21.05.2025, 11:56 ✶
To było wulgarne, ale niekoniecznie z nim rezonowało. Czasami. Po prostu. Nic nie było proste, a jedyną stałą w jego życiu było poszukiwanie przyjemności. Kończące się zwykle tragicznie, ale… nie uczył się na swoich błędach. Jego oczy widziały atrakcyjnego mężczyznę, jego ciało coraz mocniej czuło tęsknotę za cudzym dotykiem i istniało w nim – jak zawsze zresztą – to zło każące mu wpuszczać do myśli obsceniczne obrazy pełne gorąca bijącego od cudzego ciała. Ale były słowa… Odrażające słowa pełne ciemności, która go odrzucała. Nieznane i obce często zestawiał z atrakcyjnością – nieśmiały i zapewne skrzywiony archeolog to coś, czego jeszcze nigdy nie zasmakował, ale tam był też zew krwi i drętwość.
Czasami, po prostu. Czasami po prostu chodziło się na kolację?
Nie, kolacje jakie oferowali mu wiecznie homoseksualni faceci, mające ich w jakiś sposób przybliżyć do siebie, były najgorszym możliwym pomysłem. Kolacje były czymś do czego zmuszał się dla cudzej przyjemności kiedy mu na kimś zależało. Bo nie miał dobrej relacji z jedzeniem. Miał dobrą relację z głośną muzyką, samotnością w tłumie, z narkotykami, z alkoholem. Chciał tańczyć w ciemnej sali pełnej chwilowych błysków kolorowych świateł i ocierać się o cudze ciała raz za razem. Chciał burzyć mury budowane przez bogaczy, wysadzać ich dobrą, ułożoną codzienność i przypominać im o upadlinie z Podziemi, o której lubili zapominać – bo traktowali ją jak brud pod paznokciem, a nie realne zagrożenie swojego zdrowia.
Mylnie.
Za lepszą od kolacji rozrywkę uznałby wybijanie szyb kijem i krzyczenie na całe gardło.
– Zwyczajnie oferuję ci szluga – powiedział spokojnie, unosząc brew. – Poza tym większość ludzi pali – zauważył. Jak grzeczny pies unikał dmuchania dymem w domach Laurenta i Nory, ale przecież wszędzie indziej się paliło. Ściany Waughyego były pożółkłe od papierosowego dymu, w The Loft ludzie potrafili gasić pety na sosnowej boazerii, a w pociągach – bezczelnie wyrzucali je za okno. – Myślisz, że aż tak głęboko cię analizuję? – Zapytał nieco rozbawiony. Miałby rację, chociaż te analizy płynęły w inne miejsce – tam gdzie spływała mu krew, kiedy tylko wyobraźnię nachodziła koncepcja, że ten zepsuty człowiek mógłby wciskać mu język do gardła.
Odwrócił twarz w bok. Roztwarte na oścież okno otworzyło się na zadziwiająco pustą Pokątną. Rzadko widywał ją w takim stanie, bo to była godzina, podczas której dopiero zastanawiał się, czy to pora iść spać. On – wyjątkowo bezczelnie – oparł się łokciami o parapet i wypiął w tył, odpalając trzymanego w ustach papierosa od pstryknięcia palca. To samo chciał uczynić z papierosem Thomasa, ale kiedy wyciągnął do niego rękę ten już trzymał mugolską zapalniczkę. Zamarł w takiej pozycji, nie cofając dłoni. Ręcznie zwijane bletki prezentowały się koszmarnie, ale najwyraźniej mu to nie przeszkadzało.
– A będziesz się tym w ogóle zajmował? – W jego słowach wybrzmiewała zwyczajna ciekawość. – Nie musisz się przejmować tym, że nie możesz powiedzieć mi wszystkiego. – Skwitował jego nagłe zawahanie, wydmuchując w niebo kłąb dymu, który przybrał kształt tygrysa skaczącego przez obręcz wydmuchaną w następnej kolejności.
Czasami, po prostu. Czasami po prostu chodziło się na kolację?
Nie, kolacje jakie oferowali mu wiecznie homoseksualni faceci, mające ich w jakiś sposób przybliżyć do siebie, były najgorszym możliwym pomysłem. Kolacje były czymś do czego zmuszał się dla cudzej przyjemności kiedy mu na kimś zależało. Bo nie miał dobrej relacji z jedzeniem. Miał dobrą relację z głośną muzyką, samotnością w tłumie, z narkotykami, z alkoholem. Chciał tańczyć w ciemnej sali pełnej chwilowych błysków kolorowych świateł i ocierać się o cudze ciała raz za razem. Chciał burzyć mury budowane przez bogaczy, wysadzać ich dobrą, ułożoną codzienność i przypominać im o upadlinie z Podziemi, o której lubili zapominać – bo traktowali ją jak brud pod paznokciem, a nie realne zagrożenie swojego zdrowia.
Mylnie.
Za lepszą od kolacji rozrywkę uznałby wybijanie szyb kijem i krzyczenie na całe gardło.
– Zwyczajnie oferuję ci szluga – powiedział spokojnie, unosząc brew. – Poza tym większość ludzi pali – zauważył. Jak grzeczny pies unikał dmuchania dymem w domach Laurenta i Nory, ale przecież wszędzie indziej się paliło. Ściany Waughyego były pożółkłe od papierosowego dymu, w The Loft ludzie potrafili gasić pety na sosnowej boazerii, a w pociągach – bezczelnie wyrzucali je za okno. – Myślisz, że aż tak głęboko cię analizuję? – Zapytał nieco rozbawiony. Miałby rację, chociaż te analizy płynęły w inne miejsce – tam gdzie spływała mu krew, kiedy tylko wyobraźnię nachodziła koncepcja, że ten zepsuty człowiek mógłby wciskać mu język do gardła.
Odwrócił twarz w bok. Roztwarte na oścież okno otworzyło się na zadziwiająco pustą Pokątną. Rzadko widywał ją w takim stanie, bo to była godzina, podczas której dopiero zastanawiał się, czy to pora iść spać. On – wyjątkowo bezczelnie – oparł się łokciami o parapet i wypiął w tył, odpalając trzymanego w ustach papierosa od pstryknięcia palca. To samo chciał uczynić z papierosem Thomasa, ale kiedy wyciągnął do niego rękę ten już trzymał mugolską zapalniczkę. Zamarł w takiej pozycji, nie cofając dłoni. Ręcznie zwijane bletki prezentowały się koszmarnie, ale najwyraźniej mu to nie przeszkadzało.
– A będziesz się tym w ogóle zajmował? – W jego słowach wybrzmiewała zwyczajna ciekawość. – Nie musisz się przejmować tym, że nie możesz powiedzieć mi wszystkiego. – Skwitował jego nagłe zawahanie, wydmuchując w niebo kłąb dymu, który przybrał kształt tygrysa skaczącego przez obręcz wydmuchaną w następnej kolejności.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.