci w cieniu) stali Prudence i Romulus. Nie widział ich. Ale coś w jego spojrzeniu mówiło, że czuł.
Psy wbiegły do budynku, gospodarze również zniknęli w środku. Nie odwracając się, nie czekając. Drzwi przymknęły się za nimi same. Nie gwałtownie, lecz jakby powietrze postanowiło je domknąć. Zapadła cisza.
To był ten moment. Perfekcyjna chwila na to, co oboje zagubieni planowali zrobić. Tyle tylko, że każdy w swoim zakresie i na swój indywidualny sposób. Efekt końcowy teoretycznie nie miał być od siebie wyjątkowo różny. Wykonanie? A jakże.
Romulus nie wahał się ani chwili. Nie było w tym żadnej wielkiej logiki, żadnej rozwiniętej strategii ani choćby pozoru planu. Była decyzja. Szybka, impulsywna, może nawet lekkomyślna. Z tych, które podejmuje się nie głową, lecz całym pozostałym ciałem.
Zanim Prudence zdążyła zapytać, co kombinuje (bowiem ona kombinowała wiele), chwycił ją w ramiona jak bohater tandetnego romansu i skoczył. Jego ciało z zaskakującą gracją wygięło się w powietrzu. Zdecydowanie miał w sobie coś z konika polnego albo dobrze wytrenowanej żaby. Może to przez nieco przydługie kończyny, może przez wyraz twarzy, który tak często balansował na granicy błyskotliwej czujności i nieobliczalnego szaleństwa.
Faktem pozostawało jedno: skok był naprawdę dobry. Nie była to elegancja godna arystokraty, lecz sprężysty zryw istoty, która zna ciężar własnego ciała i wie jak z odpowiednim impetem przerzucić go nad krawędzią.
Dobrze wycelował. Teoretycznie. Ale rzeczywistość miała wobec nich inne plany.
Bo zgodnie z wszystkimi prawami fizyki, jakie obowiązywały od tysięcy lat (i jakich nawet magia nie łamała bez konsekwencji) powinni wylądować z pluskiem w ciemnej toni.
W teorii ich ciała powinny rozbić się o chłodną taflę, zniknąć na moment pod powierzchnią, po czym wynurzyć się z pluskiem i serią przekleństw. Tyle tylko, że w momencie, w którym ich ciała powinny spotkać się z lodowatą wodą, wydarzyło się coś zgoła innego.
Nie spadali. Wynurzali się.
Przynajmniej metaforycznie, choć towarzyszyło temu wrażenie wilgoci i zimna. Jednak ich ciała były zupełnie suche. Co bardziej szokujące, nagle znaleźli się nie w toni, lecz pośród gęstych krzaków jeżyn. Ich ciała, zamiast opaść w wodę, osunęły się w plątaninę cierni, liści i twardej ziemi. A może były tam od dłuższego czasu?
Zamrugali niemal w tym samym momencie, zsynchronizowani przez to dziwne wyrwanie z rzeczywistości. Choć może wręcz przeciwnie?
Nie było już zapory, nie było wodospadu, nie było nawet śladu po wodzie. Zamiast mokrej skały i zimnego jeziora, znaleźli się w niewielkim zagajniku. Ciemność była gęsta, zaledwie nieznacznie rozświetlana migotliwym światłem ogniska, którego nie widzieli, ale którego pomarańczowe odbicia igrały na liściach jeżyn.
Szybko mogli zorientować się, że siedzą w czymś, co przypominało klatkę splecioną z ich kolczastych pędów. Na tyle grubych, że trudno byłoby je przebić. Na tyle elastycznych, że zaklęcie musiałoby być naprawdę solidne, aby je rozwalić.
Prudence trzymała przy dłoni coś, co z pozoru mogło uchodzić za różdżkę, ale przy bliższym spojrzeniu było tylko zwykłym kawałkiem gałęzi. To tłumaczyłoby, dlaczego wcześniejsze zaklęcie nie zadziałało. Romulus nadal nie miał swojej.
Zza jeżyn, od strony czegoś, co prawdopodobnie było drugą polanką, dało się słyszeć poruszenie. Liście zaszeleściły, coś chrupnęło pod czyjąś łapą lub kopytem. Zdecydowanie nie pod butem. Dźwięk nie brzmiał ludzko.
Sekundy potem do więźniów dobiegły także inne odgłosy: cmokanie, pstryknięcie zapalniczki i charakterystyczny odgłos kaszlu. W nozdrza obojga uderzył zapach. Znajomy. Tytoniowy. Papierosowy. I nie byle jaki: pachniało dokładnie tą marką, jaką paliła Prudence. Czymkolwiek albo kimkolwiek były tamte osoby, ewidentnie jarały szlugi.
Szelest. Ktoś się podniósł albo przynajmniej przeciągnął. Liście za klatką poruszyły się, ale nie rozchyliły. Oczy obojga dopiero zaczynały się przyzwyczajać, kiedy zza jeżyn dobiegły pierwsze głosy. Piskliwe, chropowate, na skali dźwięku brzmiące gdzieś między skrzekiem a chrobotaniem łopaty o beton.
Brzmiały tak, jakby ktoś postanowił wziąć dwóch drobnych rzezimieszków z Nokturnu i odjąć im po sto centymetrów wzrostu.
- Kurrr...wa - wychrypiał jeden z nich, tonem typowym dla kogoś, kto raczył struny głosowe co najmniej kilkudziesięcioma latami wdychania dymu papierosowego i najpewniej ze dwoma wiekami głośnych narzekań.
- No przecież mówiłem ci, że tamte miały inny filtr. Inny smak - drugi głos był bardziej piskliwy, zdyszany, ale też brzmiał, jakby należał do kogoś, kto od dzieciństwa jara wszystko, co da się wypalić. - Dlatego nigdy nie kupuję byle gówna - zachrypnięty głos zaciągnął się głęboko powietrzem, zacharczał i splunął; odgłos był tak ludzki, że aż absurdalny.
- Ty nic nie kupujesz, ty kradniesz - ten pierwszy brzmiał teraz na lekko obrażony, jakby jego właściciel właśnie przypomniał sobie o dawnej niesprawiedliwości.
- No jasne, bo ty masz sakiewkę wypchaną galeonami, nie? - Zadrwił głos, po czym zapadło chwilowe milczenie.
Nie byli w stanie stwierdzić, ile minęło, gdy dźwięki znów wypełniły powietrze.
- Poza tym - - zawahał się. - W sumie, skoro już mamy tu... ...to... ...może... ...może by tak...? - - Tym razem głos był bardziej rechoczący, brzmiała w nim niemal dziecięca ekscytacja.
- Zjeść ich? - Drugi zawtórował mu niemal z przesadnym entuzjazmem. - No nie gadaj, że też o tym pomyślałeś! - Roześmiali się prawie jednocześnie.
Najwidoczniej był to żart wysokich lotów. Przynajmniej dla nich.
- Kurrr...wa, ale Szef - westchnął ten pierwszy...
...a może drugi? Cholera wiedziała. Któryś z nich. Jeśli był jakiś trzeci, milczał. Szefa najwyraźniej też nie było.
- To może tylko nadgryźć? Tak trochę? Testowo? Czy już są mięciutcy? Czy są pyszni? - - Zapytał jego rozmówca z wyraźną nadzieją.
Ognisko strzeliło iskrami. Krzaki poruszyły się delikatnie na wietrze. Gdzieś ponad głowami Romulusa i Prudence przemknął nietoperz.
Zapadła cisza, przynajmniej na teraz. Odpowiedzi nie było, więc testowy gryz chyba nie wchodził w grę. A może był właśnie rozważany w porozumiewawczym milczeniu?
Tak czy siak, od strony krzaków dobiegał tylko trzask palonych gałęzi i lekki, ostry zapach tytoniu. Liście poruszały się w chłodnych podmuchach, ale stworzenia milczały. Oczekiwanie zawisło w powietrzu jak dym: ciężkie, lepkie, nieprzyjemne. Zimno nocy zaczęło się wciskać między pędy jeżyn i wsiąkać pod ubrania. Klatka pozostawała zamknięta. Równie dobrze mogła być zbudowana z żelaza.
Tym sprzed chwili. Teraz już nie. Nie było słychać jego dźwięku. Teraz zniknęły niemal wszystkie odgłosy. Wszystkie, prócz głosów tych dwojga. Te nadal były głośne i wyraźne. Bardzo klarowne, nawet jeśli niezrozumiałe ze względu na język, w jakim wybrzmiewały.
W momencie, w którym Prudence postanowiła podjąć próbę rozproszenia ewentualnej iluzji, psy wydały z siebie głuchy, gardłowy pomruk, ale nie ruszyły się z miejsca. Zaklęcie nie zadziałało. Nic się nie zmieniło, jednak nieznajoma przystanęła i poruszyła się niespokojnie.
Nerwowym ruchem otuliła szalem ramiona, choć wiatr był ledwie wyczuwalny. Błysk przeciął powietrze, gdy przesunęła palcami po metalowym pierścieniu, który nosiła na serdecznym palcu. Jej spojrzenie zbłądziło ku początkowi ścieżki na dziedziniec.
- C'è di nuovo - powiedziała cicho, niespokojnie mrużąc oczy. - Tra i rami, vicino alla pietra spezzata. Guarda... ...dietro la nebbia. Ci osserva - to mówiąc, zrobiła pół kroku w kierunku dwójki przybyszów, jednak moment później na nowo zatrzymała się w miejscu. - Lo vedi anche tu, vero? Quel bagliore... ...dietro i rami. Non appartiene a questo lato - przekręciła głowę lekko w bok.
Przez chwilę wydawało się, że spojrzała dokładnie w miejsce, gdzie stali Prudence i Romulus. Ale nie zatrzymała tam wzroku. Raczej… zawahała się, jakby coś mogło tam być, ale było zbyt głęboko ukryte pod osłoną zapadającego zmierzchu, żeby to widziała.
Natomiast blondyn, dotąd nieruchomy jak posąg, wychylił się we wskazanym kierunku, unosząc dłoń. Spojrzał wpierw na ciemnowłosą, później na psy, gestem dając do zrozumienia, że nasłuchuje. Palce drugiej dłoni zacisnął przy tym na rzemyku zawieszonym na szyi, powoli przymykając oczy i kiwając głową.
- Sì. Sta spiando… ...come se cercasse il momento giusto per passare - blond loki nieznajomego poruszyły się lekko, jakby coś (niekoniecznie powietrze; to nie był zwykły podmuch wiatru, bowiem ten zamilkł) przeleciało między nim a jego towarzyszką.
- Non dovrebbe essere qui. Non ancora - rzucił przez zęby, moment później biorąc głęboki, wymuszony wdech.
Jego głos był niski, aksamitny. Nie przypominał gardłowych dźwięków ani syczenia, jakiego można byłoby spodziewać się po sposobie, w który zabrał głos. Nadal brzmiał zadziwiająco miękko.
Przez chwilę oboje milczeli. Nawet psy nie wydawały dźwięku. W końcu kobieta znów otworzyła usta, odzywając się. Teoretycznie cicho, niemal bezdźwięcznie, jednak dla dwojga zbłąkanych te słowa wciąż zabrzmiały tak, jakby stała obok.
- Forse ci guarda perché ha paura - uśmiechnęła się smutno.
Gdzieś w lesie coś jakby westchnęło... ...a może to był tylko wiatr przelatujący przez szczelinę, która nigdy nie powinna była powstać?
Na ten dźwięk, kobieta splunęła jednak przez ramię. Bardziej rytualnym niż odruchowym gestem. Potem nachyliła się i położyła dłoń na ziemi, jakby uspokajała coś ukrytego pod powierzchnią.
- Finché la tela tiene, non toccherà il nostro tempo... ...ma trema - skinęła lekko głową, jakby potwierdzała coś, co wiedziała już wcześniej.
Jej towarzysz spojrzał na nią kątem oka. Ujął w dwa palce róg szala kobiety, poprawiając go niedbale, bardziej z nawyku niż z czułości. Być może chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie nie zabrał głosu. Zamiast tego ponownie ruszył ku drzwiom.
Cyganka jeszcze przez chwilę stała w miejscu. Moment później ruszyła za nim. Bokiem, z twarzą zwróconą w stronę drzew, jakby nie chciała odwrócić się zbyt nagle, nazbyt pewnie. Spojrzała jeszcze raz w stronę drzew.
Tam, gdzie mrok był już wyjątkowo gęsty, praktycznie nocny, nie wieczorny, przez ułamek sekundy coś się poruszyło. Płynnie, zbyt cicho. Potem znowu nic. Ruch ustał. Nic się nie stało.
Kobieta odwróciła się pierwsza. Otworzyła ciężkie drzwi do budynku, które zaskrzypiały przeciągle. Nie zgrzytem stali, tylko jakby... ...głębokim westchnieniem. Wchodząc, odezwała się niemal z rezygnacją:
- Andiamo - mruknęła. - Qualsiasi cosa sia, non è ancora tempo per incontrarla - słowa miękko przecięły ciszę, rozpraszając ją jak kamień wrzucony w gładką taflę.
Mężczyzna ruszył za nią, jeszcze przez sekundę zerkając przez ramię. Jego spojrzenie prześlizgnęło się dokładnie po miejscu, gdzie (ukryci w cieniu) stali Prudence i Romulus. Nie widział ich. Ale coś w jego spojrzeniu mówiło, że czuł.
Psy wbiegły do budynku, gospodarze również zniknęli w środku. Nie odwracając się, nie czekając. Drzwi przymknęły się za nimi same. Nie gwałtownie, lecz jakby powietrze postanowiło je domknąć. Zapadła cisza.
To był ten moment. Perfekcyjna chwila na to, co oboje zagubieni planowali zrobić. Tyle tylko, że każdy w swoim zakresie i na swój indywidualny sposób. Efekt końcowy teoretycznie nie miał być od siebie wyjątkowo różny. Wykonanie? A jakże.
Romulus nie wahał się ani chwili. Nie było w tym żadnej wielkiej logiki, żadnej rozwiniętej strategii ani choćby pozoru planu. Była decyzja. Szybka, impulsywna, może nawet lekkomyślna. Z tych, które podejmuje się nie głową, lecz całym pozostałym ciałem.
Zanim Prudence zdążyła zapytać, co kombinuje (bowiem ona kombinowała wiele), chwycił ją w ramiona jak bohater tandetnego romansu i skoczył. Jego ciało z zaskakującą gracją wygięło się w powietrzu. Zdecydowanie miał w sobie coś z konika polnego albo dobrze wytrenowanej żaby. Może to przez nieco przydługie kończyny, może przez wyraz twarzy, który tak często balansował na granicy błyskotliwej czujności i nieobliczalnego szaleństwa.
Faktem pozostawało jedno: skok był naprawdę dobry. Nie była to elegancja godna arystokraty, lecz sprężysty zryw istoty, która zna ciężar własnego ciała i wie jak z odpowiednim impetem przerzucić go nad krawędzią.
Dobrze wycelował. Teoretycznie. Ale rzeczywistość miała wobec nich inne plany.
Bo zgodnie z wszystkimi prawami fizyki, jakie obowiązywały od tysięcy lat (i jakich nawet magia nie łamała bez konsekwencji) powinni wylądować z pluskiem w ciemnej toni.
W teorii ich ciała powinny rozbić się o chłodną taflę, zniknąć na moment pod powierzchnią, po czym wynurzyć się z pluskiem i serią przekleństw. Tyle tylko, że w momencie, w którym ich ciała powinny spotkać się z lodowatą wodą, wydarzyło się coś zgoła innego.
Nie spadali. Wynurzali się.
Przynajmniej metaforycznie, choć towarzyszyło temu wrażenie wilgoci i zimna. Jednak ich ciała były zupełnie suche. Co bardziej szokujące, nagle znaleźli się nie w toni, lecz pośród gęstych krzaków jeżyn. Ich ciała, zamiast opaść w wodę, osunęły się w plątaninę cierni, liści i twardej ziemi. A może były tam od dłuższego czasu?
Zamrugali niemal w tym samym momencie, zsynchronizowani przez to dziwne wyrwanie z rzeczywistości. Choć może wręcz przeciwnie?
Nie było już zapory, nie było wodospadu, nie było nawet śladu po wodzie. Zamiast mokrej skały i zimnego jeziora, znaleźli się w niewielkim zagajniku. Ciemność była gęsta, zaledwie nieznacznie rozświetlana migotliwym światłem ogniska, którego nie widzieli, ale którego pomarańczowe odbicia igrały na liściach jeżyn.
Szybko mogli zorientować się, że siedzą w czymś, co przypominało klatkę splecioną z ich kolczastych pędów. Na tyle grubych, że trudno byłoby je przebić. Na tyle elastycznych, że zaklęcie musiałoby być naprawdę solidne, aby je rozwalić.
Prudence trzymała przy dłoni coś, co z pozoru mogło uchodzić za różdżkę, ale przy bliższym spojrzeniu było tylko zwykłym kawałkiem gałęzi. To tłumaczyłoby, dlaczego wcześniejsze zaklęcie nie zadziałało. Romulus nadal nie miał swojej.
Zza jeżyn, od strony czegoś, co prawdopodobnie było drugą polanką, dało się słyszeć poruszenie. Liście zaszeleściły, coś chrupnęło pod czyjąś łapą lub kopytem. Zdecydowanie nie pod butem. Dźwięk nie brzmiał ludzko.
Sekundy potem do więźniów dobiegły także inne odgłosy: cmokanie, pstryknięcie zapalniczki i charakterystyczny odgłos kaszlu. W nozdrza obojga uderzył zapach. Znajomy. Tytoniowy. Papierosowy. I nie byle jaki: pachniało dokładnie tą marką, jaką paliła Prudence. Czymkolwiek albo kimkolwiek były tamte osoby, ewidentnie jarały szlugi.
Szelest. Ktoś się podniósł albo przynajmniej przeciągnął. Liście za klatką poruszyły się, ale nie rozchyliły. Oczy obojga dopiero zaczynały się przyzwyczajać, kiedy zza jeżyn dobiegły pierwsze głosy. Piskliwe, chropowate, na skali dźwięku brzmiące gdzieś między skrzekiem a chrobotaniem łopaty o beton.
Brzmiały tak, jakby ktoś postanowił wziąć dwóch drobnych rzezimieszków z Nokturnu i odjąć im po sto centymetrów wzrostu.
- Kurrr...wa - wychrypiał jeden z nich, tonem typowym dla kogoś, kto raczył struny głosowe co najmniej kilkudziesięcioma latami wdychania dymu papierosowego i najpewniej ze dwoma wiekami głośnych narzekań.
- No przecież mówiłem ci, że tamte miały inny filtr. Inny smak - drugi głos był bardziej piskliwy, zdyszany, ale też brzmiał, jakby należał do kogoś, kto od dzieciństwa jara wszystko, co da się wypalić. - Dlatego nigdy nie kupuję byle gówna - zachrypnięty głos zaciągnął się głęboko powietrzem, zacharczał i splunął; odgłos był tak ludzki, że aż absurdalny.
- Ty nic nie kupujesz, ty kradniesz - ten pierwszy brzmiał teraz na lekko obrażony, jakby jego właściciel właśnie przypomniał sobie o dawnej niesprawiedliwości.
- No jasne, bo ty masz sakiewkę wypchaną galeonami, nie? - Zadrwił głos, po czym zapadło chwilowe milczenie.
Nie byli w stanie stwierdzić, ile minęło, gdy dźwięki znów wypełniły powietrze.
- Poza tym - - zawahał się. - W sumie, skoro już mamy tu... ...to... ...może... ...może by tak...? - - Tym razem głos był bardziej rechoczący, brzmiała w nim niemal dziecięca ekscytacja.
- Zjeść ich? - Drugi zawtórował mu niemal z przesadnym entuzjazmem. - No nie gadaj, że też o tym pomyślałeś! - Roześmiali się prawie jednocześnie.
Najwidoczniej był to żart wysokich lotów. Przynajmniej dla nich.
- Kurrr...wa, ale Szef - westchnął ten pierwszy...
...a może drugi? Cholera wiedziała. Któryś z nich. Jeśli był jakiś trzeci, milczał. Szefa najwyraźniej też nie było.
- To może tylko nadgryźć? Tak trochę? Testowo? Czy już są mięciutcy? Czy są pyszni? - - Zapytał jego rozmówca z wyraźną nadzieją.
Ognisko strzeliło iskrami. Krzaki poruszyły się delikatnie na wietrze. Gdzieś ponad głowami Romulusa i Prudence przemknął nietoperz.
Zapadła cisza, przynajmniej na teraz. Odpowiedzi nie było, więc testowy gryz chyba nie wchodził w grę. A może był właśnie rozważany w porozumiewawczym milczeniu?
Tak czy siak, od strony krzaków dobiegał tylko trzask palonych gałęzi i lekki, ostry zapach tytoniu. Liście poruszały się w chłodnych podmuchach, ale stworzenia milczały. Oczekiwanie zawisło w powietrzu jak dym: ciężkie, lepkie, nieprzyjemne. Zimno nocy zaczęło się wciskać między pędy jeżyn i wsiąkać pod ubrania. Klatka pozostawała zamknięta. Równie dobrze mogła być zbudowana z żelaza.