20.05.2025, 09:47 ✶
Obie bardzo szybko zrozumiałyście, że Teresa McKinnon (o ile nie skłamała na temat swojego imienia!) nie należała do ludzi prostych, a to natomiast poddawało wątpliwości jej ewentualne zeznania. Ba, nie tylko zeznania, ale i wszystko co powiedziała dotychczas – bo to było nieco niewiarygodne – to jak bardzo w centrum wszystkich wydarzeń mogła znaleźć się jedna (!) malutka osoba.
Na usta cisnęło się słowo: cud.
Ale cuda czasami się zdarzały, tak?
Nic nie mówiła. Słuchała tego, co ma do powiedzenia Lorraine, a jej mina stawała się coraz bardziej teatralnie głupkowata. Zaczęło się od zwątpienia, później coraz szerzej otwierała usta. Musiała brać to za jakiś komiczny, teatralny występ, a później wpaść w dosyć skuteczne sidła, chociaż wyraźnie nie stworzyły dokładnie takiej narracji, która ostatecznie przekonałaby ją do narracji, jaką dziewczyna chciała jej sprzedać. Przez omotanie przebijały się zwątpienie i podejrzliwość.
– Gwarantuję wam, że jeżeli o mnie cokolwiek napiszecie, stanę się jeszcze bardziej upierdliwa – zagroziła, ewidentnie niezainteresowana rozgłosem, jaki chciano jej ofiarować, a przynajmniej sugerowano taką możliwość. – Prawda jest taka, że nie mam zbyt wiele do powiedzenia. Byłam cholernie ciekawska i chociaż zakazano wchodzić do Kniei, coś mnie niesamowicie skusiło, więc szłam… szłam do pewnego punktu, do kręgu kamieni na polanie na wschód od Polany Ognisk, a później zobaczyłam przy tych kamieniach wielkie, czarne jak smoła ślepia tego… czegoś…
Wzruszyła ramionami.
– Nie wiem co to kurwa jest. Gdyby coś miało wyglądać jak strach i smutek, to pewnie byłoby to. I czułam się przy tym – oh jak ona dziwnie, brzmiała, jej głos nagle stał się tak piskliwy, że przypomniało wam się ujadanie Jęczącej Marty Warren – jakby już nic dobrego miało mnie nie spotkać. – Bawiła się przy tym włosami, nakręcając niedbałe pasma na palec. Mimo tego gestu, obie wyczułyście w tym głęboki stres.
Historia, jaką miała wam do przekazania i o której mówiła, nie była szczególnie odkrywcza jeżeli chodziło o emocje – bo to były rzeczy, które dało się usłyszeć już wcześniej. Głęboki, irytujący chłód, przerażenie. Mówiła dużo i intensywnie o uczuciach i niekoniecznie skupiała się w tej opowieści na innych aspektach, ale jedno było wyraźne i przykuło waszą uwagę – to nie było tak, że Teresa ginęła i odradzała się w tym lesie w nieskończoność, próbując dotrzeć do Doliny. Ona osłabiona chowała się w kręgu kamieni i tam próbowała to jakoś przeczekać, ale nie miała wyczucia i wybierała kiepskie momenty na ucieczkę, albo te istoty czaiły się tam i czekały aż popełni błąd. Nie wyglądało na to, że wcześniej próbowała was w jakiś sposób oszukać. Ona chyba… niekoniecznie powiązała to w taki sposób. Byłyście od niej bardziej spostrzegawcze.
A przynajmniej takie miałyście wrażenie po tym niezbyt emocjonującym wywodzie.
– I tak nikt nie przyjdzie na mój pogrzeb – stwierdziła wreszcie po dłuższej pauzie. – Wypuśćcie mnie po prostu, nie róbmy z tego wielkiej afery…
Na usta cisnęło się słowo: cud.
Ale cuda czasami się zdarzały, tak?
Nic nie mówiła. Słuchała tego, co ma do powiedzenia Lorraine, a jej mina stawała się coraz bardziej teatralnie głupkowata. Zaczęło się od zwątpienia, później coraz szerzej otwierała usta. Musiała brać to za jakiś komiczny, teatralny występ, a później wpaść w dosyć skuteczne sidła, chociaż wyraźnie nie stworzyły dokładnie takiej narracji, która ostatecznie przekonałaby ją do narracji, jaką dziewczyna chciała jej sprzedać. Przez omotanie przebijały się zwątpienie i podejrzliwość.
– Gwarantuję wam, że jeżeli o mnie cokolwiek napiszecie, stanę się jeszcze bardziej upierdliwa – zagroziła, ewidentnie niezainteresowana rozgłosem, jaki chciano jej ofiarować, a przynajmniej sugerowano taką możliwość. – Prawda jest taka, że nie mam zbyt wiele do powiedzenia. Byłam cholernie ciekawska i chociaż zakazano wchodzić do Kniei, coś mnie niesamowicie skusiło, więc szłam… szłam do pewnego punktu, do kręgu kamieni na polanie na wschód od Polany Ognisk, a później zobaczyłam przy tych kamieniach wielkie, czarne jak smoła ślepia tego… czegoś…
Wzruszyła ramionami.
– Nie wiem co to kurwa jest. Gdyby coś miało wyglądać jak strach i smutek, to pewnie byłoby to. I czułam się przy tym – oh jak ona dziwnie, brzmiała, jej głos nagle stał się tak piskliwy, że przypomniało wam się ujadanie Jęczącej Marty Warren – jakby już nic dobrego miało mnie nie spotkać. – Bawiła się przy tym włosami, nakręcając niedbałe pasma na palec. Mimo tego gestu, obie wyczułyście w tym głęboki stres.
Historia, jaką miała wam do przekazania i o której mówiła, nie była szczególnie odkrywcza jeżeli chodziło o emocje – bo to były rzeczy, które dało się usłyszeć już wcześniej. Głęboki, irytujący chłód, przerażenie. Mówiła dużo i intensywnie o uczuciach i niekoniecznie skupiała się w tej opowieści na innych aspektach, ale jedno było wyraźne i przykuło waszą uwagę – to nie było tak, że Teresa ginęła i odradzała się w tym lesie w nieskończoność, próbując dotrzeć do Doliny. Ona osłabiona chowała się w kręgu kamieni i tam próbowała to jakoś przeczekać, ale nie miała wyczucia i wybierała kiepskie momenty na ucieczkę, albo te istoty czaiły się tam i czekały aż popełni błąd. Nie wyglądało na to, że wcześniej próbowała was w jakiś sposób oszukać. Ona chyba… niekoniecznie powiązała to w taki sposób. Byłyście od niej bardziej spostrzegawcze.
A przynajmniej takie miałyście wrażenie po tym niezbyt emocjonującym wywodzie.
– I tak nikt nie przyjdzie na mój pogrzeb – stwierdziła wreszcie po dłuższej pauzie. – Wypuśćcie mnie po prostu, nie róbmy z tego wielkiej afery…