20.05.2025, 21:45 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2025, 22:14 przez Lorraine Malfoy.)
Lorraine nie była buntowniczką i nigdy nie chciała nią być. Nie chciała łamać zasad, ale nie chciała też ich spisywać. Zasady ograniczały. Dlaczego miałaby kogokolwiek ograniczać, skoro sama nie chciała być ograniczaną? Znała ludzi, którzy granice obsesyjnie przekraczali, którzy chcieli je niszczyć i przestawiać, ale ona, och, ona zawsze chciała tańczyć na ich krawędzi. "Czego chcesz, Lorraine?", spytała ją Maeve głosem dusznym jak sierpniowy skwar, gdy stały na balkonie posiadłości Edgara Claytona, zdewastowanej przez wściekły tłum, i patrzyły na rozciagającą się w dole panoramę Nokturnu, rozbrzmiewającą w nocy polifonią głosów. "Chcę być kochana i kochać", odpowiedziała jej wtedy zgodnie z prawdą, przylgnąwszy policzkiem do jej policzka. "Chcę, żeby ten wieczór był dla ciebie wyjątkowy, moja słodka ptaszyno. Nieważne, czy miałabym w tym celu zatańczyć na krawędzi balustrady, czy po prostu pozwolić zepchnąć się z tego balkonu." Lorraine nie była silna. Nie w taki sposób, w jaki myślał o tym Anthony. Potrafiła być silna dla ludzi, których kochała, a przed resztą potrafiła udawać. Była już jednak tak bardzo zmęczona udawaniem: jak bardzo, zrozumiała dopiero kilka dni temu, na koncercie Muzy.
Dlatego ostatecznie, Lorraine nie powiedziała nic na słowa Anthony'ego. Siedziała, wbijając wzrok w złożone na podołku dłonie, nie przestając obracać na palcu rodowego pierścionka, którego ciężar zawsze zdawał się jej kojącym. Spuszczone oczy pieściły precyzyjne żłobienia, polerowane srebro, na którym wygrawerowano herb Malfoyów, jej gesty tak podobne do gestów Armanda.
Z jakiegoś powodu, wszystko to, co powiedział Anthony, brzmiało źle.
Powinno brzmieć dobrze, bo powiedział jej przecież same dobre rzeczy, ale wszystkie brzmiały źle. Po prostu źle.
Może to ona była zła. Może zawsze była. Bo Lorraine Malfoy była złą osobą, ale Anthony Shafiq był dobry – starał się być dobry – a, co ważniejsze, starał się być dobry dla niej. Bo nawet jeżeli jego słowa nie były dobre, Lorraine wiedziała, że stały za nimi dobre intencje.
Lorraine też mogła się postarać, aby być dobra dla niego.
"Tak, chcesz być kochana i kochać. Szkoda, że każdego, kto będzie dla ciebie względnie miły", usłyszała w myślach kąśliwy komentarz Maeve.
Przełknęła łzy. Były gorzkie, ale przeciwieństwie do słodyczy, nigdy nie stawały jej w gardle. Poczuła się mała, mniejsza od Fridy, którą zostawiła dzisiaj pod opieką Madeleine i Jamesa Malouelów, w ich przytulnej kamieniczce na Nokturnie. Nie jego Nokturnie, pomyślała, patrząc tępo na kieliszek Anthony'ego, tylko ich Nokturnie. Bo po co Anthony'emu był Nokturn? Po co po niego sięgał? Dlaczego zamiast tego nie sięgał po dłoń Lorraine?
"Ruszymy na tę wojną razem", mówił z ekscytacją Anthony, a Lorraine nie mogła pozbyć się wspomnienia wymizerowanej twarzy Stanleya, który wpatrywał się w wyciagnięty z regału tomik wierszy, jego mina wzniosła, a postawa przepełniona szacunkiem, jak przystało na śmierciożercę czytającego na głos mugolską poezję. "Wojna to coś więcej, niż jedna bitwa czy nawet dwie", powiedział w końcu, zatrzaskując książkę. "To seria potyczek. To gra, którą się toczy dniami... Tygodniami... Miesiącami... Czasami całą wieczność."
Miała ochotę skulić się w sobie. Poszukać dłoni ojca, aby otarł jej łzy, które nie popłynęły. Aby ją przytulił, i powiedział, że wszystko będzie dobrze. Że tu, na Nokturnie, zawsze będzie bezpieczna. Że tu nie dosięgnie jej żadna wojna. Bo wojny, mawiał Armand, są jak kleksy atramentu na żywopisie dziejów. Nawet bogowie czasem za mocno przyciskają pióro do papieru, pochłonięci pisaniem. Jego dłonie zawsze poznaczone były atramentem, a Lorraine lubiła myśleć, że musiały mieć przez to moc rozpętać i zażegnać każdą wojnę... Tylko nie tę, którą sama mu wypowiedziała. Wciąż jednak chronił ją przed jej obliczem, tak jak wtedy, gdy posłał jej w prezencie truchło rozkładającej się synogarlicy, zaklinając woń hiacyntów w miejsce trupiego fetoru.
Baldwin miał rację. Jej bliscy nie byli bezbronnymi ofiarami wojny. Jej bliscy... Pomyślała o Maeve, urodzonej i wychowanej na Podziemnych Ścieżkach. Maeve, która była silniejsza od wszystkich znanych jej ludzi i sprytniejsza od grasujących po Nokturnie kotów. Maeve, Trucicielka, bardziej zabójcza niż trujące grzyby porastające mury katakumb, mieniące się w ciemności kolorami jej włosów. Kolorami płócien Baldwina. Kolorami wierszy ojca... Ale czy na pewno kolorami wizji Anthony'ego?
– Poznasz mój warunek wtedy, gdy pokażesz mi jego freski – wyszeptała, podnosząc się z krzesła. Gdy przytuli policzek do ściany, którą Baldwin pomazał swoją krwią, wszystko będzie dobrze, przekonywała się. Po prostu potrzebowała jego dłoni. Choćby były tylko wspomnieniem, podobnym do tępego pobolewania promieniującego od barku. Jej mężny Samson nie mógł jej ukarać. Nie tak, jak tego potrzebowała. – Chodźmy. Chcę, żebyśmy poszli tam razem. Po to tutaj przyszłam. Po to, żebyś potrzymał mnie za rękę, gdy będziemy je oglądać. Jakbyśmy byli na przedstawieniu w teatrze... W teatrze Selwynów. Powiedz mi, co się tam stało.
Niejako z wahaniem podeszła bliżej, sięgnąwszy po dłoń Anthony'ego, splatając swoje palce z jego palcami. Gdyby obok był ojciec – gdyby obok był Armand – uklękłaby przy nim, złożyła głowę na jego kolanach, pozwalając, aby pogładził ją po rozsypanych włosach. Przytuliłaby się do niego potem, podglądając mu ponad ramieniem, co pisze. Po tych wszystkich latach obawiała się, że nie może pozwolić sobie na podobne pieszczoty z Anthonym, choć przecież patrzył na nią tak ciepło, tak czule, tak... Tak inaczej niż wtedy, w bibliotece, kiedy spotkali się po raz pierwszy. Wtedy oglądał ją jak młodą klacz na pokazie – nawet jeśli wiedziała teraz, że jako amator smoczych hodowli, nigdy do końca nie mógł docenić piękna koni – ich siła, układ mięśni, gracja były niczym w porównaniu do potęgi, którą niosły ze sobą magiczne gady, choć ładna krzywizna szyi, symetria twarzy przełamana małym detalem... Pozostawały wciąż estetycznym wrażeniem, które można było docenić. Tylko że Lorraine nie była klaczą startującą w pokazach. Nie była też koniem, na którego Anthony mógłby postawić w wyścigu i wygrać. Ale jeżeli tego potrzebujesz, możesz się na mnie oprzeć, chciała mu powiedzieć. W końcu Lorraine była silna, taka kurewsko silna: nie krzywiła się już nawet, gdy poruszała barkiem. Oczy jej błyszczały jak u przejętego dziecka, gdy czekała, aż Anthony ujmie ją pod ramię, umyślnie podstawiając mu to, które pozostawało w pełni sprawne – gdy czekała, aż poprowadzi ją do wnętrza domu, żeby mogła zobaczyć freski pokrywające jego ściany. Bo była tylko głupią dziewczynką, która kochała sztukę, i kwiaty, i muzykę, i która chciała być kochaną tak mocno, jak sama kochała.
– Czy czujesz się już lepiej? Czy ci ludzie... zrobili ci jaką krzywdę? – Przysiadając na oparciu jego krzesła zadała wreszcie pytanie, które przychodząc tutaj, zadałaby jako pierwsze, gdyby tylko nie przestraszył jej powagą w sposobie, w jakim mówił o ich spotkaniu. Spotkanie biznesowe, tak to nazwał: spełniła więc jego oczekiwania wobec właściwego decorum, nie wyrywając się z pytaniami o zdrowie wtedy, gdy wolał roztrząsać wspólne interesy. – Powiedz mi, i nie trzymaj mnie, proszę, dłużej w niepewności, kiedy ja ciebie trzymam w objęciach.
Dlatego ostatecznie, Lorraine nie powiedziała nic na słowa Anthony'ego. Siedziała, wbijając wzrok w złożone na podołku dłonie, nie przestając obracać na palcu rodowego pierścionka, którego ciężar zawsze zdawał się jej kojącym. Spuszczone oczy pieściły precyzyjne żłobienia, polerowane srebro, na którym wygrawerowano herb Malfoyów, jej gesty tak podobne do gestów Armanda.
Z jakiegoś powodu, wszystko to, co powiedział Anthony, brzmiało źle.
Powinno brzmieć dobrze, bo powiedział jej przecież same dobre rzeczy, ale wszystkie brzmiały źle. Po prostu źle.
Może to ona była zła. Może zawsze była. Bo Lorraine Malfoy była złą osobą, ale Anthony Shafiq był dobry – starał się być dobry – a, co ważniejsze, starał się być dobry dla niej. Bo nawet jeżeli jego słowa nie były dobre, Lorraine wiedziała, że stały za nimi dobre intencje.
Lorraine też mogła się postarać, aby być dobra dla niego.
"Tak, chcesz być kochana i kochać. Szkoda, że każdego, kto będzie dla ciebie względnie miły", usłyszała w myślach kąśliwy komentarz Maeve.
Przełknęła łzy. Były gorzkie, ale przeciwieństwie do słodyczy, nigdy nie stawały jej w gardle. Poczuła się mała, mniejsza od Fridy, którą zostawiła dzisiaj pod opieką Madeleine i Jamesa Malouelów, w ich przytulnej kamieniczce na Nokturnie. Nie jego Nokturnie, pomyślała, patrząc tępo na kieliszek Anthony'ego, tylko ich Nokturnie. Bo po co Anthony'emu był Nokturn? Po co po niego sięgał? Dlaczego zamiast tego nie sięgał po dłoń Lorraine?
"Ruszymy na tę wojną razem", mówił z ekscytacją Anthony, a Lorraine nie mogła pozbyć się wspomnienia wymizerowanej twarzy Stanleya, który wpatrywał się w wyciagnięty z regału tomik wierszy, jego mina wzniosła, a postawa przepełniona szacunkiem, jak przystało na śmierciożercę czytającego na głos mugolską poezję. "Wojna to coś więcej, niż jedna bitwa czy nawet dwie", powiedział w końcu, zatrzaskując książkę. "To seria potyczek. To gra, którą się toczy dniami... Tygodniami... Miesiącami... Czasami całą wieczność."
Miała ochotę skulić się w sobie. Poszukać dłoni ojca, aby otarł jej łzy, które nie popłynęły. Aby ją przytulił, i powiedział, że wszystko będzie dobrze. Że tu, na Nokturnie, zawsze będzie bezpieczna. Że tu nie dosięgnie jej żadna wojna. Bo wojny, mawiał Armand, są jak kleksy atramentu na żywopisie dziejów. Nawet bogowie czasem za mocno przyciskają pióro do papieru, pochłonięci pisaniem. Jego dłonie zawsze poznaczone były atramentem, a Lorraine lubiła myśleć, że musiały mieć przez to moc rozpętać i zażegnać każdą wojnę... Tylko nie tę, którą sama mu wypowiedziała. Wciąż jednak chronił ją przed jej obliczem, tak jak wtedy, gdy posłał jej w prezencie truchło rozkładającej się synogarlicy, zaklinając woń hiacyntów w miejsce trupiego fetoru.
Baldwin miał rację. Jej bliscy nie byli bezbronnymi ofiarami wojny. Jej bliscy... Pomyślała o Maeve, urodzonej i wychowanej na Podziemnych Ścieżkach. Maeve, która była silniejsza od wszystkich znanych jej ludzi i sprytniejsza od grasujących po Nokturnie kotów. Maeve, Trucicielka, bardziej zabójcza niż trujące grzyby porastające mury katakumb, mieniące się w ciemności kolorami jej włosów. Kolorami płócien Baldwina. Kolorami wierszy ojca... Ale czy na pewno kolorami wizji Anthony'ego?
– Poznasz mój warunek wtedy, gdy pokażesz mi jego freski – wyszeptała, podnosząc się z krzesła. Gdy przytuli policzek do ściany, którą Baldwin pomazał swoją krwią, wszystko będzie dobrze, przekonywała się. Po prostu potrzebowała jego dłoni. Choćby były tylko wspomnieniem, podobnym do tępego pobolewania promieniującego od barku. Jej mężny Samson nie mógł jej ukarać. Nie tak, jak tego potrzebowała. – Chodźmy. Chcę, żebyśmy poszli tam razem. Po to tutaj przyszłam. Po to, żebyś potrzymał mnie za rękę, gdy będziemy je oglądać. Jakbyśmy byli na przedstawieniu w teatrze... W teatrze Selwynów. Powiedz mi, co się tam stało.
Niejako z wahaniem podeszła bliżej, sięgnąwszy po dłoń Anthony'ego, splatając swoje palce z jego palcami. Gdyby obok był ojciec – gdyby obok był Armand – uklękłaby przy nim, złożyła głowę na jego kolanach, pozwalając, aby pogładził ją po rozsypanych włosach. Przytuliłaby się do niego potem, podglądając mu ponad ramieniem, co pisze. Po tych wszystkich latach obawiała się, że nie może pozwolić sobie na podobne pieszczoty z Anthonym, choć przecież patrzył na nią tak ciepło, tak czule, tak... Tak inaczej niż wtedy, w bibliotece, kiedy spotkali się po raz pierwszy. Wtedy oglądał ją jak młodą klacz na pokazie – nawet jeśli wiedziała teraz, że jako amator smoczych hodowli, nigdy do końca nie mógł docenić piękna koni – ich siła, układ mięśni, gracja były niczym w porównaniu do potęgi, którą niosły ze sobą magiczne gady, choć ładna krzywizna szyi, symetria twarzy przełamana małym detalem... Pozostawały wciąż estetycznym wrażeniem, które można było docenić. Tylko że Lorraine nie była klaczą startującą w pokazach. Nie była też koniem, na którego Anthony mógłby postawić w wyścigu i wygrać. Ale jeżeli tego potrzebujesz, możesz się na mnie oprzeć, chciała mu powiedzieć. W końcu Lorraine była silna, taka kurewsko silna: nie krzywiła się już nawet, gdy poruszała barkiem. Oczy jej błyszczały jak u przejętego dziecka, gdy czekała, aż Anthony ujmie ją pod ramię, umyślnie podstawiając mu to, które pozostawało w pełni sprawne – gdy czekała, aż poprowadzi ją do wnętrza domu, żeby mogła zobaczyć freski pokrywające jego ściany. Bo była tylko głupią dziewczynką, która kochała sztukę, i kwiaty, i muzykę, i która chciała być kochaną tak mocno, jak sama kochała.
– Czy czujesz się już lepiej? Czy ci ludzie... zrobili ci jaką krzywdę? – Przysiadając na oparciu jego krzesła zadała wreszcie pytanie, które przychodząc tutaj, zadałaby jako pierwsze, gdyby tylko nie przestraszył jej powagą w sposobie, w jakim mówił o ich spotkaniu. Spotkanie biznesowe, tak to nazwał: spełniła więc jego oczekiwania wobec właściwego decorum, nie wyrywając się z pytaniami o zdrowie wtedy, gdy wolał roztrząsać wspólne interesy. – Powiedz mi, i nie trzymaj mnie, proszę, dłużej w niepewności, kiedy ja ciebie trzymam w objęciach.