21.05.2025, 02:04 ✶
Cisza, która zapadła w klatce miała w sobie coś sennego. Milczenie, jakie ogarnęło całą najbliższą okolicę przypominało ten moment tuż przed zaśnięciem, zawieszenie między jawą a snem. Być może to była właśnie ta krótka chwila, w której dałoby się coś ustalić, zrozumieć, poskładać, złapać myśl.
Romulus zadecydował pierwszy. Miał plan, czyż nie?
Jaki?
Kurwa, sprytny.
Bez żadnego ostrzeżenia zaczął krzyczeć, po czym rzucił się na klatkę, na ściany z cierni, na pędy jeżyn grubsze niż jego przedramię. Wydał z siebie dziki wrzask, tak niepasujący do tej ciszy, że powietrze zdawało się reagować nań niemal w fizyczny sposób.
Zrobiło się cięższe, bardziej duszne, nieprzyjemne, ale nie z uwagi na swąd dymu, zapach papierosów czy temperaturę, która nadal była bliska późnojesiennych nocy. Nie zafalowało, tylko zadrżało a potem stało się niemal gęste, lepkie.
Kiedy mężczyzna gołymi rękami złapał za pędy jeżyn, ich ciernie przecięły skórę z obrzydliwą łatwością. Wbiły się w nią miękko, z mlaśnięciem, jak nóż przechodzący przez miąższ dojrzałej, niemal przejrzałej gruszki. Gdy spróbował oderwać dłonie, puszczając rośliny, z jego dłoni pociekła krew, jednak jej barwa nie była całkiem naturalna.
Była ciemniejsza, prawie jeżynowa. I pachniała. O, jak bardzo pachniała. Słodko. Za słodko. Nie jak krew. Jak dojrzałe jeżyny, które leżą za długo na słońcu i zaczynają fermentować, tylko z może jeszcze trochę słodziej, z nutą cukru. Jak likier owocowy albo jak owocowe perfumy z orientalnego bazaru.
Sam płyn również był gęstszy od ludzkiej posoki, bardziej lepki. Spływał po dłoniach Pottera, lepił się do cierni, które (choć może to było tylko złudzenie spanikowanej Prudence, jeżeli na niego spojrzała, on tego nie widział) zaczęły na niego reagować. Wibrować.
A potem pojawiło się coś jeszcze. Jeśli Bletchley w którymkolwiek momencie uniosła głowę i przeniosła wzrok na kolegę, mogła dostrzec, że jego skóra nie jest już arystokratycznie biała, jasna i nieskazitelna. Nie jest też brudna. Została skażona. Wpierw ledwo zauważalnie, szczególnie że wokół nich wciąż panował półmrok, jednak już po chwili zaczęły pojawiać się na niej ciemniejsze linie biegnące od obojczyków w górę szyi.
Im mocniej Potter ciągnął za jeżyny, im więcej kolców wbijało mu się w ciało, tym bardziej sieć tych ciemnych żyłek rozszerzała się. Nawet, kiedy puścił, na jego szyi i tak pojawiały się nowe linie. Nieregularne, grube i cienkie, lekko pulsujące. Podobne do żył, ale nie do końca. Wyglądały bardziej jak anatomiczno-trybalne tatuaże. Były ciemne, ale nie czarne, na logikę bardziej brązowe albo ciemnozielone. W półmroku nie dało się tego stwierdzić.
Zresztą żadne z nich nie miało czasu na szczegółową analizę. Nie, gdy krzyki mężczyzny zdecydowanie rozmyły resztki złudnego spokoju. W krzakach nastąpiło poruszenie. Liście zaszeleściły, gałązki chrupnęły. Moment później usłyszeli długie, przeciągłe westchnienie zakończone kaszlem głośniejszym od tego u Pottera. Westchnienie było zmęczone, głębokie, bardziej ludzkie niż powinno być. Kimkolwiek był jego inicjator, nie odezwał się. Nie musiał.
Świat, który znali (jeśli tak można było nazwać klatkę z cierni, cichy półmrok i nieznaną obecność) przeskoczył bez ostrzeżenia. Bez szarpnięcia, które mogłoby zapowiadać zmianę. Bez trzasku, bez eksplozji. Za to ponownie z wrażeniem wilgoci. Tym razem ciepłej i lepkiej. Jak palec włożony do stygnącego rosołu.
Klatka zniknęła. Prudence i Romulus stali w prześwicie między wysokimi drzewami. Nie siedzieli, nie leżeli, stali. Nie wiedzieli jeszcze, gdzie dokładnie. Było ciemno, ale nie przeszkadzało im to w stwierdzeniu, że nadal znajdowali się w lesie. Ot, jedna rzeczywistość kolejny raz zlała się z drugą.
Jednak nie był to ten gąszcz, do którego już w pewnym sensie przywykli. Nie była to chłodna, pachnąca wilgocią i żywicą głusza znana z prób znalezienia drogi do domu. To był las tropikalny, choć to też nie byłaby do końca właściwa klasyfikacja.
Tak, to były tropiki, ale nie jak z obrazka, nie niczym wyjęte z katalogu podróży. Nie było tu zieleni. Nie w tradycyjnym sensie. Wszystko było ciemnozielone, prawie czarne i ciemnofioletowe a jedynym światłem były nieustannie świecące punkty na krawędziach obcych im liści i pni. Zupełnie tak, jakby żyły i naczynia roślin wytwarzały fluorescencyjną poświatę. Świeciły trochę niczym grzyby i porosty na Podziemnych Ścieżkach.
Z tym, że tu nie śmierdziało stęchlizną. Nie było tu woni ziemi, przestrzeń pachniała słodko. W dalszym ciągu czuli tę nutę przypominającą fermentujący sok owocowy, ale jakby spotęgowaną przez temperaturę, przez wilgoć, przez duchotę.
Było gorąco. Nieprzyjemnie parno. Ciężko. Krople potu pojawiały się natychmiast. Osiadały na karkach, w zgięciach łokci, pod kolanami. Każdy oddech wymagał wysiłku a każde poruszenie stopą, przeniesienie ciężaru ciała, niemal każdy ruch kończył się dźwiękiem... ...chrupania.
Grunt pod ich stopami nie był ziemią. Nie był też liśćmi, torfem, piaskiem. Chrupiący dźwięk przypominał coś bardzo konkretnego. Zupełnie tak, jakby stali na po grubej warstwie kukurydzianych chrupek... ...albo na zeschniętych kokonach, albo wysuszonych owadzich odwłokach. Może lepiej było nie przyglądać się temu z bliska?
W tej głuszy nie było ptaków. Nie było owadów. Nie było szumu wiatru, odgłosu wodospadu, szumu wody. Tylko ten dźwięk, kiedy ktoś z nich się poruszył. To i ich własne głosy. Mogli rozmawiać. Pytanie, czy chcieli to robić? Czy Bletchley chciała? Bowiem jej towarzysz nie wyglądał już jak on sam.
Ciemne linie wciąż znaczyły szyję Romulusa, jednak teraz zaczęły łączyć się z tymi na twarzy i... ...jak absurdalne by to nie było... ...z żyłkami pojawiającymi się w jego oczach. Sięgały od obojczyków aż ku jego kościom jarzmowym a później wiły się na białka, które stawały się coraz ciemniejsze. Wzory przypominały tatuaże członków plemion natywnych, z tym, że nie wyglądały w żaden sposób znajomo. Nie układały się w nic, co Prudence mogłaby rozpoznać.
Mimo to, oboje mogli domyślić się, że czas nie sprzyjał już ich dwójce.
Zresztą... ...czas? Jaki czas?
Czas chyba nie istniał. Tu nie było nocy ani dnia. Nie było nadchodzącego wschodu słońca, nie było światła księżyca. Była ciemność, która nie znikała, tylko oddychała razem z lasem, z fluorescencyjnym pulsowaniem roślin. Wibrowała jak tamte pędy jeżyn w zetknięciu z krwią Romulusa.
Jego ramiona były napięte. Dłonie wciąż zakrwawione, ale nie splamione tylko krwią. Ta lepka ciecz wciąż tam była, ściekała wzdłuż palców i nadgarstków Pottera. Gęstsza niż wcześniej. Ciemniejsza. Mogli widzieć jak krople spadają na grunt, jak kapią na to, co chrupało i...
...wsiąkają.
Nie zostawiają śladu.
Nie rozpryskują się.
Znikają, jakby ziemia była spragniona właśnie tego.
Byli pyszni? Ależ byli.
Romulus zadecydował pierwszy. Miał plan, czyż nie?
Jaki?
Kurwa, sprytny.
Bez żadnego ostrzeżenia zaczął krzyczeć, po czym rzucił się na klatkę, na ściany z cierni, na pędy jeżyn grubsze niż jego przedramię. Wydał z siebie dziki wrzask, tak niepasujący do tej ciszy, że powietrze zdawało się reagować nań niemal w fizyczny sposób.
Zrobiło się cięższe, bardziej duszne, nieprzyjemne, ale nie z uwagi na swąd dymu, zapach papierosów czy temperaturę, która nadal była bliska późnojesiennych nocy. Nie zafalowało, tylko zadrżało a potem stało się niemal gęste, lepkie.
Kiedy mężczyzna gołymi rękami złapał za pędy jeżyn, ich ciernie przecięły skórę z obrzydliwą łatwością. Wbiły się w nią miękko, z mlaśnięciem, jak nóż przechodzący przez miąższ dojrzałej, niemal przejrzałej gruszki. Gdy spróbował oderwać dłonie, puszczając rośliny, z jego dłoni pociekła krew, jednak jej barwa nie była całkiem naturalna.
Była ciemniejsza, prawie jeżynowa. I pachniała. O, jak bardzo pachniała. Słodko. Za słodko. Nie jak krew. Jak dojrzałe jeżyny, które leżą za długo na słońcu i zaczynają fermentować, tylko z może jeszcze trochę słodziej, z nutą cukru. Jak likier owocowy albo jak owocowe perfumy z orientalnego bazaru.
Sam płyn również był gęstszy od ludzkiej posoki, bardziej lepki. Spływał po dłoniach Pottera, lepił się do cierni, które (choć może to było tylko złudzenie spanikowanej Prudence, jeżeli na niego spojrzała, on tego nie widział) zaczęły na niego reagować. Wibrować.
A potem pojawiło się coś jeszcze. Jeśli Bletchley w którymkolwiek momencie uniosła głowę i przeniosła wzrok na kolegę, mogła dostrzec, że jego skóra nie jest już arystokratycznie biała, jasna i nieskazitelna. Nie jest też brudna. Została skażona. Wpierw ledwo zauważalnie, szczególnie że wokół nich wciąż panował półmrok, jednak już po chwili zaczęły pojawiać się na niej ciemniejsze linie biegnące od obojczyków w górę szyi.
Im mocniej Potter ciągnął za jeżyny, im więcej kolców wbijało mu się w ciało, tym bardziej sieć tych ciemnych żyłek rozszerzała się. Nawet, kiedy puścił, na jego szyi i tak pojawiały się nowe linie. Nieregularne, grube i cienkie, lekko pulsujące. Podobne do żył, ale nie do końca. Wyglądały bardziej jak anatomiczno-trybalne tatuaże. Były ciemne, ale nie czarne, na logikę bardziej brązowe albo ciemnozielone. W półmroku nie dało się tego stwierdzić.
Zresztą żadne z nich nie miało czasu na szczegółową analizę. Nie, gdy krzyki mężczyzny zdecydowanie rozmyły resztki złudnego spokoju. W krzakach nastąpiło poruszenie. Liście zaszeleściły, gałązki chrupnęły. Moment później usłyszeli długie, przeciągłe westchnienie zakończone kaszlem głośniejszym od tego u Pottera. Westchnienie było zmęczone, głębokie, bardziej ludzkie niż powinno być. Kimkolwiek był jego inicjator, nie odezwał się. Nie musiał.
Świat, który znali (jeśli tak można było nazwać klatkę z cierni, cichy półmrok i nieznaną obecność) przeskoczył bez ostrzeżenia. Bez szarpnięcia, które mogłoby zapowiadać zmianę. Bez trzasku, bez eksplozji. Za to ponownie z wrażeniem wilgoci. Tym razem ciepłej i lepkiej. Jak palec włożony do stygnącego rosołu.
Klatka zniknęła. Prudence i Romulus stali w prześwicie między wysokimi drzewami. Nie siedzieli, nie leżeli, stali. Nie wiedzieli jeszcze, gdzie dokładnie. Było ciemno, ale nie przeszkadzało im to w stwierdzeniu, że nadal znajdowali się w lesie. Ot, jedna rzeczywistość kolejny raz zlała się z drugą.
Jednak nie był to ten gąszcz, do którego już w pewnym sensie przywykli. Nie była to chłodna, pachnąca wilgocią i żywicą głusza znana z prób znalezienia drogi do domu. To był las tropikalny, choć to też nie byłaby do końca właściwa klasyfikacja.
Tak, to były tropiki, ale nie jak z obrazka, nie niczym wyjęte z katalogu podróży. Nie było tu zieleni. Nie w tradycyjnym sensie. Wszystko było ciemnozielone, prawie czarne i ciemnofioletowe a jedynym światłem były nieustannie świecące punkty na krawędziach obcych im liści i pni. Zupełnie tak, jakby żyły i naczynia roślin wytwarzały fluorescencyjną poświatę. Świeciły trochę niczym grzyby i porosty na Podziemnych Ścieżkach.
Z tym, że tu nie śmierdziało stęchlizną. Nie było tu woni ziemi, przestrzeń pachniała słodko. W dalszym ciągu czuli tę nutę przypominającą fermentujący sok owocowy, ale jakby spotęgowaną przez temperaturę, przez wilgoć, przez duchotę.
Było gorąco. Nieprzyjemnie parno. Ciężko. Krople potu pojawiały się natychmiast. Osiadały na karkach, w zgięciach łokci, pod kolanami. Każdy oddech wymagał wysiłku a każde poruszenie stopą, przeniesienie ciężaru ciała, niemal każdy ruch kończył się dźwiękiem... ...chrupania.
Grunt pod ich stopami nie był ziemią. Nie był też liśćmi, torfem, piaskiem. Chrupiący dźwięk przypominał coś bardzo konkretnego. Zupełnie tak, jakby stali na po grubej warstwie kukurydzianych chrupek... ...albo na zeschniętych kokonach, albo wysuszonych owadzich odwłokach. Może lepiej było nie przyglądać się temu z bliska?
W tej głuszy nie było ptaków. Nie było owadów. Nie było szumu wiatru, odgłosu wodospadu, szumu wody. Tylko ten dźwięk, kiedy ktoś z nich się poruszył. To i ich własne głosy. Mogli rozmawiać. Pytanie, czy chcieli to robić? Czy Bletchley chciała? Bowiem jej towarzysz nie wyglądał już jak on sam.
Ciemne linie wciąż znaczyły szyję Romulusa, jednak teraz zaczęły łączyć się z tymi na twarzy i... ...jak absurdalne by to nie było... ...z żyłkami pojawiającymi się w jego oczach. Sięgały od obojczyków aż ku jego kościom jarzmowym a później wiły się na białka, które stawały się coraz ciemniejsze. Wzory przypominały tatuaże członków plemion natywnych, z tym, że nie wyglądały w żaden sposób znajomo. Nie układały się w nic, co Prudence mogłaby rozpoznać.
Mimo to, oboje mogli domyślić się, że czas nie sprzyjał już ich dwójce.
Zresztą... ...czas? Jaki czas?
Czas chyba nie istniał. Tu nie było nocy ani dnia. Nie było nadchodzącego wschodu słońca, nie było światła księżyca. Była ciemność, która nie znikała, tylko oddychała razem z lasem, z fluorescencyjnym pulsowaniem roślin. Wibrowała jak tamte pędy jeżyn w zetknięciu z krwią Romulusa.
Jego ramiona były napięte. Dłonie wciąż zakrwawione, ale nie splamione tylko krwią. Ta lepka ciecz wciąż tam była, ściekała wzdłuż palców i nadgarstków Pottera. Gęstsza niż wcześniej. Ciemniejsza. Mogli widzieć jak krople spadają na grunt, jak kapią na to, co chrupało i...
...wsiąkają.
Nie zostawiają śladu.
Nie rozpryskują się.
Znikają, jakby ziemia była spragniona właśnie tego.
Byli pyszni? Ależ byli.